Страница 52 из 59
“Ja, tu przytomny, przed obliczem Boga Zastępów, przed bóstwem powstającej ojczyzny mojej, przysięgam na tę buławę, którą niegdyś bohaterska dłoń Czarnieckiego dźwigała; na ten miecz walecznego Sobieskiego, pod którym padał Polski nieprzyjaciel, iż posłuszny do zgonu rozkazom Wielkiego Napoleona, o swobodę i całość Ojczyzny aż do przelania ostatniej kropli krwi mojej walczyć będę!”
“O swobodę i całość Ojczyzny!”. Nie ja jeden płakałem. Ryk był powszechny, łzy się nam lały po licach i nikt się ich nie wstydził. Pamiętam, jak ktoś pierwszy krzyknął: “Niech żyje cesarz!” i ja wraz z i
Na koniec szablę i buławę Dąbrowskiemu wręczono, a mowę przy tym do jenerała, w imieniu wojewódzkich dowódców, rotmistrz inowrocławski, imć Sokołowski, wygłosił:
– “W tobie, jaśnie wielmożny jenerale, naczelniku nasz, znajduję jednego ze sławniejszych naszych wodzów. Piastując buławę Czarnieckiego i oręż Sobieskiego, tobie szczególnie należące, bo w ich ślady wstąpiłeś godnie, kieruj sercami współbraci, gotowymi iść wszędzie na twoje wezwanie. Bądź tłumaczem Polaków przed najjaśniejszym cesarzem Francuzów, królem włoskim, wielkim Napoleonem, że historia nie poda i
Marzyło się wszystkim króla mieć z cesarskiej familii, a nikt wiedzieć wtedy nie mógł, że Napoleon inaczej postanowi i Sasa nam na królowanie wybierze, tak jak Konstytucja Trzeciomajowa przewidziała, którą uszanował.
Przepustkę miałem na dni czternaście, a w tym czasie służbę ordynansową przy cesarzu Falkowski odprawował. Znowu ćwiczeniem pospolitaków się zająłem i to mi radość dawało, jakiej na pokojach cesarskich zaznać nie mogłem.
Kiedym wrócił do stolicy i do domu się udał na Starym Mieście, gdzie mieszkanie dla Kami i Gila wynająłem – jej już nie było. Gil przerażony rzekł mi, jako od dwóch dni już zniknęła. Szukać zacząłem po mieście, aż mi jeden z oficerów naszych doniósł, że ją z Francuzem wyższej rangi widziano.
Nigdy przedtem ani potem nie biłem głową o ścianę, czaszkę pragnąc roztrzaskać na wióry. Oprzytomniałem na podłodze i znowu dostałem szału. Słono musiałem płacić gospodarzowi za sprzęty porozbijane. Jeszcze w kilka dni później Gil, tak jak kiedyś w krakowskim lochu, zmieniał mi opatrunki.
Poniatowski na mój widok, gdym się w sztabie pojawił, aresztować mnie chciał, bo mu się widziało, że burdy i pojedynki po nocach czynię, ledwom go udobruchał. Tak płaciłem rachunek mej miłości i głupoty zarazem. Gdybym Kami wtedy dopadł, ubiłbym na miejscu.
Poniatowski człowiekiem okazał się serdecznym i uczucia moje, wrogie ku niemu zrazu za sprawą krzywdy Dąbrowskiego, tajać poczęły. Dowiedział się widać w czym rzecz, bo mnie zawezwał i rzekł, jako przed cesarzem mnie usprawiedliwi, żem się z przepustki do służby ponownie nie zameldował. Na to mu odpowiedziałem, że ja już na cesarskiego adiutanta nie pójdę, a jeżeli dezercję mi zarzucą i kulę w łeb zechcą dać – wola boska. Pokiwał głową niby ojciec nad niesfornym dzieciuchem.
– A nie myślisz – spytał – że honor każe, byś sam to cesarzowi rzekł, nie zaś jako szczur umykał?
– Wasza książęca wysokość ma rację. Pójdę do cesarza i powiem mu.
– I co dalej?
– Pospolitaków chciałbym w bój prowadzić.
– Dostaniesz nominację…
– Już miałem, przed adiutanturą, od jenerała Dąbrowskiego.
– Tedy z dobrej ręki miałeś, znamienity to wojownik. Ale tamta już nieważna, drugą ci wypiszą z przydziałem. Chcesz do legii poznańskiej Dąbrowskiego?
– Wszystko mi jedno, byle w pole iść. Gdzie goręcej.
– Dobrze, pójdziesz gdzie najgoręcej, może od tego się utemperujesz. Papier u Fiszera odbierzesz jutro.
– Wasza książęca wysokość…
– Co jeszcze?
