Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 59

– Dość zabawy, panie Karśnicki. Nawet nasi przemytnicy lepiej podrabiają pieczęcie, a my szczególnie lubimy podróżnych, co tak zimno admirują, że nosa z dyliżansu nie raczą wychylić. No!

Rany boskie! Kochany Januszek klął się, że takiego paszportu sam Thugut w Wiedniu nie posiada. Że jest różnica, zrozumiałem teraz, gdy na własnej skórze miano mi to wykaligrafować. Rejterować nie było jak i gdzie – z drugiej strony powozu stał w drzwiczkach strażnik i uśmiechał się bezczelnie. Stąpnąłem na drewniany pomost przerzucony przez kałuże i – zanim strażnik przeszedł na naszą stronę dyliżansu – przyłożyłem pistolety fagasowi do brzucha, zaś naczelnikowi do siwego łba.

– Ano, dość zabawy, panie ładny!

Odwróciłem się do strażnika:

– Karabin praśnij i konia dawaj, albo dwa trupy pochowasz i sam naźresz się piachu!

Nikt się nie ruszył. Młodemu oczy stanęły w słup, podniósł obie ręce w górę, choć o to nie prosiłem, naczelnik drżał jak liść, aż mu głowa stukała o wylot lufy, którą przyciskałem do skroni. Strażnik skamieniał.

– Słyszysz, suczysynu!

Nagle zrozumiałem, że nie pojmuje polskiego, że czuje grozę sytuacji, bez rozeznania czego żądam.

– Pomóż mu, dziecino! – zagadnąłem młodego takim głosem, że mu w oczach mignął strach śmiertelny. Szczeknął coś, czego nie zrozumiałem i strażnik rzucił karabin, zniknął i za chwilę pojawił się z koniem, mokrym od potu, dopiero co wyjęty z cugu. Czas biegł, a ja stałem jak bohater w heroicznej scenie na teatrum i dawałem się tumanić. Poczułem jak ogarnia mnie wściekłość.

– Dziecino – zniżyłem głos do szeptu – jeśli zaraz nie dostanę dobrego konia…

Przerwał mi, krzycząc do strażnika jakieś rozpaczliwe nakazanie i za chwilę miałem konia, na oko niezłego i okulbaczonego prawidłowo.

– Na ziemię!

Strażnik padł pierwszy, naczelnik przyklęknął i położył się na kładce, zmuszając młodego do zwalenia się w błoto. W drzwiach stanęła owa niewiasta, towarzyszka podróży, i ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk, ginący mi za plecami w nocnej ciemności.

Tydzień już siedziałem w starej stolicy, łazikując jak kramarz, jeno że bez celu i konceptu nijakiego. Gdy z bożą pomocą pogoni uszedłem i konia u bram Krakowa sprzedałem, pierwszym, co uczyniłem, było kupno nowych łachów – stare gonitwa po bezdrożach niezdatnymi uczyniła, a kuferek na komorze przepadł. Wąsy też zapuszczać począłem, dla zmylenia, bom nie wątpił, że mnie austriackie pludry tropią jak lisa. Szkoda, że lisiej chytrości mi nie stało.

Postój obrałem w gospodzie na Grodzkiej ulicy i zrazu nie ruszałem się prawie. Nie przepomniałem o celu mych poczynań, lecz cóż uczynić mogłem? Skąd dobyć papiery na dalszą drogę? Albo chociaż przewodnika, miejsca tajemne, zdatne do przejścia przez granicę znającego. I czymże bym go opłacił? Tedy migałem się jeno posterunkom i patrolom, nie wiedząc, czy mnie wypatrują, czy też nie, i kląłem głupotę własną, bom się czuł prawdziwie jak sum we włok schwytany – ni w jedną stronę, ni w drugą. Sakiewka kurczyła się jak nakłuty pęcherz, a i w głowie pusto, konceptu nijakiego na dalszą drogę. Po gościńcach szeptano, że legie polskie białasów piorą w dalekiej Italii, a ja sterczałem w miejscu, bezradny jak niemowlę.

