Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 51

– Mam lat dwadzieścia – Lea nadal unikała wzroku Mocka – a mój ojciec jest chory na epilepsję. Zapomniał dzisiaj zażyć lekarstwa. Dawka, którą mu zaaplikowałam, pozwoli mu przez dwa dni funkcjonować normalnie.

Mock otrzepał ubranie.

– Gdzie jest pani matka?

– Nie żyje od czterech lat.

– Ma pani rodzeństwo?

– Nie.

– Pani ojciec dostał ataku po tym, jak zapytałem go o pani wiek. Czy to przypadek?

– Właściwie już udzieliłam panu odpowiedzi. Jestem dla ojca wszystkim. Kiedy interesuje się mną jakiś mężczyzna, ojciec zaczyna się denerwować. Jeżeli zapomni zażyć lekarstwo, dostaje ataku.

Lea podniosła głowę i po raz pierwszy spojrzała w oczy Mockowi, który mimowolnie rozpoczął godowy taniec: ściśle obliczone ruchy, powłóczyste spojrzenia, głęboki timbre głosu.

– Myślę, że ojciec specjalnie wywołuje te ataki – dziewczyna nie potrafiłaby wyjaśnić, czemu zaufała akurat temu mężczyźnie. (Być może z powodu sporego brzucha). Ale radca opacznie zrozumiał ten mały dowód zaufania. Już cisnęły mu się na usta pytania o ewentualnego narzeczonego, zaproszenia na obiad lub kolację, kiedy dostrzegł ciemną plamę rozlewającą się na spodniach Friedlandera.

– Tak się często dzieje podczas lub po ataku – Lea szybko wsunęła ceratę pod uda i pośladki ojca. Beżowa sukienka napięła się na biodrach, smukłe łydki były fascynującą zapowiedzią dalszej części.

Mock spojrzał jeszcze raz na śpiącego handlarza i przypomniał sobie, po co tutaj przyszedł.

– Kiedy pani ojciec dojdzie do siebie? Chciałbym go przesłuchać.

– Za godzinę.

– A może pani potrafi mi pomóc – od stróża dowiedziałem się, że pracuje pani w sklepie ojca. Czy można u was kupić skorpiona?

– Ojciec dawno sprowadził kilka skorpionów za pośrednictwem pewnej greckiej firmy z Berlina.

– Co to znaczy dawno?

– Trzy, cztery lata temu.

– Kto je zamówił?

– Nie pamiętam. Trzeba sprawdzić w fakturach.

– Pamięta pani nazwę tej firmy?

– Nie… Wiem, że jest to firma berlińska.

Mock wszedł za nią do kantoru. Kiedy Lea przeglądała potężne, granatowe segregatory, zadał jej jeszcze jedno pytanie:

– Czy u państwa nie było w ostatnich dniach żadnego i

– Stróż Kempsky mówił, że był wczoraj ktoś z policji. Nie było nas w domu przed południem. Zaprowadziłam ojca na badania kontrolne do Szpitala Żydowskiego na Menzelstrasse.

– Jak się nazywa lekarz ojca?

– Doktor Herma

Mock był wyrozumiały dla pięknych kobiet. Wstał i włożył kapelusz.

– Dziękuję, pa

Dworne pożegnanie Mocka nie zrobiło na Lei najmniejszego wrażenia. Usiadła ciężko na tapczanie. Mijały minuty, głośno tykał zegar. Usłyszała szmer dobiegający z sąsiedniego pokoju, gdzie leżał ojciec. Weszła tam ze sztucznym uśmiechem.

– Och, jak szybko papa się przebudził. To bardzo dobrze. Mogę pójść do Reginy Weiss?

Isidor Friedlander wylęknionym wzrokiem spojrzał na córkę: – Proszę cię, nie chodź… Nie zostawiaj mnie samego…

Lea myślała o chorym ojcu, o Reginie Weiss, z którą miała iść do kina „Deli” na nowy film z Clarkiem Gable’em, o wszystkich mężczyznach, którzy rozbierali ją wzrokiem, o beznadziejnie zakochanym w niej doktorze Weinsbergu i o piskach świnek morskich w ciemnym, wilgotnym sklepie.

