Страница 1 из 46
James Herbert
Fuks
Przełożył: Marek Mastalerz
Tytuł oryginału: FLUKE
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział pierwszy
Ciepło słońca grzało moje powieki, domagając się, ale niezbyt natarczywie, bym je otworzył. Wciskające się w uszy dźwięki dotarły w końcu do mojej świadomości. Chaotyczny zgiełk przerywały przenikliwe piski.
Powoli, niemal niechętnie, otworzyłem zaspane oczy. Powieki rozkleiły mi się z trudnością do połowy. Jak przez mgłę dostrzegłem obok ciemne futrzaste ciało, równie duże jak ja. Żebra pogrążonej we śnie istoty unosiły się rytmicznie w górę i w dół. Otworzyłem usta, z których wydarło się ziewnięcie. Oczy rozwarły mi się do reszty. Dookoła mnie leżały i
Zrazu nieprzyjemne, po chwili dziwnie podniecające wonie dotarły do mych nozdrzy. Zmarszczyłem nos, wciągając te przenikliwe zapachy, i od razu poczułem się bezpiecznie. Przycisnąłem się do i
Znów zaskowyczałem, tym razem wstrząśnięty, ponieważ dłoń była taka wielka i silna! A zapachy dobywające się z niej były kompletnie obce. Przerażające, jednak… interesujące. Usiłowałem się wcisnąć jeszcze głębiej w kłąb włochatych stworzeń, starając się nawiązać z nimi jakiś kontakt. Dlaczego otaczały mnie te koszmarne zwierzęta i dlaczego były mi takie bliskie?
Sen mnie opuścił całkowicie. Do reszty oprzytomniały zadygotałem. Znajdowałem się w czymś w rodzaju kojca (wydawał mi się bardzo duży), którego posadzka pokryta była słomą. Siatka kojca była bardzo wysoka, o wiele wyższa ode mnie. Moimi towarzyszami były psy. O ile pamiętam, w tym momencie wcale nie odczuwałem strachu, tylko najprawdopodobniej byłem całkowicie zdezorientowany. Pamiętam, że dyszałem gwałtownie i mimowolnie trochę się zmoczyłem. Nie było tego więcej niż nikły strumyczek. Przypominam sobie, że starałem się wcisnąć pomiędzy dwa pulchne ciała, z którymi niejasno odczuwałem jakieś pokrewieństwo, umykającą mi więź. Domyślam się teraz, że poczucie bliskości wynikało z faktu, iż rzeczywiście byliśmy rodzeństwem. Wtedy jednak reagowałem wyłącznie instynktownie.
Rozejrzałem się dookoła, nie podnosząc zanadto głowy (łba?). Brodę wciąż miałem zakopaną w słomie. Wszystko było jakieś stłumione, odcienie barw wydawały się prawie niemożliwe do rozróżnienia, stanowiły jedynie rozmaite warianty szarości i brudnego brązu. Ale ja w umyśle dopowiadałem sobie barwy, ponieważ już je kiedyś widziałem… kiedyś… Kiedyś? Kiedy?
Byłem tak zdezorientowany, że już samo pytanie, nie mówiąc o odpowiedzi, było co najmniej dziwne.
Po chwili zacząłem rozróżniać kolory, sięgając po nie pamięcią jakby z przeszłości… Podejrzewam, że dar tej pamięci odróżniał mnie od pozostałych podobnych mi stworzeń. Powoli miękkie szarości zamieniły się w jasne brązy, szarości ciemniejsze w intensywniejszą brunatność. Czerń pozostała czernią, tyle że głębszą. Roztoczyła się nagle przede mną cała paleta barw tęczy, wypełniając głowę zamętem, oślepiając intensywnością. To, co przedtem było czarne, stawało się ciemnoniebieskie, barwy indygo, setkami odcieni brązów. Fajerwerk kolorów tak ranił mi ślepia, że musiałem zacisnąć powieki. Mimo to barwy nadal przeciskały się przez nie. Wreszcie widmo ułożyło się we właściwym porządku, barwy odnalazły prawidłową równowagę. To, co było oślepiające, stało się przytłumione, odcienie zaczęły ze sobą harmonizować. Kiedy otworzyłem oczy, monochromatyczny obraz zamienił się w strojne, ruchome malowidło, w którym każda barwa była samoistna – ale jednak stapiała się z i
Przeszedłszy przez to osobliwe stadium, którego ani nie rozumiałem, ani doceniałem, stałem się nieco śmielszy w moich badaniach. Podniosłem łeb ze słomy i wyciągnąłem szyję. Przede mną przesuwały się twarze, na których widniały urocze, czułe uśmiechy. Wówczas wyglądały dla mnie wszystkie jednakowo; nie potrafiłem odróżniać mężczyzn od kobiet, a tym bardziej poszczególnych osób. Nie zdawałem sobie również sprawy, czym były te olbrzymie istoty. Być może to trochę dziwne, ale od razu zacząłem odróżniać mniejsze olbrzymy i to nawet nie tylko od dorosłych, ale od siebie nawzajem. Kilkoro z nich patrzyło na mnie z góry i wydawało dziwne odgłosy, spoglądając wyczekująco na większe olbrzymy, które stały za nimi. Ponad gigantami dostrzegałem sterczące wysoko w niebo wielkie budynki z szarej cegły. Samo niebo zdawało się niezmiernie niebieskie, głębokie i przejrzyste. Niebo to najczystsza rzecz, jaką kiedykolwiek poznałem; bez względu na to, czy jest nim zimny lazur poranka, imponujący błękit kobaltowy w ciągu dnia, czy wydziergana srebrem czerń nocy. Nawet w najciemniejsze dni, gdy błękit zamaskowany jest przez posępne zwały chmur, najdrobniejsze jego przebłyski sprawiają, że ściska mi się serce. Wówczas miałem wrażenie, że widzę niebo po raz pierwszy. I w pewnym sensie tak było. Widziałem je pierwszy raz… i
Jak zaklęty wpatrywałem się przez kilka chwil w błękitny nieboskłon i słoneczne promienie, aż ślepia zaszły mi mgłą. Zatrzepotałem gwałtownie powiekami. Nagle dotarło do mnie, czym jestem. Nie byłem tym odkryciem wstrząśnięty. Bez sprzeciwu zaakceptowałem fakt, czym jestem. Dopiero dużo później, kiedy odżyły dawne wspomnienia, zacząłem kwestionować swoje nowe wcielenie. Wówczas jednak to, że jestem psem, uważałem za całkowicie normalne.
Rozdział drugi
Czyżbym wyczuwał u ciebie powątpiewanie, a może coś jeszcze? Może odrobinę strachu? Proszę jedynie, byś pozwolił swemu umysłowi słuchać, byś na razie zapomniał o swoich przekonaniach i uprzedzeniach; kiedy skończę opowieść, zdecydujesz, co o niej sądzić. Dla mnie też jest mnóstwo spraw niejasnych i wiem, że nigdy nie pojmę ich do końca – przynajmniej nie w tym wcieleniu. Niewykluczone jednak, że moje opowiadanie pomoże ci choć trochę zrozumieć to, co cię czeka. Może też dzięki temu będziesz się odrobinę mniej bał.
Gdy rozglądałem się dookoła całkowicie odmie