Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 51 из 59

Po czym drzwi rozwarł i wszedł na salę rycerską, malunkami Bacciarellego głośną.

Oni stali w szeregu, śmietanka dygnitarzy polskich, cywilnych i wojskowych. Członkowie Sejmu Konstytucyjnego z sędziwym marszałkiem Małachowskim na czele, członkowie Izby Najwyższej Woje

W połowie szeregu Napoleon wstrzymał się, ku środkowi sali o krok cofnął i we wszystkie naraz twarze spoglądając wyrzekł tonem nagany:

– Balujecie, rozpijacie francuski garnizon w Warszawie, przyzwyczajacie do zbytków, a na linii bojowej żołnierze mrą z głodu, w magazynach pustki!

Wystąpił na to z szeregu członek deputacji, Michał Kochanowski, mówiąc:

– Najjaśniejszy panie, wszystko, czego do tej pory żądano, dostarczyliśmy.

Cesarz podniósł nań swój zagniewany wzrok i zawarczał:

– To jest nieprawda! Żołnierz francuski nauczył się w waszym kraju dwóch zaledwie słów: kleba i ne ma! Kleba ne ma! Skąd się to wzięło?!

– Nie wiem, sire, wiem natomiast, że dostawy regularnie idą. Zapewniam też waszą cesarską mość, że wszystko, co względem aprowizacji żądanym będzie, również zostanie dostarczone.

– Tak?…

Napoleon sięgnął po złożony papier i Kochanowskiemu podając, rzekł:

– Oto wykaz potrzeb, mój panie. Jeśli wszystkie te rzeczy nie zostaną dostarczone na wskazane miejsca w ciągu dwudziestu czterech godzin, waszmość zostaniesz rozstrzelany!

Kochanowski papier wziął, rozwinął i okiem nań rzucił. W tejże chwili cesarz, twarz Kochanowskiego lustrując, tabakierki dobył i zażył niuch głęboki, Kochanowski zaś od razu do tejże sięgnął. Kichali razem, a Napoleon śmiechem się zaniósł.

– Diabeł nie człowiek! Ja mu oświadczam, że każę go rozstrzelać w dwadzieścia cztery godziny, a on mi nie prosząc bierze niuch tabaki i to bez podziękowania!

Tymczasem Kochanowski spokojnie lekturę ukończył i pokręcił głową.

– W dwadzieścia cztery godziny nie da rady, ale w trzy dni wszystko będzie dostawione.

– Na pewno? – spytał cesarz.

Wybicki wtedy, obok Kochanowskiego stojący, wtrącił się:

– Jeśli pan Kochanowski tak twierdzi, to rzecz jest pewna, najjaśniejszy panie.

Napoleon zwrócił się ku niemu:

– Wybiki, dla potwierdzenia tego, coś rzekł, ty sam zajmiesz się dostarczeniem pierwszych siedmiuset cetnarów mąki dla armii w ciągu dwudziestu czterech godzin. Reszta za trzy dni!

Znowu ruszył wzdłuż szeregu. Kiedy doszedł do końca, wygłosił kolejną mowę:

– Pobiłem jednych waszych zaborców, pobiję i drugich. Ale nie może być tak, aby za waszą wolność bili się tylko cudzoziemcy. Im szybciej wystawicie własną silną armię, tym szybciej zasłużycie na niezawisłość. Wzmóżcie wysiłki, nie ma dla was ważniejszej sprawy. Wojna jeszcze nie skończona. W przyszłorocznej kampanii chcę widzieć polskiego żołnierza w wielkiej liczbie na placu boju. Jest to nieodzowny warunek wskrzeszenia Polski. Naród, który nie potrafi przelewać krwi dla swego honoru, nie jest godzien samodzielnej państwowości. Dobre wojsko, oto czego wam potrzeba!

Postąpił kroków kilka i nagle przed Poniatowskim się zatrzymał.

– Czyż nie mam racji, książę?

