Страница 1 из 59
Waldemar Łysiak
Kolebka
Dominik – Między ojcem a bratem
Koła bryczki grzęzły w rozpaskudzonej wczorajszym deszczem drodze i wówczas milkł piskliwy rytm źle naoliwionej ośki. Dominik siedział tyłem do kierunku jazdy, podskakując na obitej skórą ławeczce, która raz za razem tłukła mu siedzenie, wyrzucana w górę i w dół, gdy szeroka, sześcioosobowa bryka zataczała się jak pijana w wodnistych koleinach. Przy bardziej gwałtownych przechyłach ukradkiem wysuwał nogę, próbując sięgnąć trzewikiem kleistego błocka na poboczu, lecz po chwili pojazd odzyskiwał równowagę i szarpnięty w przód toczył się dalej.
Nie widząc koni, a tylko gęstą ścianę lasu, chłopiec miał uczucie, że bryczka porusza się sama, pchana siłą wiatru, który niósł ze sobą zimny, wczesnowiose
Gdy wyjechali na piaszczystą równinę, w kałużach nagle zamigotało czerwone, jaskrawo świecące jabłko – zachodzące słońce. Dominik obserwował, jak szkarłatny krążek drga, tańczy i zmienia kształty, w czym sam mu pomagał, lekko uderzając butem w lustro wody.
Krajobraz umykał coraz żwawiej i stawał się blady w zapadającym zmroku. Janek jest już na pewno w domu – pomyślał Dominik. Poczuł żal, że nie może jak brat odbiec na koniu przed tym zmierzchem, który przynosił mu wspomnienie matki i jej bezradny, skrywany przed ojcem płacz. Kiedyś ojciec i jemu podaruje jakąś szkapę, ale choćby była najściglejsza, matki nie dogoni.
Gwałtowny klaps w udo i gniewny głos ojca wyrwał go z zadumy. Lewą nogę powyżej kostki miał mokrą i utaplaną w brązowej mazi. Ze spuszczoną głową wysłuchał reprymendy i przyjaznego rechotu kompanów ojca, czując jak zamoczoną stopę opływa wilgotne, lepkie ciepło.
I znowu drzewa rozpoczęły ruch do tyłu, a tamci powrócili do swoich słów, wyciszonych teraz ciemnością, dalekich i nierealnych. Czasami głośniejsze przekleństwo któregoś z mężczyzn przerywało na moment szmer rozmowy i zaraz wszystko wracało do normy, oddalało się, rozpływało, ginęło w szumie drzew. Czerwony nos landrata skrył się w mroku i chłopiec zamiast twarzy dostrzegał ognik ojcowskiej fajki i błysk srebrnych guzików rozpartego obok urzędnika. Zajęty swoimi myślami i se
Taki Dąbrowski. Dominik jakoś nie potrafił znienawidzić tego Sasa, który sprzedał się Polakom i ośmielił się podnieść rękę na najjaśniejszego pana, a którego nazwisko przyprawiało ojca o napady furii. Jeszcze za życia matki ten obcy, trochę nierzeczywisty bandyta śnił mu się czasami po nocach. Miał długą, rudą brodę i olbrzymie przekrwione ślepia, pas skórzany z gołym nożem i… i w ogóle był podobny do jakobinów-królobójców, o których nieraz opowiadał ksiądz Lomazzo i którymi straszyła go służąca A
Raz jednak zdarzyła się rzecz dziwna. Dominik pamiętał, że gdy kiedyś przed snem A
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk nazwiska, nazwiska jego i ojca. To landrat perorował głośno, czyszcząc nos wyszywaną chustą, którą złożył po chwili stara
– Nie ja będę pana uczył, Herr Rezler, jak należy wychowywać syna! Księżulek… ach tak, niech będzie, że pasierba, to nie zmienia postaci rzeczy. A więc powtarzam. Księżulek Lomazzi czy Lamozzo, jakże mu tam, bardzo to pięknie. Ci francuscy emigranci potrafią uczenie gadać o porcelanie, rymach i wojnach Ha
– Ja, ja, das ist nicht gut! – przytaknął skwapliwie siedzący obok Dominika opasły oficer, który spychał chłopca swym cielskiem na skraj ławki.
– No, nie przesadzajmy. Kto z nas w młodości nie miał swych fanaberii, które, ośmielę się zauważyć, muszą rzecz prosta z wiekiem wyparować z łepetyny – odezwał się wesoło pan Bronikowski, który razem z landratem i wojskowym przyjechał z Poznania. – Taki już bieg spraw! A francuski, ośmielę się zauważyć, przydatny jest nad wyraz i to nie tylko w salonie. Jakobinów król jegomość nieraz jeszcze bić będzie zdrowo, a jak mówią: ucz się języka wroga twego, bo bardziej przydatny od języka, jakim przyjaciel gada!
Prusak burknął coś niezrozumiale i wzruszył ramionami. Zapadła męcząca cisza, przerywana sapaniem ojca. Dominik nie podnosząc oczu czuł, jak ojciec sinieje, jak mu żyły występują na skroniach i jak zaciska pięści.
– To wina matki, panie Scholz. Rozpieściła szczeniaka, ale ja! ja!… ja go… – głos ojca brzmiał chrapliwie, krztusił się, napotykał w krtani tamę nie do przebycia. – Zresztą taki on syn… cudzy miot, choć prawda, z mojej kobiety!
– Ja pana znam, Herr Rezler, mnie nie trzeba przekonywać. Pan jesteś dobry poddany króla jegomości. Ale babą się pan nie zastawiaj! Kijów w pańskim majątku rośnie dość, a chłopi pańscy nieraz ich kosztują. Na mnie ojciec połamał tyle, że całą tę przeklętą drogę można by wymościć. I opłaciło się… Polki są niezłe w łóżku, to prawda. Ale ja panu nie kazałem żenić się z Frau Karsnycky, Bóg z nią, o umarłych źle nie mówmy… Mnie się ten smarkacz nie musi kłaniać, gwiżdżę na to! Tylko co pan powie, kiedy pułkownik Vorsterma
– Młody, dwudziesty rok mu idzie, jucha gorąca, dziewki go ciągną. Nieraz na tydzień i na więcej z domu umykał, ale teraz…
– Teraz już po wszystkim, Herr Rezler! Ja pana nie indaguję, jak się to stało, że chłopysia podobnego do synalka jak dwie krople wody widziano we Włocławku, gdy kasztelan Mniewsky barki nasze na Wiśle topił. Cały transport pod wodę poszedł! Zdziwiłby się verfluchten kasztelan, gdybyś go pan w spódnicę przyodział. Taka z niego dziewka, jak ze mnie linoskoczek, Herr Rezler! – landrat zaśmiał się głośno, oficer zawtórował i tylko ojciec milczał ponuro.
– Ech, jakiś podobny z lica hultaj, małoż to razy się zdarza, ośmielę się zauważyć. Mnie raz pono widziano w Gnieźnie, gdym ja tymczasem w Berlinie za interesami bawił, zwyczajna rzecz – przerwał ciszę Bronikowski, lecz jakoś lękliwie i ostrożniej niż uprzednio. Landrat zdawał się nie słyszeć jego słów.
– Pan się nie turbuj, Rezler. To się da uładzić. Szczeniaka trzeba krótko, najlepiej ożenić z jakąś sąsiedzką córką albo na przykład z córką kapitana! Ręczę panu, że i Niemki są ciepłe, a jak gotują! Co, Ertli – zwrócił się do oficera – dałbyś mu dziewczynę, Ha? No, dość! bo, tego… no… sprawa jest taka. Tych trzydziestu nowych kolonistów…