Страница 27 из 46
– Dzień dobry, pa
Nadszedł czas, pomyślałem i pogalopowałem przed nią. Zatrzymałem się w odległości czterech jardów, odwróciłem ku pa
– Hau – powiedziałem.
Pa
– Och, jaki przemiły psiak! – Pogłaskała mnie po grzbiecie. Spróbowałem polizać ją po twarzy, składając sobie w duchu gratulacje, że znalazłem następną Bellę. – Tak, tak, prześliczny! – ciągnęła kobieta.
Po kilku minutach żywiołowych czułości pożegnała się ze mną i ruszyła dalej, pomachawszy mi ręką. Pogalopowałem za nią i spróbowałem wskoczyć jej na ręce. Śliniąc się i uśmiechając rozpaczliwie starałem się wkraść w jej serce i łaski. Muszę przyznać, że czyniłem to wręcz bezwstydnie.
Pa
Przepraszam, Rumbo, ale w tym momencie zaskomlałem.
Co więcej, zwiesiłem łeb, opuściłem ogon i spojrzałem na nią cielęcym wzrokiem. Byłem wzruszający.
Zadziałało, ponieważ pa
– Och, biedactwo, pewnie kona z głodu! Wystarczy spojrzeć na twoje sterczące żebra! – Prawie dotknąłem brodą ziemi, demonstrując, jak tylko umiałem, swoją biedę. – No chodź, kochaniutki, chodź ze mną, zaopiekuję się tobą. Biedaczysko, wkrótce zapomnisz, co to znaczy głód!
Miałem angaż. Usiłowałem polizać jej twarz, ale powstrzymała mnie zaskakująco silną dłonią. Nie potrzebna mi była zachęta, by pójść za nią, choć pa
Czarująca staruszka kipiała energią. Wkrótce dotarliśmy przed zardzewiałą żelazną bramę, za którą widać było odchodzącą prostopadle od drogi błotnistą ścieżkę. Po obydwu stronach wąskiej ścieżki wiło się splątane poszycie, w którym hałasowały jakieś ukryte stworzenia. Wywęszyłem koło tej często używanej trasy również woń pa
Niespodziewanie znaleźliśmy się na polance przed domkiem o barwie krzemienia. Narożniki domu oraz otwory okien i drzwi były wzmocnione ociosanymi kamieniami. Sceneria była przepiękna – jak z obrazka na opakowaniu czekolady – dokładnie też odpowiadała charakterowi pa
Otworzyła nie zamknięte na klucz drzwi i skinęła na mnie, bym wszedł do środka. Z radością odkryłem, że wnętrze domku jest równie wytworne jak jego oryginalna fasada. Wiekowe, zużyte i wygodne meble wypełniały główny pokój. Wchodziło się do niego prosto z dworu – nie było tu sieni. Po pokoju rozstawione były zadbane bibeloty, większą część jednej ze ścian zajmował ciekawy staromodny kredens wypełniony delikatną, malowaną porcelaną. Z aprobatą zamachałem ogonem.
– Teraz zobaczymy, czy masz adres na obroży, dobrze? Potem znajdziemy ci coś do zjedzenia. – Pa
– Coraz gorzej z moim wzrokiem – powiedziała do mnie i uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Gdybym mógł, z niezmierną radością użyczyłbym trochę swojego wyśmienitego wzroku, dzięki któremu mogłem dostrzegać wiele barw składających się na obraz jej twarzy, głęboki błękit jej starzejących się oczu, kolory migoczące dookoła, nawet w spłowiałych meblach. Konieczność zatrzymania tego wszystkiego dla siebie wprawiła mnie w stan frustracji. Nawet Rumbo nie był w stanie pojąć, jak bardzo jestem wyczulony na kolory.
Pa
– Fuks – powiedziała. – Fuks. Śmieszne imię dla psa. I nie ma adresu. Niektórzy ludzie są bardzo beztroscy, prawda? Jeszcze nigdy cię tu nie widziałam. Zastanawiam się, skąd się wziąłeś? Założę się, że uciekłeś od pana! Pozwolisz, że przyjrzę się twoim łapkom… – Podniosła moja łapę. – Tak, opuchnięte. Przebyłeś długą drogę. Źle cię traktowano, co? Chudyś jak grabie. Tak być nie powi
Głód sprawiał, że zaczynałem się trochę niecierpliwić. Zaskomlałem ponownie, mając nadzieję, że zrozumie te aluzję.
– Tak, tak. Wiem, czego ci potrzeba. Brzuszek jest pusty, prawda?
Szkoda, że ludzie muszą przemawiać do zwierząt jak do dzieci. Skło
– Oczywiście – powiedziała. – Chodź, znajdziemy coś do zjedzenia.
Kuchenka była malutka. W koszu na podłodze leżała Wiktoria pogrążona głęboko we śnie.
Wiktoria była najwstrętniejszym, najohydniejszym kotem, na jakiego trafiłem w obydwu swoich wcieleniach. Stworzenia zwane kotami znane są w świecie zwierzęcym ze swojej nieprzyzwoitości, ponieważ sądzą, że są czymś wyjątkowym i nie mogą zadawać się z byle hołotą. Ten potwór jednak mógłby nawet wśród nich być wyjątkowym okazem nieznośnej pychy. Kocica wyprężyła się jak drut, podnosząc do góry ogon i jeżąc futro. Prychnęła na mnie z odrazą.
„Spokojnie, kotku – powiedziałem nerwowo. – Jestem tu tylko gościem”.
– Nic się nie stało, Wiktorio – rzekła pa
Jednakże rozsądna argumentacja nie dociera do kotów. Wiktoria błyskawicznie wyskoczyła z kosza na zlew i czmychnęła przez na wpół otwarte okno.
– Och, niech mnie – westchnęła pa
Byłem tak wstrząśnięty, że sądziłem, iż przywidziało mi się to tylko. Ból w boku przekonał mnie jednak, że to prawda.
– No, zobaczymy, co możesz dostać – powiedziała z namysłem pa
Na razie więc trzymałem się od niej na bezpieczną odległość, przyglądając się bacznie, gdy stawiała przede mną miskę z siekaną wątróbką. Jedzenie było cudowne, przyjemność psuła mi jednak nieufność. Nie rozumiałem tego, co się wydarzyło. Wylizałem miskę do czysta i podziękowałem, przykładając wielką wagę do dobrych manier. Pa
– Musiałeś być bardzo głodny, nieprawdaż? – powiedziała. – Założę się, że teraz chce ci się pić. Dam ci trochę wody.
Napełniła tę samą miskę wodą i postawiła przede mną. Wychłeptałem wodę łapczywie.
– No, chodź, malutki, damy teraz odpocząć twoim biednym łapkom.
Podążyłem za panią Birdle do dużego pokoju. Poklepała włochaty dywan przed nie rozpalonym kominkiem. – Połóż się tutaj grzecznie i wygodnie, a ja rozpalę dla nas ogień. Wciąż jest jeszcze za zimno dla moich starych kości. Lubię ciepło, wiesz?