Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 48 из 66

* Wiktor Weintraub wspomina o nim w odbitce z „Tek historycznych” pt. Blaski i nędze dziejów życia prof. Tarlego.

Miałem dzięki Machapetianowi dozwolony wstęp do baraku technicznego o każdej porze dnia i nocy, toteż korzystałem z niego – nadużywając może nawet trochę praw gości

Tak oto, opisawszy już w tym opowiadaniu szachownicę i rozstawiwszy na niej figury, mogę nareszcie przystąpić do królewskiego gambitu. W upalny wieczór lipcowy siedzieliśmy nad szachami przy jednym stole – Loevenstein z Mironowem i ja z Weltma

– Ciekawe byłoby usłyszeć, ile naszych samolotów strącili Niemcy!

W baraku zapanowała taka cisza, że słyszałem przesunięcie figury na szachownicy „dwóch gorkistów” i szelest papieru listowego Machapetiana. Tylko Zyskind zamknął gwałtownie książkę, zeskoczył z pryczy i poszedł w noc. Młody technik odepchnął się silnie od belki i zwaliwszy się z łoskotem na ławkę obok naszego stołu, oparł rozkudłaną głowę na rękach. Z sąsiedniej szachownicy spadła od nagłego uderzenia łokci o stół jedna figura; podnosząc ją z ziemi, Mironow syknął cicho:

– Jak się, idioto, upijesz, to zatkaj sobie chustką gębę! Pijany podniósł na chwilę głowę i machnął lekceważąco ręką. Po kwadransie zabrało jego i Machapetiana dwóch oficerów z Trzeciego Oddziału.

Graliśmy dalej, jak gdyby nic nie zaszło, przerywając tylko na chwilę, aby wysłuchać sprawozdania Machapetiana, który łamiącym się głosem opowiedział nam, jak w obecności Zyskinda musiał potwierdzić i podpisać tekst słów wypowiedzianych przez oskarżonego. Około pierwszej wrócił Zyskind i nie patrząc nikomu w oczy, położył się w tej samej pozycji na pryczy, z twarzą zasłoniętą otwartą książką. Weltma

– Trybunał woje

– Poddaję partię – rzekłem, roztrącając drżącą ręką figury na szachownicy.

Zyskind czytał nieporuszony, a nasi sąsiedzi grali dalej:

Loevenstein wiszący nad szachownicą jak drapieżny ptak, a Mironow rozparty na łokciach przystawionych do brzegu stołu, z głową wciśniętą głęboko w ramiona.

– Szach! – wykrzyknął tryumfalnie Loevenstein.

– Mój drogi, ja nie zauważyłem tego laufra – bronił się Mironow, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

– Otóż to. Właśnie dlatego – mat. Trzeba mieć oczy na właściwym miejscu, kiedy się gra w szachy.

Po czym odwrócił się w kierunku pryczy, na której leżał Zyskind, i przecierając chusteczką złote okulary, powiedział z ledwie dostrzegalnym błyskiem sarkazmu w mądrych oczach:

– Słyszeliście „poslednije izwiestija”, towarzyszu Zyskind? Z nas wszystkich tylko wy jedni macie szansę stanąć wkrótce w szeregach obrońców ojczyzny i… (tu przerwał) szczerze wam tego zazdroszczę. Co się zaś tyczy chorych z izolatora, to przyprowadźcie mi ich jutro do ambulatorium po apelu pora

Zyskind odchylił książkę i skinął głową na znak zgody.

Sianokosy

Droga na sianokosy wiodła obok bazy wąską i krętą ścieżką przez podmokłą porębę okalającą obóz, potem drewnianym torem przez młody zagajnik, znowu ścieżką przez trzy świeże poręby w pobliżu rozwalonej i butwiejącej szopy, która służyła kiedyś za skład narzędzi, skokami przez kilkadziesiąt podkładów na torfowisku i drewniany mostek nad strumieniem, kluczącym marszem przez wykroty w następnym zagajniku i wreszcie – na olbrzymią polanę, otoczoną nie tkniętym jeszcze lasem, gdzie nazajutrz po ustąpieniu śniegów podnosiła się ku słońcu szeroka i ostra trawa mokradłowa, sięgająca niskiemu człowiekowi do pasa.

Mój Boże, sianokosy! Czy mogłem był przypuszczać, gdy jako młody chłopiec uczyłem się dla zabawy kosić w Kieleckiem, że będę kiedyś zarabiał w ten sposób na życie… A przecież wspominam dziś ten okres ze wzruszeniem i radością, bo nigdy już potem nie zaznałem równie szczęśliwego, jeśli chodzi o intensywność i świeżość, przeżycia, które pisarze nazywają wewnętrznym zmartwychwstaniem. Od prawie roku wyszedłem po raz pierwszy tak daleko za zonę i jak niegdyś listków trawy na jedynym spacerze w więzieniu grodzieńskim, tak teraz dotykałem z bijącym sercem kwiatów, drzew i krzewów. Mimo że droga była ciężka i długa (po sześć kilometrów w każdą stronę), szedłem o świcie w brygadzie wyciągniętej gęsiego lekkim i sprężystym krokiem, a wieczorem wracałem do zony opalony, spracowany, nasycony powietrzem, jagodami i krajobrazem, przesiąknięty zapachem lasu i siana – jak giez chwiejący się na cienkich nóżkach, gdy się opije końską juchą.

Na czele brygady 57. stanął stary cieśla Ałganow, ten sam, który modlił się zawsze do późnej nocy na pryczy, człowiek cichy, spokojny, uczy