Страница 7 из 59
Matka co i
Śmierć matki zmieniła wszystko. Za intruza już mnie miano w tym domu, który jeno wyglądem zewnętrznym rodzi
Gdym się wyrwał z hurmy panów braci pod kościołem, poszarpany nieco i zmiętoszony, i gdy do dom wróciłem, czas już był ostatni, jako rzekłem, by w świat uchodzić. Nic tu po mnie – ot i kwita! Dąbrowski, mówią, w Italii wojsko polskie szykuje, hańba Polakowi dziewki macać i kuropatwy strzelać w niewoli.
Dominika żal było, gówniarza zatraconego, o którego matka przed śmiercią prosiła, bym go w opiekę wziął. Lubo go ojczym na swoje urabiał, ile siły, i krew matczyną zatruwał, to przecież serce w nim widziałem, a po matce polską duszę chwacką i nadzieję żywiłem, że mu się ta dusza nie spodli i że w przyszłości karku przed Prusakiem chylić nie będzie. Ano, wszystko w ręku Boga. W czuprynę go boćknąłem, zaklinając, by umiłowania Polski z duszy nie wypluwał i dalej ruszyłem.
Ojczyma ani widzieć chciałem po tym, jak na zacnego Zimorowicza gębę rozdarł. Zali to prawda, co mówią, że go do spółki z Scholzem wyżenęli z parafii? Że go aż tak nienawidzi, dowiedziałem się dopiero w czasie mszy. Późno! Dziwne to, sam, gdybym obcym był, w gębę bym lał za ten iście pruski wrzask, ale kiedy go szturchać zaczęli, nie zdzierżyłem – matki to przecież ślubny – i bić nie dałem. Już on, przy pomocy Scholza, zdrowo zapłaci i Czarnockiemu, i drugim, aż żal było narwańców, gdy człek pomyślał. Że przeciw jego paskudnej naturze nic bym i tak nie zdziałał, tedy uchodzić mi trza było, albo grzech śmiertelny na barki kłaść. I on, łotrzyk jakich mało, coś przecież ludzkiego wewnątrz dzierżył, bo choć zimną butą świecił na pogrzebie matki, a i przedtem jeszcze nie skąpił jej upokorzeń, w noc pierwszą po powrocie z cmentarza u siebie siedział jak martwy, głowę w dłonie skrył i jęczał głucho, aż żal serce ściskał.
Od Dominika wyskoczyłem i stąpałem korytarzem, bez światła, by domu nie poruszyć. Torbę wojażną u siodła konia zapiąłem, przy wrotniach go uwiązawszy, dwa kroki i już wszystkie drogi do Rzymu prowadzące są moje, choć przecież tę na Warszawę wybrać trzeba, dlaczego – jeszcze wspomnę.
Wtem ręka jakowaś biała wychynęła z ciemności i za ramię mnie ucapiwszy, nogi mi zatrzęsła, bo choć w duchy nie wierzę, widzieć chciałbym, który rycerz na moim miejscu, w mroku zupełnym, portkami by nie zatrząsł, zjawę takową widząc.
– Ktoś jest?! – szepnąłem.
– Hans, to ja, Hans…
A
– Hans… Hans…
Nie wiem, jak się stało, alem nagle prawą ręką uderzył jak gada. Poleciała w tył, tylko się biała plama zwinęła i rozpłynęła w mroku w hałasie okrutnym, bo też coś widać z komody zleciało, a ja już, z domu wyskoczywszy, gniadosza w bieg puściłem, bacząc, by o jaką gałąź nisko zwieszoną nie zawadzić głową, bo noc bezksiężycowa była i czarna.
– Zdrowa dziewka! – szumiało mi w łepetynie. Sam bym do niej zaszedł i nieraz, ale gdy spostrzegłem, że ją ojczym po matce w bety swoje wsadził… Batem bym siekł za matusię, za wszystko… Nienasycenica! Kląć począłem jak wściekły, a koń znać za poganianie to wziął, bo w galop taki wpadł, żem mu cugli przykrócić musiał, by w tej smole w dół jaki nie skoczył, kulasy łamiąc i mnie kark skręcając.
Noc minęła jak błysk. Anim się obejrzał, jak w Poznaniu stanąłem, atoli miarkując, że droga w wiose
Z Poznania krytą bryką, w kurierskie konie uzbrojoną, przez Kostrzyn, Wrześnię, Słupię, Kleczewo, Kłodawę, Kutno, Łowicz i Błonie do Warszawy dotarłem, gdzie u Cisowskich, familii druha, któregom u Madalińskich poznał, gościnę serdeczną znalazłem. Trzy niedziele trwało, nim się Janusz o paszport dla mnie wystarał u Ormianina, który gardłem hazardując, papierki potrzebne za ciężki grosz preparował. Czas się nie tyle mnie dłużył, co Cisowskim, którzy niezbyt łaskawym okiem na moje podrygi ku córeczce Jadwisi spoglądali. Do śmiechów, tańców i po kątach szeptów pa
Wieczór był, gdy dyliżans do mieściny lichej dotarł, gdzie na komorze papiery widymować miano. Towarzysze moi – dwaj rozmowni kupcy podążający na Węgry, podstarzała kokietka z mężem i nudny urzędas wiedeński, który zapewniał gorąco, że cesarz z Bonapartem rozprawi się niechybnie – dla ogrzania się przed dalszą drogą pod dach się udali do poczekalni stacyjnej. Ja zaś w powozie, przezornie, jakem koncypował, zostałem, głupstwo czyniąc nie do wybaczenia.
Strażnik paszporty nasze zebrał, by je naczelnikowi komory do podpisu przedłożyć. Skuliłem się w kącie i drzemałem, kołysany nocną ciszą. Ocknąłem się nagle, widząc przed sobą rude wąsiska, nad którymi świeciły przenikliwe ślepia. W otwartych drzwiczkach dyliżansu stał mały człowieczek w wyszmelcowanym mundurze. Asystował mu drugi, młody i rosły człek, którego twarzy nie dostrzegłem zrazu, cofnął się bowiem, mnie zaś raziło światło bijące z okna stacji.
Chudzina przedstawił się jako naczelnik komory i przylepiając na licu blady uśmiech zapytał, czemu nie korzystam z kubka wina w taki ziąb. Odburknąłem, że nie pojmuję niemieckiego i udając rozespanie, wcisnąłem się głębiej w kąt powozu. Wtedy zbliżył się młody, Polak widać, bo gdy gębę w otwór drzwiczek wsadził, po naszemu zagadał:
– Waść gdzie jedziesz i po co?
– Do Krakowa, za interesami.
– Za jakimi interesami?
– Nie pańska rzecz! Paszport mam w porządku, to wystarczy!
Teraz dopiero spostrzegłem, że się bawi jakimś paszportem, zapewne moim, uderzając nim lekko o mankiet. Nagle przerwał, podniósł oczy, patrzył mi chwilę w oblicze i powiedział: