Страница 50 из 59
“Wznosić upadłe państwa,
wracać im imiona,
dziełem jest tylko Boga
lub Napoleona!”
Rzeźnik jeden w oknie malowidło wystawił, na którym on sam wielkiemu wołu łeb obcina, a pod strugami kapiącej krwi jaśniał dwuwiersz:
“Kto nie będzie wierny Polsce i Napoleonowi,
To mu łeb utnę jak temu wołowi!”
Sama radość z oczu i ust każdych wyzierała, wszyscy szczęśliwi, jakby to było jedyne święto ich życia. Nie myśleli o kłopotach, które sprawił kwaterunek woje
Zegar na kominku w gabinecie cesarza siódmą wybił, gdy Talleyrand przybiegł oznajmiając, że przedstawiciele wyższych stanów polskich i urzędów na uroczystą audiencję w sali przygotowanej już zgromadzeni. Napoleon słowem nie odrzekł, w lustro się wpatrując – pokojowiec Constant włosy mu poprawiał, wilgotne jeszcze po umyciu. Minister powtórzył:
– Najjaśniejszy panie, czekają już pół godziny!
– Nic im się nie stanie… Wystarczy, Constant… Tak, może być… Kasnyki!
Stanąłem we drzwiach.
– Tak jest, sire?
– Idziemy.
– Tak jest, sire.
Talleyrand spojrzał na mnie ze złością, jakbym mu przeszkadzał, a możliwe i to, że cesarz kazał mi za sobą iść, żeby się od natręctwa Talleyranda uwolnić. Ale jeśli tak myślał, to się zawiódł. Minister zdeterminowany był okrutnie i znowu swoje zaczął:
– Najjaśniejszy panie, są tam Dombrosky i Poniatosky…
– Wiem.
– … Obaj mają nadzieję, że publicznie dzisiaj rozstrzygniesz sprawę naczelnego dowództwa, sire.
– Wiem.
– Należałoby to zrobić, czas najwyższy, w armii polskiej nie wiedzą już, kogo się słuchać…
– Wiem!
– Mam nadzieję, sire, iż wiesz również, że należałoby zostawić dowództwo w ręku Poniatosky’ego.
– Czyją to matką, jak powiadają, jest nadzieja? – spytał cesarz szyderczo i śmiechem się zaniósł, z gabinetu wychodząc.
Przez sąsiedni pokój weszliśmy w korytarz prowadzący do sali, gdzie się audiencja odprawować miała. Talleyrand nie ustępował:
– Najjaśniejszy panie, to już nie pora na żarty, dziś się waży los Polski, a dokładniej los naszej racji stanu w tym kraju.
– Naprawdę?
Cesarz stąpał ostrym krokiem przy ścianie z oknami, które na dziedziniec zamkowy wychodziły, mijając kolejne apartamenta, a minister kuśtykał za nim, jakby gonił uciekającego, i sapiąc z wysiłku wyrzucał z siebie gorączkowe słowa. Ja szedłem trzy kroki z tyłu, w plecy cesarza wpatrzony.
– Sire!
– Talleyrand, czyż nie rozstrzygnęliśmy już tej kwestii? Dlaczego mnie męczysz?
– Dla tych samych powodów, o których już mówiłem, sire. Nie są one błahe. Dombrosky mało w Polsce znaczy, kogóż on reprezentuje? Po powrocie do kraju znalazł niewielu swych podkomendnych z Legionów…
– To już rzeczywiście mówiłeś. Powtarzasz się, co zazwyczaj jest oznaką starości…
– Kpij ze mnie, sire, ale nie z francuskiej racji stanu! Jeśli nawet obiecałeś Dombrosky’emu, a o ile wiem nie zrobiłeś tego bezpośrednio, to przecież wobec kondotiera żadne dalekosiężne obietnice nie mają znaczenia. W Polsce doskonale wiedzą, że możesz tego Sasa odwołać w każdej chwili, przerzucić na i
– Czytałeś Rulhiere’a i nic nie wiesz o Sasach na polskim tronie? Masz doprawdy zadziwiające luki w wykształceniu, Talleyrand. Przez tych dwóch monarchów Saksonia i Polska są ze sobą związane bardzo mocnymi więzami historycznymi, dlatego Polacy bardzo chętnie służyli w armii saskiej. Możesz natomiast nie wiedzieć, że Dombrosky jest tylko półkrwi Sasem, po matce. Zresztą ojczyznę się wybiera, podobno jest ona tam, gdzie się chce umrzeć. Czy powiesz mi, że ja nie jestem Francuzem, bo jestem Korsykaninem?… Winieneś też wiedzieć, że Polacy w swej ukochanej konstytucji majowej postanowili, iż następcą króla Stanisława, jeśli ten zemrze bezpotomnie, będzie przedstawiciel królewskiej familii saskiej. Nikt ich do tego nie zmuszał.
