Страница 80 из 94
Marynarz podniósł latarnię wyżej. Puste kajdany zwisały ze ścian niczym osobliwe pajęczyny bądź leżały zwinięte na podłodze jak rozgniecione ciała węży. Ke
Po drodze nieszczęśnicy podczołgiwali się do niego i mamrotali. Ke
– Urodzone na tym statku – oświadczyła zachrypłe. – Urodzone w niewolnictwie, lecz uwolnione przez ciebie, panie. – Jej palec dotknął niebieskawego znaku “X”, które nadgorliwy handlarz zdążył już wytatuować przy nosku dziecka. Kobieta ponownie podniosła wzrok na swego wybawcę. W jej oczach dostrzegł dzikość. – Co mogłabym ci ofiarować w podzięce?
Ke
– Nazwij to dziecko Sorcor. Na moją cześć – podsunął zdławionym głosem. Kobieta nie dostrzegła sarkazmu w jego tonie, ponieważ wypowiedziała pod jego adresem błogosławieństwo, po czym rozpromieniona wycofała się, kurczowo przyciskając do piersi chude niemowlę.
Reszta tłumu przysuwała się coraz bliżej. Wiele osób krzyczało:
– Kapitanie Ke
Z całych sił starał się powstrzymać przed ucieczką z tego miejsca. Machnął tylko marynarzowi ręką z latarnią i rozkazał charkliwie:
– Wystarczy. Widziałem już dość.
Nie potrafił ukryć w głosie rozpaczy. Trzymając ściśle przy twarzy perfumowaną chusteczkę, wspiął się szybko po najbliższej drabince.
Na pokładzie jeszcze chwilę panował nad ogarniającymi go nudnościami. Ze stężałą twarzą tak długo wpatrywał się w horyzont, aż był pewny, że nie zhańbi się pokazem słabości. Zmusił się do zastanowienia nad tą nagrodą, którą zdobył dla niego Sorcor. Statek wydawał się dość solidny, ale Ke
– Stracony trud – warknął wściekle. – Zmarnowany czas! Wsiadł na giga i rozkazał, by go zawieziono z powrotem na “Mariettę”. Wtedy właśnie postanowił, że odwiedzi Krzywe. Skoro statek i tak nie przyniesie mu zysku, niech się go przynajmniej szybko pozbędzie i wreszcie zajmie i
Popłynął jednak do osady dopiero późnym popołudniem. Pomyślał, że zabawnie będzie poobserwować, jak oswobodzeni niewolnicy reagują na miasto i jak ono wita nagły napływ ludności. Może do tej pory Sorcor dostrzegł już szaleństwo swej dobroczy
Wydał rozkaz chłopcu pokładowemu, który pospiesznie powiadomił kogo trzeba. Gdy Ke
Z kotwicowiska do doków Krzywego ludzie Ke
– Bądźcie jednakże przygotowani na mój powrót – ostrzegł go mgliście. – Nie każcie mi czekać.
Piraci zebrali się wokół nich dwóch. Za wszystkich przemówił Gankis.
– Kapitanie, nie musisz nic mówić. Po tym, co zrobiłeś, będziemy tu na ciebie czekali, choćby cię goniły wszystkie demony z głębin.
Nagły potok takich słów z ust starego pirata zdumiał Ke
– No dobrze. Pozwalam przepłukać gardła, chłopcy. Tylko bądźcie tu, kiedy wrócę.
– Nie, panie kapitanie, nigdzie nie pójdziemy. Obiecujemy, że będziemy tu czekać, każdy z nas. – Mężczyzna, który to powiedział, uśmiechnął się szeroko i jego stary tatuaż rozciągnął się na całą twarz.
Ke
Piracki kapitan szedł główną ulicą miasteczka. W osadzie znajdowały się tylko dwie tawerny i Ke
– Nic nie mów. Ufaj swemu szczęściu – zbeształ go cichy głosik. Talizman na jego nadgarstku zaśmiał się dźwięcznie. Słodycz tego perlistego śmiechu zmroziła Ke
Kapitan nie odważył się podnieść nadgarstka do oczu; nie opuścił też wzroku na maleńką twarz. Nie publicznie! Nie miał wszakże teraz czasu, by szukać spokojniejszego miejsca na naradę z talizmanem, ponieważ ludzie już go zauważyli.
– Ke
Pozostali podnieśli krzyk, aż letnie powietrze zadźwięczało imieniem młodego pirata. Wszystkie twarze – niczym obracająca się w legowisku bestia – zwróciły się ku niemu, a następnie motłoch ruszył ku niemu falą.
– Odwagi. I uśmiechaj się! – zadrwił czarodrzewowy talizman.
Ke