Страница 50 из 66
W listopadowy wieczór wracałem ostrożnie po wyślizganych gołoledzią deskach do baraku, gdy zatrzymał mnie przed szopą rzemieślników obozowych jakiś niski więzień. Wieczory jesie
– Słuchaj – powiedział wreszcie – czy to prawda, że ty rozpowiadasz w obozie o zwycięstwie Rosji?
– Tak – odpowiedziałem – a bo co?
– Jest taka rzecz – przysiadł się do mnie – wiesz, że dyżurka „upołnomocze
– Wiem – odpowiedziałem, tknięty po raz pierwszy złym przeczuciem.
– Otóż – ciągnął dalej stary szewc – mój znajomy krawiec wydłubał w ścianie dziurę między belkami. Zasłania ją w dzień płytką tynku, a w środę wieczorem słucha, o czym rozmawia Strumina z kapusiami. Wczoraj zawołał mnie, ale nie tylko dlatego, że była mowa o tobie…
– O mnie?
– Tak, o tobie. Strumina zapytała najpierw, jakie są nastroje w obozie. Kapuś odpowiedział, że z wyjątkiem paru „czestnych grażdan Sowietskogo Sojuza”, którzy dopiero w obozie zrozumieli swoje błędy, wszyscy pragną zwycięstwa Niemiec. „To zrozumiałe – odpowiedziała Strumina – a kak etot Polacziszka?” Kapuś przyszedł tu właśnie po to, żeby powiedzieć, że „etot Polacziszka Grudzinskij” jest zupełnie i
– Słuchaj – rzuciłem się ku niemu bez tchu – czy nie można było przez tę szparę zobaczyć, kto to był?
– Nie trzeba było. Poznałem głos.
– Kto? – zapytałem, ściskając go kurczowo za rękę.
– Zastanawiałem się długo, czy powinienem…
– Mów – krzyczałem nieprzytomny z wściekłości – na litość boską, mów!
– Machapetian – odrzekł cicho, nie patrząc mi w oczy.
Męka za wiarę
Pod koniec listopada 1941, w cztery miesiące po ogłoszeniu amnestii dla więźniów polskich w Rosji, kiedy nie miałem już żadnej nadziei na wytrzymanie do wiosny następnego roku i pożegnałem się prawie ostatecznie z myślą o zwolnieniu z obozu, postanowiłem ogłosić głodówkę protestacyjną.
Z blisko dwustu Polaków pozostało nas w samym Jercewie sześć osób. Codzie
Moja głodówka była nie tyle aktem odwagi, ile krokiem, w którym desperackie szaleństwo miało wszelkie pozory zdrowego rozsądku. Byłem bliski ostatniego stadium cyngi i zupełnego wycieńczenia, a starzy więźniowie przepowiadali mi nie więcej niż pół roku życia; z drugiej strony głodówka była w Rosji czymś zupełnie nie znanym i nie praktykowanym i w normalnych czasach – a cóż dopiero w czasie wojny! – traktowano ją jak sabotaż, karany drugim wyrokiem lub niekiedy nawet śmiercią; nie mogłem też oczekiwać, że mój organizm wzmocni się po iluś tam dniach dobrowolnego nieprzyjmowania pokarmów i napojów. O wszystkim tym wiedziałem nie gorzej od moich przyjaciół więzie
Nie tak łatwo jednak było przekonać o tym moich towarzyszy, a przecież bez nich głodówce zabrakłoby charakteru solidarnego odruchu. Zbieraliśmy się w ciągu paru wieczorów w kącie jednego z baraków: inżynier leśnik M., nauczyciel ze Stanisławowa B., policjant ze Śląska T., urzędniczka bankowa ze Lwowa Z., właściciel tartaku na Wileńszczyźnie L. i ja. Ich wątpliwości wahały się pomiędzy przesadnym lękiem a przesadną nadzieją. Jeszcze nie wszystko stracone – dowodzili – a głodówka, jako przestępstwo popełnione już po amnestii, pogorszy naszą sytuację i wyłączy nas spod działania ustawy amnestyjnej. Poza tym któż zaręczy, że nawet po podpisaniu w Londynie układu polsko-sowieckiego będą nas traktowali inaczej niż własnych obywateli, a przecież głodówka i odmowa wyjścia do pracy karane są w Rosji śmiercią… Nie, nie wszystko jeszcze stracone, cała nadzieja w Bogu… Nie może to być, aby zatrzymano w obozie prawdziwych Polaków, wypuszczając na wolność ludzi, którzy jeszcze do niedawna zapierali się swojej polskości…
A jednak było. Trudność naszego sporu polegała na tym, że obie strony posługiwały się w nim z konieczności argumentami wyłącznie irracjonalnymi. Moi towarzysze wierzyli w sprawiedliwość wyroków boskich i w moc zobowiązań międzynarodowych, ja zaś w możliwość przebłagania losu sprowokowaniem go. 30 listopada wieczorem, gdy wydawało mi się, że jestem prawie zdecydowany rozpocząć głodówkę sam, zaszedłem jeszcze po raz ostatni do naszego wspólnego kąta w baraku B. Inżynier M. siedział jak zwykle w najciemniejszym rogu dolnej pryczy, oparłszy chudą ascetyczną twarz o rozjarzonych nieprzytomnie oczach na dłoniach, i spoglądał na mnie z lękliwą przyjaźnią. Nauczyciel ze Stanisławowa i oficer rezerwy B., który po wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej został osadzony w centralnym izolatorze i dopiero niedawno wrócił do Jercewa z Drugiej Aleksiejewki, zdawał się szukać błędnym wzrokiem wyjścia z pierścienia obławy i unikał wyraźnie mojego spojrzenia. T. i L. grali z udawaną obojętnością w warcaby, a pani Z. zaplotła drobne ręce na brzuchu i szeptała zmartwiałymi wargami modlitwę. Wyglądali tak razem w przyćmionym świetle baraku jak grupa zabłąkanych turystów w załomie skalnym, którzy gotowi są na ostatni, desperacki wysiłek, jeśli przewodnik weźmie na siebie pełną odpowiedzialność za wynik. Stałem przed nimi ogarnięty również lękiem, nie wiedząc, co począć.
– Przypominam wam moją historię z Machapetianem – powiedziałem wreszcie. – Kto z was ma prawo być pewny, że i jego również nie zakopał w obozie jakiś absurdalny donos? Po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow komuniści niemieccy ogłosili w więzieniu moskiewskim głodówkę. I co? Z sześciuset głodujących wypuszczono pięciuset kilkudziesięciu i fakt, że na własne oczy widziałem w naszym „pieriesylnym'„ pod koniec lutego trzech z zatrzymanych, świadczy chyba najlepiej o tym, że nikogo nie rozstrzelano.