Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 59

Dominik schował oblicze w płaszcz ojca, nie dlatego że bał się wrogości tej masy, która otaczała ich ciasnym kręgiem, ale bał się własnych myśli. Dlaczego ojciec nienawidził kapłana, do którego matka czuła tyle sympatii i którego kochali wszyscy chłopi i szlachta? Cóż ojcu zawinił ten starzec, mówiący tak łagodnie i ujmująco? Buntownik! – szeptało mu coś z drugiej strony. Kto myśli jak buntownik, sam jest buntownikiem! – przypomniał sobie słowa ojca. Jakże bardzo chciał wierzyć, że ojciec ma rację, ale jeśli wszyscy buntownicy wyglądają tak jak ten… Dominik czuł, że te sprawy przerastają go, że nie potrafi wiele zrozumieć, a jednocześnie dziwił się, że tak szybko wycieka zeń zaufanie do postępowania rodzica i marzył, by obok stanął Janek i wyjaśnił mu…

– … Niech nikt z was nie zapomni, że ten kraj Wielkopolską się zwie! – Dominik spostrzegł, że głos księdza podnosi się, wibruje, nabiera mocy. -… Prawdziwie to Wielka Polska, ziemia Przemysławów, z której królestwo całe zjednoczyć chcieli!

Przypomniał sobie, jak kiedyś matka, w ojcowskiej sypialni, mówiła podobnie o Polsce, o jakimś Przemysławie, o…

– … Przyjdzie czas, że z onej ziemi, z której jemy i w której dziadów naszych kości spoczywają, dłoń mocarza narodu kamień ciężki odwali, że się ona kolebką stanie, iskrą, która płomień roznieci. I powstanie Polska, jak powstał Pan, i sprawdzą się słowa ewangelii. Przerażą się stróże i “powstanie, jak powiedział”. Oto wam zapowiedziałem!

Ostatnie słowa ksiądz prawie krzyczał, z wyciągniętą ręką, jakby błogosławił, aż nagle zamilkł, spuścił głowę, lecz w tej samej chwili rozległ się krzyk Borka:

– Zdrajco! Przeciw królowi bluźnisz!!

Rezler krzyknął doń, by zamilczał, ale że uczynił to zbyt gwałtownie, a gwar zagłuszył słowa, wyglądało tak, jakby i on wrzeszczał przeciw księdzu. Zanim pojął, że źle czyni, dając się nerwom ponieść, już było za późno, już go opadł zewsząd rój rozszalałej szlachty.

– Łotrze sprusaczony, taki synu, sługę Boga nad grobem stojącego w świat pędzisz, by nam swojego diabła, w komżę wystrojonego, sprowadzić!

– Na szable, psubrata!

– Dać go!

– Bij, kto w Boga…

– Bracia, tuuu!

Pisk kobiet zagłuszył krzyk mężczyzn. Rezler ciągnął syna do wyjścia, torując sobie drogę pięścią, za nim kulił się spokorniały nagle Borek i abbe Lomazzo. Greta i A

Byłby ojciec dopadł przedsionka, gdy w ostatnim momencie żylasty szlachcic, odziany w futrzaną szubę, przyskoczył doń, chwycił go za rękaw i osadził w miejscu.

– Czarnocki jestem, do usług! Mnie żeś to, waszmość, ze starostwa wyrugował jak psa, tedy ci podziękę złożyć czas nadszedł! Wiary naszej i świątyń nie będziesz plugawił, choć się pono tym samym krzyżem znaczysz!

– Precz! – zachrypiał Rezler.

– Milcz, psi gnacie, bo ci uszy poobcinam, jeno z kościoła wyjdź, bym ołtarzy nie brukał!

I już wypchnięci przez tłum na zewnątrz wypadli. Rezler nie puszczał dłoni syna. Szarpani dziesiątkami rąk-szponów przetoczyli się przez furtę, gdzie Czarnocki do boku już sięgał, gdy wtem dłoń jakaś stalowa przydusiła mu nadgarstek, aż kości zatrzeszczały.