Ktoś walił mocno w drzwi. Friedlander zasłaniając połami chałata plamę na spodniach wyszedł do drugiego pokoju. Drżał i zataczał się. Lea objęła go ramieniem.

– Niech się papa nie boi, to na pewno dozorca Kempsky.

Isidor Friedlander spojrzał na nią niespokojnie: – Kempsky jest ostatnim chamem, ale nigdy nie wali w drzwi tak mocno.

Miał rację. To nie był dozorca.

Eberhard Mock był w poniedziałkowy ranek równie wściekły, jak w sobotni. Przeklinał swoją głupotę i inklinację do zmysłowych Żydówek. Gdyby postępował rutynowo, powinien wezwać kogoś z Prezydium Policji, zabrać Friedlandera do aresztu śledczego na Neue Graupnerstrasse i dokładnie go przesłuchać. Nie postąpił tak jednak. Uprzejmie zgodził się na prośbę Lei Friedlander o godzi

Mock zapalił już dwunastego owego dnia papierosa. Przeczytał jeszcze raz wyniki sekcji zwłok i raport Koblischkego. Nie dowiedział się niczego więcej ponad to, co widział na własne oczy. Nagle przeklął swoje roztargnienie. Przeoczył ważną informację starego wachmistrza kryminalnego: na miejscu zbrodni brakowało bielizny baronówny. Mock podskoczył i wpadł do pokoju wywiadowców. Siedział tam jedynie Smolorz.

– Kurt! – krzyknął. – Proszę sprawdzić alibi wszystkich notowanych fetyszystów.

Zadzwonił telefon: – Dzień dobry – zahuczał tubalny głos Piontka. – Chciałbym się panu zrewanżować i zaprosić pana na obiad do baru Fischera. O drugiej. Mam nowe, ciekawe informacje w sprawie Marietty von der Malten.

– Dobrze – Mock bez słowa kurtuazji odłożył słuchawkę.

U Fischera panował tłok – jak zwykle w porze obiadowej. Klientelę stanowili głównie policjanci i mundurowi naziści, którzy z upodobaniem uczęszczali do ulubionego lokalu ich idola – Heinesa. Piontek siedział rozwalony przy stole w małej salce. Słońce załamujące swoje promienie w akwarium pod oknem muskało świetlnymi refleksami jego gołą czaszkę. Między pulchnymi jak serdelki palcami tkwił dymiący papieros. Obserwował pływającego w akwarium tuńczyka-miniaturkę i wydawał dziwne odgłosy. Ustami wykonywał przy tym identyczne ruchy jak ryba. Bawił się wybornie i co chwilę stukał w szybę akwarium. Na widok Mocka, który przyszedł pięć minut wcześniej, zmieszał się nieznacznie. Szybko się opanował, wstał i przywitał się wylewnie.

Radca okazywał znacznie mniej radości z tego spotkania. Piontek otworzył srebrną papierośnicę z napisem „Kochanemu Mężowi i Tatusiowi z okazji pięćdziesiątych urodzin – żona i córki”. Zagrała pozytywka, zapachniały aromatyczne papierosy w błękitnej bibułce. Starszy kelner przyjął zamówienie i oddalił się bezgłośnie.

– Nie będę ukrywał panie radco – Piontek przerwał napięte milczenie – że w gestapo wszyscy bylibyśmy szczęśliwi, gdyby zechciał z nami współpracować ktoś taki jak pan. Nikt nie wie tyle, co Eberhard Mock o mniej lub bardziej ważnych osobistościach tego miasta. Żadne tajne archiwum nie może równać się z tym, które pan ma w głowie.

– Och, przecenia mnie pan, Hauptsturmfuhrer… – Mock urwał.

Kelner postawił przed nimi talerze z węgorzem oblanym sosem koperkowym i obsypanym podsmażaną cebulką.

– Nie proponuję panu przeniesienia do gestapo – Piontek nie był zrażony obojętnością Mocka. – To, co wiem o panu, pozwala mi sądzić, że nie przyjąłby pan takiej propozycji. (No jasne, a od kogo ten grubas może coś wiedzieć? Forstner, zniszczę cię, ty kundlu). Ale z drugiej strony jest pan człowiekiem rozsądnym. Niech pan spojrzy przytomnie w przyszłość i niech pan zapamięta: przyszłość będzie należeć do mnie i do moich ludzi!