Aż przyszedł ów dzień, gdy z barłogu się zwlokłem i w rynek wstąpiłem, przepychając się ku Sukie

Pchałem się tedy do golibrody, wąsy świeżo posiane przyrównać i włosy podciąć, a baczyłem pilnie, czy gdzie zbyt wścibskiego wzroku, postać moją głaszczącego, nie dojrzę, choć trza prawdzie się ukłonić, że czujność moja, co jak wyostrzona gotowość wilka nagonkę czującego, unikać mi pozwalała kłopotów, słabnąć już zaczęła z biegiem dzionków. Rozzuchwalająca bezkarność, a i zmęczenie ciągłym ślepieniem na boki i za plecy uśpiły mnie dostatecznie, bym wówczas sentymentom dał się ponieść, żem oślepł i zgłupiał do cna. Mogłem-li jednak nie zgłupieć?

Pierwej nim ją ujrzałem, w uszy zawitały dźwięki przedziwne, ażem stanął w miejscu i słuchał oczarowany, wypatrując skąd też napływają. Coś, anim rozumiał co, za serce chwyciło mocno, rodzime łąki i lasy przypominając. Dźwięki brzęczące nad głowami ciżby płynęły przez rynek, odbijając się od kamienic, wdzierały się pod sklepienia Sukie

Nie wiem, falą kolorową, co się nagle w tę stronę sączyć poczęła, czy podnietą serca zasłuchanego ciśnięty, ruszyłem coraz szybciej i szybciej, a usłyszawszy, że dźwięki rozpłynęły się nagle we wrzawie wesołej i zamarły, biec zacząłem. Ludzi obijając, przerażony, że nie zdążę. Dopadłem koliska zwartego i kułakami ciżbę roztrącając, torowałem przejście, pókim mógł, póki ścieśnisko w gęstwę się nie zbiło taką, że ni kroku postąpić. Ale że Pan Bóg wzrostu nie pożałował, oczy już napaść się mogły do woli.

Przy trzeciej bodaj od strony kościoła kamienicy stał gruby, stary Cygan, wąsaty, a długowłosy jak niewiasta, w kapocie wiatrem podszytej i skórzanych, wojskowych buciskach. Skrzypki przedziwnie poskręcane do twarzy tulił, smyk do ziemi opuściwszy, z głową przechyloną, słuchając co mu dziewczyna, też Cyganka, do ucha kładzie.

Gdyby mi kto przedtem rzekł, że się od jednego widoku można w dziewce zauroczyć, palcem bym człowiekowi w czoło popukał. Anim to pojmował wówczas, a i dzisiaj nawet nie pojmuję. Na różne dziewki chadzałem i niejedna uśmiechała mi się, sercu choć na krótko bliska, ale ta! Z nią żadna równać by się nie śmiała. Smukła jak łania, czarnobrewa, z okiem jak u smoka wielkim, z barwinkowym na kosach zaplotem, w sukni długiej, stubarwnej, fartuszkiem zdobnej i z pasem srebrzystymi guzami i dzwoneczkami nabijanym. Wokół czoła i czarnych włosów owijał się łańcuszek z nanizanymi nań miedziakami. A przy tym cera, miast zwyczajnie po cygańsku śniadej, biała jak mleko…

Tłum pięknością jej zwabiony bardziej niż sztuką czekał w milczeniu. Ona, znać to czując, zawirowała nagle, aż się kosy owinęły wokół szyi i tamburinem uderzyła w rękę nad głową wzniesioną.

– Hrajte meni!

Dzwoneczki zadzwoniły jak szalone, spódnica furkotała, wir leciał przez kolisko, a skrzypce śpiewały jakąś nutę taborową, nieludzko piękną.

Wtem dźwięk tamburinu spotężniał i w twarz mi prawie uderzył, tak do mnie podskoczyła, wyciągając rękę w falbanie kwiecistej nad przekupką, która stała przede mną. Zęby błysnęły w uśmiechu i znowu zawirowała wzdłuż koliska. W każdym ułamku chwili, gdy jej twarz obracała się w moją stronę, zdawało mi się, że na mnie spoziera, lecz ruch, jaki nadała ciału, wyrzucał te oczy w obrót i znowu przez sekundę widziałem je w przelocie.

Skrzypki zamilkły i ona wpół stanęła jak wryta… tyłem do mnie. Groszaki sypnęły się gęsto w kapelusz Cygana, a ja stałem i patrzyłem w krasną wstążkę, z kosów spływającą wzdłuż pleców dziewczyny. Wstążka rosła, przybliżała się, aż mi w oczach poczerwieniało mgliście. Dziewczyna na brawa i wiwaty obojętna obracać się zaczęła powoli. Patrzyła na mnie z powagą, w oczy prosto, jakby mi chciała do wnętrza duszy zajrzeć.