Страница 7 из 51
Pięknooki służący rozstawił herbatę i kruche ciasteczka na secesyjnym talerzu, którego podpórka miała kształt koźlich racic. Von Köpperlingk wskazał policjantom miękkie, rozrzucone po podłodze mauretańskie poduszki. Usiedli na nich po turecku. Forstner i służący wymienili szybkie spojrzenia. Nie uszło to uwagi ani Mocka, ani barona.
– Ma pan, drogi baronie, interesującą kolekcję w terrariach – Mock sapiąc wstał z podłogi i oglądał okazy. – Nigdy nie sądziłem, że wije mogą być tak wielkie.
– To Scolopendra Gigantea - rzekł baron z uśmiechem. – Moja Sara ma trzydzieści centymetrów długości i pochodzi z Jamajki.
– Pierwszy raz widzę skolopendrę – Mock z lubością zaciągnął się egipskim papierosem podanym przez kamerdynera. – Jak pan baron sprowadził ten okaz?
– Jest we Wrocławiu pośrednik, który sprowadza na zamówienie różne, wszelkie…
– Robactwo – wszedł mu w słowo Mock. – Kto to taki?
Von Köpperlingk napisał na kartce z bloku listowego ozdobionej herbem nazwisko i adres: Isidor Friedlander, Wallstrasse 27.
– Czy pan baron hoduje również skorpiony? – Mock nie przestawał oglądać skolopendry, która harmonijnie poruszała segmentami swego tułowia.
– Kiedyś miałem kilka.
– Kto je panu sprowadził?
– Właśnie Friedlander.
– Czemu już pan ich nie ma?
– Pozdychały z tęsknoty za pustynią Negew.
Mock nagle przetarł oczy ze zdziwienia. Oto zauważył przytwierdzony do ściany porcelanowy pisuar, w którym leżał lśniący metalowy rozbijak do lodu w kształcie zaostrzonej, wąskiej piramidy.
– Proszę się nie obawiać, panie radco. Ten sprzęt to tylko ozdoba w duchu Duchampa; nikt go nie używa. Rozbijaka również – baron pogładził aksamitny kołnierz bonżurki.
Mock usiadł ciężko na poduszkach i – nie patrząc na gospodarza – zapytał:
– Co skłoniło pana do studiowania orientalistyki?
– Chyba melancholia…
– A co pan baron robił pomiędzy jedenastą a pierwszą w nocy przedwczoraj, w piątek 12 maja? – drugie pytanie zadał tym samym tonem.
– Czy jestem podejrzany? – baron von Köpperlingk zmrużył oczy i wstał z poduszek.
– Proszę odpowiedzieć na pytanie!
– Panie radco, zechce się pan skontaktować z moim adwokatem, doktorem Lachma
– Zapewniam pana barona, że to pytanie zadam panu niezależnie od tego, czy będzie pan w towarzystwie doktora Lachma
Baron namyślał się przez kilkanaście sekund: – Mam alibi. Byłem w domu. Potwierdzi to mój służący Hans.
– Proszę wybaczyć, ale nie jest to żadne alibi. Nie wierzę pańskiemu służącemu, jak zresztą żadnemu służącemu.
– A wierzy pan swojemu asystentowi?
Zanim radca zrozumiał, chciał machinalnie odpowiedzieć „również nie”. Spojrzał na płonące policzki Forstnera i pokręcił głową: – Nie rozumiem. Co ma z panem wspólnego mój asystent?
– Och, znamy się od dawna…
– Ciekawe… Ale dzisiaj dziwnym trafem ukrywali panowie swoją znajomość. Nawet panów przedstawiłem. Dlaczego nie chcieli się panowie ujawniać ze swoją przyjaźnią?
– To nie jest przyjaźń, po prostu znamy się…
Mock odwrócił się do Forstnera i patrzył na niego wyczekująco. Forstner uważnie obserwował deseń dywanu.
– Co mi pan chce wmówić, baronie? – Mock triumfował, widząc zakłopotanie obu mężczyzn. – Że to zwykła znajomość pozwala Forstnerowi przebywać u pana od jedenastej do pierwszej w nocy? Ach, na pewno zaraz pan mi powie: „graliśmy w karty” albo: „oglądaliśmy albumy”…
– Nie, pan Forstner był u mnie na przyjęciu…
– Ale musiało to być jakieś szczególne przyjęcie, co Forstner? Wszak panowie jakby wstydzili się swojej znajomości… A może na tym przyjęciu zdarzyło się coś wstydliwego?