– Najjaśniejszy panie – odrzekł książę Józef – naszemu narodowi potrzeba wielu rzeczy, których od dawna byliśmy pozbawieni i do których tęsknimy, jak choćby sejmu i naszej Konstytucji 3 Maja.

Z oczu cesarza wystrzeliły pioruny.

– Czy na to też mam ci dać pisemną gwarancję, i to przed ostatecznym zwycięstwem nad wrogiem, mój panie?!

Straszna zapadła cisza. Na twarzy Talleyranda ujrzałem chmurę, usta zacisnął, jakby chciał wargi przygryźć. Poniatowski stężał i nic nie odrzekł. Najbliżej mnie stojący deputat ku sąsiadowi w biskupiej sukni się nachylił i wyszeptał:

– Zdaje się, że nasz książę będzie mógł jeszcze dzisiaj wynieść się na długi odpoczynek do Jabło

Cesarz przerwał milczenie, nie spuszczając oka z twarzy księcia.

– Panie Poniatosky, dam ci jedną radę i gwarantuję tylko to, że jest to najlepsza rada do jakiej możesz się zastosować! Otóż radzę ci, byś jako naczelny wódz wojsk polskich sprzymierzonych z armią francuską mniej myślał o strzelaniu do mnie żądaniami pisemnych gwarancji, a więcej o strzelaniu do nieprzyjaciela prochem i kulami. Macie moje cesarskie słowo, na którym stanie wasza niepodległość, ale bronić jej będziecie musieli sami i ty tego dopilnujesz, książę!

Oparłem się o framugę, bom myślał, że na pawiment upadnę. Chmura z Talleyrandowej gęby ku twarzy Dąbrowskiego przefrunęła, minister uśmiechnął się tryumfująco, a Murat wtórował mu pod nosem. Nie pamiętam nawet jak się audiencja skończyła. Dość naprawdę tego wszystkiego miałem, więc kiedym tylko usłyszał, że Dąbrowski na przysięgę pospolitego ruszenia do Łowicza jedzie, wyprosiłem u cesarza przepustkę i jako delegat kwatery głównej do jenerała dołączyłem. Uściskał mnie niczym marnotrawnego syna, smutek wciąż mając w oczach ten sam, co na sali. Tak mu za lata poniewierki, którą dla Polski przechodził, podziękowano.

W Łowiczu stanęliśmy w dzień Nowego Roku. To, co się na polach podłowickich działo, wyobrażenie przechodzi. Tłumy wyszły na spotkanie wielkiego wojownika, wiwatując jakby to sam cesarz nadjechał. Rozwinął się wielobarwny zbrojny polonez “la pospolite”, ze sztandarami i werblów warczeniem podniosłym. W gwarze bajecznej manifestacji szablę Sobieskiego niesiono przywiezioną z Italii, a takoż buławę Stefana Czarnieckiego, którą na ten dzień Wincenty Krasiński ofiarował.

Ślozy w oczach miał Dąbrowski, a kiedy przemówił, ja własnym nie zawierzałem uszom. Przez cesarza pokrzywdzon (choć na korzyść i

– “Rycerze! Za najszczęśliwszy dzień życia mego poczytuję ten, który po dwudziestoletnim rozstaniu połączył mnie z wami rodacy, który mi daje oglądać słodkie owoce prac moich, podjętych za granicą dla utrzymania mężnego ducha w Polakach. Jestem sowicie od niebios nagrodzony, kiedym was w istocie przekonał, żem nie pło

I do przysięgi przystąpiono… Niejednom widział i przeżył. Ale kiedy sześć tysięcy szlachty na błoniu zebranej w chorągwiach poszczególnych ziem, na których czele rotmistrze pospolitego ruszenia stali, przysięgało Polsce na buławę Czarnieckiego i na ten pałasz Jana III przywieziony spod Loreto, nie zdzierżyłem i ryknąłem serdecznie. Głos po polach niosło: