Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 28 из 46

Paplała tak, przykładając zapałkę do ułożonego już w kominku drewna. Jej słowa brzmiały błogo i uspokajająco. Sprawiły, że znów stałem się ufny, pewien, że dziwny incydent, jaki miał miejsce w kuchni, był z jej strony wpadką, omyłką, nietaktem wywołanym przez wstrząsający dla niej widok ukochanego kota wyskakującego w panice przez okno. Może też staruszka pośliznęła się tylko. Zdrzemnąłem się koło pa

Obudziłem się na obiad. Nie był obfity, ponieważ starsza pani mieszkała sama, ale i tak dostałem dużą część z tego, co przygotowała. Kot wrócił, jeszcze bardziej wytrącony z równowagi, kiedy zobaczył mnie jedzącego pożywienie, które w jego mniemaniu jemu się słusznie należało. Pa

Gdy pa

Takie myśli przemykały mi przez łeb podczas drzemki. Zdecydowałem w końcu, że zostanę tu tak długo, jak się to okaże możliwe.

W końcu pa

Skinąłem z aprobatą łbem, ale się nie podniosłem z wygrzanego miejsca. Słyszałem, jak starsza pani jakiś czas krząta się na górze, a później stukanie butów na schodach. Pa

– Chodź, Fuks, czas na ciebie – powiedziała. Poderwałem łeb. A to co miało znaczyć?

„Jak to czas na mnie?”, zapytałem.

– Tak, czas na ciebie, Fuks. Nie mogę cię zatrzymać, należysz do kogoś i

„Proszę mi pozwolić zostać – błagałem pa

Na nic to się zdało – znalazłem się na progu. Pa

Przy bramie poklepała mnie po łbie i odepchnęła lekko od siebie.

– Zmykaj – ponagliła mnie. – Do domu! Bądź posłuszny, Fuks.

Ani myślałem się ruszyć z miejsca. Po paru minutach pa

Obejrzała się jeszcze dwukrotnie, zanim dotarła na szczyt pagórka, chcąc się upewnić, że nie idę za nią. Odczekałem cierpliwie, aż zniknęła mi z oczu, po czym przecisnąłem się pod bramą i wróciłem błotnistą ścieżką do domku. Wiktoria zobaczywszy mnie przez okno, zaczęła krzyczeć, żebym sobie poszedł.

„Za Chiny – powiedziałem, siadając na tylnych łapach. Miałem zamiar czekać na powrót starszej pani. – Podoba mi się tutaj. Dlaczego miałabyś mieć to wszystko dla siebie?”

„Bo byłam tu pierwsza – odrzekła Wiktoria z rozdrażnieniem. – Nie masz żadnego prawa tu zostać”.

„Słuchaj, swobodnie możemy mieszkać tu oboje – powiedziałem, starając się być rozsądnym. – Moglibyśmy zostać przyjaciółmi. – Zadrżałem na myśl o zawarciu przyjaźni z tą wstrętną kreaturą, ale byłem gotów upokorzyć się, byle tylko zostać w tym miłym, przytulnym domku. – Nie wchodziłbym ci w paradę – powiedziałem najprzymilniejszym tonem, na jaki było mnie stać. – Mogłabyś pierwsza sobie wybierać najsmaczniejsze kąski, ile byś chciała (dopóki nie zaznajomiłbym się lepiej ze starszą panią, pomyślałem). Wybrałabyś sobie najlepsze miejsce do spania (dopóki nie wkradłbym się w łaski pa

„Spadaj”, powiedziała kotka.

Dałem sobie spokój. Będzie musiała pogodzić się z moją obecnością w domu.

Pa

– Jesteś wredne psisko – skarciła mnie, lecz w jej głosie nie słychać było gniewu.

Wpuściła mnie do domku. Zacząłem bardzo gorliwie lizać jej stopy w pończochach. Smakowały obrzydliwie, ale skoro zdecydowałem się płaszczyć, to zamierzałem robić to do końca. Żałowałem, że nie stać mnie na taką godność jak Rumba, ale nic tak nie skłania do pokory, jak brak poczucia bezpieczeństwa.

Cóż, zostałem na tę noc. i na następną. Jednak trzeciego wieczoru moje kłopoty zaczęły się na dobre.

O dziewiątej trzydzieści pa

Po chwili wpuszczała mnie z powrotem do domu i zamykała na noc w małym pokoiku na tyłach domku, gdzie przechowywała najrozmaitsze graty. Większość z nich nie nadawała się do gryzienia. Stały tam stare ramy od obrazów, fortepian, stareńka odłączona kuchenka gazowa i tym podobne graty.

Było tam tylko tyle miejsca, bym mógł zwinąć się pod klawiaturą fortepianu. Tam spędzałem noce, zrazu w wielkiej niewygodzie i przestraszony (pierwszą noc przepłakałem, ale drugą jakoś wytrzymałem). Pa

Trzeciego wieczoru starsza pani nie zamknęła dokładnie drzwi. Rygiel nie zaskoczył i drzwi były uchylone. Prawdopodobnie nic by z tego nie wynikło, gdyby w środku nocy nie obudził mnie hałas. Ktoś tłukł się po kuchni. Mam lekki sen i nawet cichy odgłos kroków potrafi mnie zbudzić. Podpełzłem do drzwi i uchyliłem je powoli nosem. Dźwięk zdecydowanie dobiegał z kuchni. Stwierdziłem, że to zapewne Wiktoria się po niej kręci, i wróciłbym prawdopodobnie na swoje legowisko, gdyby nie dwaj agitatorzy – głód i pragnienie – którzy podburzyli mój żołądek. Wyprawa do kuchni mogłaby się okazać owocna.