– To w żadnym stopniu nie zmienia postaci rzeczy, sire! To już nie jest ta sama Europa, okoliczności i warunki się zmieniły, nasi jakobini zdejmując głowę królowi przewrócili świat do góry nogami…
– A czyż ty nie maczałeś w tym palców? Przypomnij mi łaskawie, jeśli się mylę…
– Sire, teraz ważne jest tylko to, że pomylisz się ogromnie nie słuchając mojej rady!
Miałem ochotę kopnąć go w tyłek. Dwa szybsze kroki do przodu i szpicem buta! Cesarz już nie odpowiadał, szedł milcząc, z zaciśniętymi ustami, coraz szybciej, a Talleyrand z coraz większym wysiłkiem powłóczył za nim kulasem, równał się z nim i zostawał, chrypiał mu do ucha, zdało się chce ucapić za ramię, zatrzymać i przekonać.
– … wyniesienie Poniatosky’ego umocni wiarę Polaków w nasze intencje i wzmocni entuzjazm, a to da nam wielu rekrutów. W tym klimacie nasz zmarznięty żołnierz potrzebuje wsparcia wojsk polskich, bardziej zahartowanych do zimy. Sire, jesteś największym z wodzów, rozumiesz to lepiej ode mnie, więc czemu…
Przeszliśmy ponad pół drogi, drzwi do sali były coraz bliżej. W ciszy korytarza dudniły równo wojskowe obcasy Napoleona, a rytm ich uderzeń zakłócała dreptanina trzewików ministra. Prawy z nich był wysoki, lekarski, na kulawą nogę i klaskał o tafle pawimentu niczym kijanka w ręku kobiety bijąca wodę, lewy ciągnął się za nim, skrzypiąc dokuczliwie. Ja starałem się iść na palcach.
– Sire, na miłość boską, Francji nie stać na utratę takiego sojusznika jak Polska! Poniatosky ma kolosalne wpływy i pójdzie za nim cała arystokracja, a za nią cały naród, jeśli zaś postawimy na jakobinów, możnowładztwo może ulec podszeptom Petersburga, Wiednia i Berlina! Tzartorysky, przyjaciel cara, robi wszystko, by magnaci polscy nie wiązali się z nami, obiecują im złote góry, Polskę prawie od morza do morza…
Drzwi tuż tuż. Cesarz wyprostowany niczym posąg i jak posąg niemy, a może i na słowa ministra głuchy, bo żadnym gestem nie dający odzewu, idący miarowo jak na paradzie, i ten kulas goniący za nim i błagający rozpaczliwie. Boże, raz w życiu coś takiego widziałem, kiedy ważyły się sprawy większe niż potyczka i nawet bitwa duża, i nic uczynić nie mogłem, choć mi w piersi wyło, bom już Dąbrowskiego polubił!… Nie zdąży, zaraz cesarz na salę wejdzie i skończy się ta straszliwa heca. Trzy zaledwie kroki.
– Sire! – krzyknął Talleyrand i głos jego echem puszczyka poniosło w czeluść korytarza za nami.
Cesarz zatrzymał się, odwrócił na pięcie i stanął milczącą twarzą do ministra tak, że ten omal nie wpadł na Bonapartego. Ale usta mu się nie zawarły.
– Najjaśniejszy panie, powtarzam, a więcej razy powtórzyć nie zdążę: Dombroscy, Wybyccy, Kollontaie i wszelacy jakobini i tak pójdą z nami, bo nie mają i
Przez oblicze Napoleona przeleciał dziwny uśmiech. Powiedział cicho, zdało się sam do siebie:
– Czasami zastanawiam się, Talleyrand, czy francuskiej racji stanu nie zrobiłaby dobrze kuracja polegająca na skróceniu cię o głowę.