– Wolnego, panie bracie, bym ja ci uszu nie porachował! Przejście daj!

Dominik ujrzał Janka, który wyrósł jak spod ziemi, odrzucił Czarnockiego i ojczyma zastawił piersią.

– Z drogi, Karśnicki! – grzmiało kilkanaście głosów.

– Nie broń łotra, chyba żeś ojca przepomniał.

– Z drogi, na Boga! – napierali nań gwałtownie.

– I to ojciec. A krwi przelać nie dam, czy diabłem, czy Bogiem wymuszać ją będziecie! Ustąpcie!

Rezler już do bryki dopadł i konie podcięte przez Borka – Marcin wymknął się, nie wiadomo kiedy – runęły w tłum i pędziły traktem, aż bryzgi spod kół błociły konary drzew na poboczu.

Dominik obejrzał się i ujrzał głowę brata w rozedrganym tłumie. Za chwilę zniknęła, a oni lecieli dalej. Ojciec milczał, dziwnie skurczony, nie widząc, że synowi po policzkach płyną łzy, czyste, nie rozmazywane.

Noc była w pełni, gdy obudziło go delikatne szarpnięcie, jedno, potem drugie. W mroku zamajaczyła twarz Janka.

– Pamiętaj, Dominiku, że ksiądz prawdę rzekł! Tyś się tu urodził i prawym Polakiem będziesz, albo nie ma Boga na niebie! Ja tu wrócę… wrócę. Słyszysz? A kiedy wrócę, chcę byś mnie polskim dobrym słowem powitał. Albo zaprzyj się matuli i niech cię piekło! Co ci, Dominiku? Pamiętaj! – głos brata drżał w gorączce – pamiętaj! Nie Prusy to, jeno Wielkopolska, ziemia nasza… kolebka. Wrócę… żegnaj mi… – pochylił się i przycisnął brata z całej siły, potem wyrwał się z kurczowo obejmujących go rączek i wybiegł.

Wspomnienie 1 – W studni

Czas był ostatni. Po tym, co przed kościołem zaszło, ni w domu, ni w okolicy ostać się już nie mogłem.

Nie tak łatwo przyszło mi progi rodzi

Rozczulać się nad sobą nie nawykłem, jeno śmierć matki spłaksiła mnie tak okrutnie, że mi się żyć odechciało. Ojca nie pamiętałem dobrze, umarł, gdym jeszcze smarkiem był. Pono nie bardzo był dla matuli łaskawy, pił dużo i hulał, dom ostawiając na jej głowie. Zanim się zapił, zdążył tyle napożyczać i tak obciążył majątek długami, że wystarczyły dwa chude lata w gospodarce i spadek cen zboża, by matkę z kretesem zgubić.

Zjawił się wówczas człowiek, który nabył od wierzycieli prawie wszystkie weksle podpisane przez ojca – szlachetka z Królewca, Franciszek Rezler, twardy i stanowczy, pięścią bijący gdzie popadło, żądający natychmiastowego wykupienia nieszczęsnych dokumentów. Że nam wyrugowanie z ojcowizny i nędza ostatnia groziły, że matka do rodziny z czym iść nie miała, bo ją magnaty zatracone – z Potockich, tych lichszych się wywodziła – za miłość młodzieńczą i ślub z szarakiem na wieki wyklęły, tedy rękę oddała Rezlerowi, o co zaciekle nastawał, wietrząc łup bezbro

Małym będąc nie pojmowałem tego wszystkiego, anim nie widział ogromu poświęcenia matki. Z wiekiem dopiero przyszło zrozumienie i świadomość rzeczy.

Do szkół ojczym posyłać mnie nie dał. Powietrzem dla niego byłem, tyle że mi czasami skórę złoił zdrowo, do chwili, gdy za nóż złapałem, przyparty do ściany. Przekleństwem rzucił, okręcił się na pięcie i warcząc odszedł, ale ręki na mnie nie podniósł już nigdy, a matce ani słowem nie wspomniał o zdarzeniu.

To, co w głowie mam, jej tylko i księdzu Lomazzo zawdzięczam, którego Robespierre z rodzi