Mock przestał się znęcać nad Forstnerem. Już wiedział to, co dotychczas tylko podejrzewał. Gratulował sobie, że zapytał barona o alibi. Wcale nie musiał tego robić. Marietta von der Malten i Francoise Debroux zostały zgwałcone, a baron Wilhelm von Köpperlingk był zdeklarowanym homoseksualistą.
Pięknooki Hans zamykał już za nimi drzwi, kiedy Mock o czymś sobie przypomniał. Zapowiedziany powtórnie przez kamerdynera znalazł się znów przed nieco zdenerwowanym obliczem barona.
– Czy kupuje pan swe okazy sam, czy też robi to służba?
– Opieram się w tym względzie na guście mojego szofera.
– Jak on wygląda?
– Dobrze zbudowany brodacz ze śmiesznie cofniętą szczęką.
Mock był najwyraźniej zadowolony z tej odpowiedzi.
Forstner nie chciał być podwieziony do archiwum uniwersyteckiego. Stwierdził, że chętnie się przespaceruje promenadą wzdłuż Odry. Mock nie namawiał go i, podśpiewując pod nosem jakiś operetkowy kuplet, zjechał z Mostu Cesarskiego, minął miejską salę gimnastyczną, park, w którym stał postument z popiersiem założyciela Ogrodu Botanicznego Heinricha Göpperta, po prawej stronie zostawił kościół dominikanów, po lewej Pocztę Główną i wjechał w piękną Albrechtstrasse zaczynającą się potężną bryłą pałacu Hatzfeldtów.
Dojechał do Rynku i skręcił w lewo w Schweidnitzer Strasse. Minął Dresdner Bank, sklep Speiera, gdzie zaopatrywał się w obuwie, biurowiec Woolwortha, wjechał w Karlstrasse, kątem oka zerknął na Teatr Ludowy, sklep galanteryjny Dünowa i skręcił w Graupnerstrasse.
Nad miastem zalegał prawie letni upał, toteż nie zdziwił go widok długiej kolejki ustawionej pod sklepem z lodami włoskimi. Po kilkudziesięciu metrach skręcił w Wallstrasse i zajechał przed dość zaniedbaną kamienicę oznaczoną numerem 27. Sklep zoologiczny Friedlandera był w niedziele nieczy
Drzwi otworzyła szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, Lea Friedlander, córka Isidora. Zrobiła na radcy duże wrażenie. Nie patrząc nawet na jego legitymację, poprosiła go do skromnie urządzonego mieszkania.
– Ojciec zaraz przyjdzie. Proszę zaczekać – dukała wyraźnie skrępowana spojrzeniami Mocka. Radca nie zdążył odwrócić wzroku od jej krągłych bioder i piersi, kiedy wszedł Isidor Friedlander, niski, otyły mężczyzna. Usiadł na krześle naprzeciw Mocka, założył nogę na nogę i uderzył kilka razy wierzchem dłoni w kolano, co spowodowało mimowolne podrygiwanie kończyny. Mock przyglądał mu się przez chwilę, po czym rozpoczął zadawanie szybkich pytań:
– Nazwisko?
– Friedlander.
– Imię?
– Isidor.
– Wiek?
– 60 lat.
– Miejsce urodzenia?
– Złotoryja.
– Wykształcenie?
– Ukończona jeszywa w Lublinie.
– Jakie zna pan języki?
– Oprócz niemieckiego i hebrajskiego trochę jidysz i trochę polski.
– Ile lat ma pańska córka?
Friedlander nagle przerwał eksperymenty z własnym kolanem i spojrzał na Mocka oczami prawie bez źrenic. Ciężko zasapał, wstał i jednym susem, błyskawicznie podskoczył do radcy, który nie zdążył wstać. Nagle znalazł się na podłodze przygnieciony całym ciężarem Friedlandera. Usiłował wyciągnąć z kieszeni rewolwer, lecz jego prawa ręka była unieruchomiona przez ramię przeciwnika. Nagle ucisk zelżał – szorstka broda kłuła Mocka w szyję, ciało Friedlandera sztywniało i podrygiwało rytmicznie.
Lea ściągnęła ojca z Mocka. – Niech mi pan pomoże, musimy położyć go na łóżku.
– Proszę się odsunąć, sam go położę.
Radca poczuł się jak nastolatek, który chce się popisać swą siłą. Z najwyższym trudem wtaszczył dziewięćdziesiąt kilogramów na sofę. Lea tymczasem sporządziła jakąś miksturę i wlewała ją ostrożnie w ojcowskie usta. Friedlander zakrztusił się i przełknął płyn. Po chwili rozległo się miarowe pochrapywanie.