Страница 49 из 66
Lato północne jest krótkie, upalne i przesycone trującymi wyziewami moczarów i bagien. W ciągu paru godzin południowych niebo – szkliste o świcie i wzdęte jak niebieski żagiel pod wieczór – marszczy się i drży w rozżarzonym powietrzu jak zetlała cynfolia ze srebra nad płomieniem świecy. Wiele razy, zaalarmowani słupami czarnego dymu za zagajnikiem, biegliśmy z konwojentami na pobliskie poręby gasić pożar torfu, suchego mchu i nie uprzątniętego drzewa, wzniecony czerwoną głownią słoneczną. W pierwszych dniach września zaczynają się na Północy ulewy i trwają cały miesiąc. Pamiętam wzruszenie, z jakim ostatniego dnia sianokosów biegłem wraz z całą brygadą i konwojentami do walącej się szopy przydrożnej, aby się schronić przed burzą z deszczem i gradobiciem. Przemoczeni do koszul staliśmy pod spróchniałym dachem, o który rozpryskiwały się z trzaskiem krople gradu, za oknami huczała ciepła, jesie
Na sianokosach zaprzyjaźniłem się ze starym bolszewikiem, Sadowskim. Polubiłem go za jakąś wewnętrzną prawość, fanatyczną solidarność w pożyciu więzie
* To powiedzonko, bardzo popularne w Rosji wśród starych komunistów, cytuje również za Mein Leben Trockiego Isaac Deutscher w książce o Stalinie.
Po ukończeniu sianokosów brygadę 57. odesłano na tak zwaną birżę drzewną, gdzie do południa piłowała kloce dla gatrów tartacznych, a resztę dnia ładowała jodły masztowe na otwarte wagony. Zaczął się w moim życiu okres bardzo ciężki. Organizm, zahartowany zastrzykiem witamin na sianokosach, miast uodpornić się przeciwko dalszym trudom, zareagował ostrą cyngą. Wszystkie zęby chwiały mi się w dziąsłach jak w miękkiej plastelinie, na udach i nogach poniżej kolan wystąpiły ropiejące czyraki, tak bolesne i zagnojone, że nie zdejmowałem już w nocy spodni, żeby ich nie odrywać od ran, i spałem w tych zaschniętych watowanych ochraniaczach, podłożywszy sobie pod pięty zwinięty w rulon buszłat; wieczorem poczciwy Ałganow prowadził mnie do zony za rękę jako nowego „kurzego ślepca”. Praca na birży wydawała mi się ponad ludzkie siły, choć przecież po stachanowskich wyczynach na bazie powinienem był uważać ją za swego rodzaju odpoczynek. Ziębłem na deszczu i lodowatym chłodzie, szczękając wypadającymi zębami, chwytałem się po każdych paru pociągnięciach piły za serce uwięzłe w krtani, upadałem coraz częściej pod jodłami masztowymi ku cichej i cierpliwej rozpaczy Sadowskiego, zaprzęgniętego na przedzie. Sadowski nie wytrzymał jednak również długo, choć zareagował na nowe cierpienie nie cyngą, ale obłędem głodowym. Wtedy to właśnie wyrwał mi na opustoszałym pomoście przed kuchnią blaszankę z zupą. Przysiągłbym, że mnie nie poznał, mimo że patrzył mi prosto w twarz szeroko rozwartymi, zaropiałymi oczyma. Wybaczyłem mu wówczas, wybaczam mu tym bardziej i teraz – jemu lub jego trupim szczątkom. Znalazł się poza zasięgiem działania czarodziejskich zaklęć swojej młodzieńczej wiary, tam gdzie logiczny umysł człowieka nie panuje już nad zwierzęcymi odruchami ciała.
Do wszystkich tych udręk dołączyła się największa: amnestia omijała mnie z niepojętym uporem. Codzie