– O jeden tydzień zwolnienia upraszam.
– Boże mój – westchnął, patrząc w okno zamyślonym wzrokiem – co one z nas robią! Słabeuszy… Wierzysz, że ją odszukasz i że do ciebie wróci? Nie łudź się. Ale to twój frasunek, ja ci w tym pomóc nie mogę. Tyle tylko, że ten tydzień ci dam. Wolnyś.
Pętałem się po mieście jak zaczadzony, każdej kobiecie zaglądałem w twarz, za niektórymi powozami goniłem, cud prawdziwy, że mnie z ulicy nie zabrano do Bonifratrów, gdzie chorych na umyśle przetrzymywano. Nareszcie dowiedziałem się, że 17 stycznia bal wielki u Talleyranda odbywać się będzie. Tam być mogła z oficerkiem swoim, bo wszystkie znaczące figury zaproszono. Gil mundur mi ochędożył, a ja od rana zaprzestałem picia gorzałki i kiedy zmierzch nadszedł, trzeźwy byłem jak od kilku dni nie bywało. Kiedym się do pałacu Tepperów na Miodowej zbliżył, krok przybrałem sprężysty i fagasowi stojącemu w drzwiach rzuciłem:
– Cesarski kurier z depeszą od marszałka Neya!
Puścił mnie bez słowa.
Bal trwał już, tańczono zawzięcie, toasty podnoszono i zaśmiewano się. Cesarz z Anastazową Walewską kontredansa tańcował mało zgrabnie. Przebiegłem sale, bacząc pilnie, alem jej nigdzie nie dostrzegł. Przepychając się w tłumie, naraz na grupę przy Napoleonie stojącą wpadłem.
– Wiesz pani – mówił cesarz do Walewskiej, zarumienionej pod obstrzałem wszystkich oczu – czemu w tańcu stawiam zazwyczaj obok siebie Berthiera? Przez kokieterię, gdyż on tańcuje jak niedźwiedź, przez co ja prezentuję się nieco lepiej. Myślę, żeście się wszyscy z mego tańca naśmiewali.
– Najjaśniejszy panie – rzekła mu na to dowcipnie pani Aleksandrowa Potocka, bo panią Walewską zamurowało – jak na wielkiego człowieka tańczysz doskonale.
– Ba, udaję tańczenie, a już waszych tańców ni w ząb nie potrafię, choć podobają mi się. Taki mazur! Ma w sobie coś rycerskiego, tchnie zwycięstwem, musiał powstać po zawojowaniu sąsiedniego państwa.
– Najjaśniejszy panie, w naszych dziejach nie czyniliśmy zaborów. Polak nie podbijał, bronił się tylko, a odpierając nieprzyjaciół… czasami rozszerzał swe granice. Jeśli więc mazur bierze początek na polu sławy, musiał być stworzony po odparciu najeźdźcy i oswobodzeniu ojczyzny…
– Jeśli tak – przerwał jej cesarz – nie należało go tańcować po utracie waszego kraju.
Potocka i tym razem zachowała się rezolutnie.
– Za to teraz możemy go tańczyć, mając wśród nas wskrzesiciela.
– Powiedzcie mi też, skąd się bierze wasz polonez?
Na to pytanie odpowiedział pan Stanisław Potocki, gdy się już wydawało, że nikt responsu nie zna.
– Kiedy Henryk Walezy wracając z Polski do Francji zatrzymał się w Wenecji, wymyślono dlań taniec polonezem nazwany, by całe idące parami towarzystwo mógł poznać. Taniec ten przeniesiono wkrótce do naszego kraju, sire.
– Taniec włoski sprowadzony do Polski przez francuskiego króla winien do Francji powrócić – zadecydował na to cesarz i poszukał wzrokiem marszałka dworu. – Duroc! Odtąd w Paryżu wszystkie bale polonezem zaczynać się będą!
Zauważył mnie, bo za marszałkiem stałem. Uśmiech mu z twarzy sczezł i w kilka chwil później Falkowski zaprosił mnie do tronu, który dla Napoleona pod ścianą ustawiono. Gdym się zbliżył, cesarz odstawił kielich z chłodnikiem na tacę, którą sam gospodarz, książę minister trzymał, a do mnie odezwał się gniewnie:
– Czemuś na służbę nie wrócił?! Dezercja w każdej armii głowę kosztuje!
Nic nie odrzekłem.
– Gadaj! – ponaglił mnie – bo od razu pod sąd pójdziesz!
– Nie pójdę, sire! – odszczeknąłem się hardo.
Falkowski mało nie zemdlał z wrażenia, a Talleyrand byłby tacę na dywan upuścił, gdyby mu jej lokaj obok sterczący nie przytrzymał.