Страница 26 из 59
Kafehauz Morne-a-Cail. Siedzieliśmy razem z Torresem nad słodkim ciastem, cudownym po tygodniach solonej wołowiny i nad ponczem, a może rumem, nie pamiętam, który roznosiły kelnerki, piękne Mulatki o posągowych kształtach, stara
Chciałem powiedzieć Torresowi, że odchodzę, wyklarować mu, że wszystko, co tu czynię, jest beznadziejnie głupie, bezsensowne, niepotrzebne. Sączyłem poncz i czekałem na chwilę, na przypływ odwagi.
I wówczas ukazała się dziewka. Była podobna do kelnerek, Mulatka, tylko trochę ciemniejsza. Gdyby nie długie, proste włosy, można by było wziąć ją za Murzynkę.
– Flora! Flora! Flora! – skandowało kawiarniane bractwo, złożone z oficerów, żołnierzy, kupców, marynarzy, plantatorów, Metysów i czarnych eks-niewolników, wyzwolonych przez Robespierre’a dekretem z 16 pluviose roku II. Ci ostatni, pogardzani i potrącani, ale przecież wolni i mający prawo rozpierać się po knajpach, jeśli tylko nie brakło im pieniędzy, ci przeważali. Porzucili swoich panów i ich plantacje i zachłystywali się podarkiem, który Rewolucja włożyła im do rąk, przepijali codzie
Dziewczyna, stojąca na niewielkiej estradzie, podniosła w górę nagie ramiona, szarpnęła biodrami i wpadła w spazm przedziwnego tańca, którego muzyką był stukot twardych, czernionych obcasów, rytm uderzeń dłoni o dłonie i dźwięk nie znanego mi instrumentu strunowego miękki i ostry na przemian, śpiewny jak harfa.
“Hrajte meni!” – przez chwilę tak krótką, żem ledwie sobie uzmysłowić zdołał, przypomniały mi się tamte oczy i taniec zupełnie i
Potem był pijany Metys sadzający ją przemocą na kolanach, moja pięść na twarzy mieszańca, Torres masakrujący drewnianym stołkiem wyciągające się łapy, tumult okrutny i nasz bieg ku plaży i plażą wzdłuż morza, dalej i dalej.
Stopy parzone ogniem piasku i obmywane przez łagodną falę odpływu, kaleczone ostrymi strzępami korali i dywanem muszelek, bryzgi białej piany wyrzucane gwałtownie w górę, wodorosty owijające kostki naszych nóg i ciężkie oddechy, aż stanęliśmy w miejscu, bez tchu, bez sił. Osuwałem się, nie puszczając jej ręki, na kolana, powoli, se
Dwie kolejne wyprawy Torres odbył beze mnie. Zostałem w Pointe-a-Pitre, wśród białych domków, spośród których wystrzelała dzwo
Flora wyczuwała to i nierzadko, rozczesując rankiem włosy, naga, przed wspaniałym lustrem, nadpalonym w czasie pożaru w domu jakiegoś plantatora, które za bezcen kupiłem jej na jarmarku, mówiła, przyglądając się memu odbiciu, z owym smutkiem, okraszonym uśmiechem pozornej beztroski:
– Polub mnie choć trochę, Juan!
I zaraz, nie czekając odpowiedzi, śmiała się głośno, za głośno.
W listopadzie 1802 roku Torres wrócił z Barbados, prowadząc dwa pryzy. Na jednym z nich znajdowała się trupa teatralna z Nowego Orleanu, co wzbudziło w grodzie szał radości. Chcąc nie chcąc komedianci zgodzili się zaprezentować swój kunszt przed szanowną publicznością z Pointe-a-Pitre. Ale Torres przywiózł coś jeszcze. W drodze natknął się na eskadrę transportową, płynącą pod banderą Francji. Wiązał z tym duże nadzieje, znać oczekiwał na sygnały z Paryża.
W kilka dni później wszystko było jasne. W Basse-Terre wylądował generał Richepance i zaczynał brać w karby rozpuszczoną przez przekupnych gubernatorów kolonię. Najpierw położył ciężką rękę na korsarzach. Owszem, popierał rozwój floty korsarskiej, lecz postanowił narzucić jej swoją organizację i zmusić, by przynajmniej część łupów oddawała do kasy rządowej. Od tej chwili każdy, kto chciał grabić na Karaibach, musiał wykupić list kaperski, legalizujący łupiestwo i nadający mu pozory walki politycznej. Praktycznie te “Lettres de Marque” odbierały korsarzom niezależność i monopol na łupy.
Torres nie był zaskoczony wieścią. Pozostając w ścisłych kontaktach z korsarzami Francji, takimi jak Surcouf czy Dutertre, którzy operowali na Oceanie Indyjskim z bazy na Ile-de-France, liczył się z koniecznością wykupienia patentu. Szoku doznał dopiero wówczas, gdy dowiedział się, jaka jest wyznaczona przez Richepance’a cena. Nie pamiętam już, ale musiała to być suma niepoślednia, jeśli przeraziła nawet kąpiącego się w złocie Hawańczyka.
Torres nie stracił jednak nadziei. Mniemał, że tajemne konszachty, jakie miał niegdyś z Konsulem, dadzą mu prawo do znacznej ulgi. Nie chcąc opuszczać statku i pozostawiać łupów w rozjątrzonym mieście, gdzie w każdej chwili mogła wybuchnąć ruchawka, odnalazł mnie w mieszkaniu Flory i zaklinał, bym dotarł do Basse-Terre i wręczył generałowi pewne papiery, które miał ze sobą, zwinięte i wsadzone w krótki kawałek kija bambusowego.
Nie zdobyłem się na odmowę i wyruszyłem.
Generała nie zastałem, wyjechał ze stolicy. Czekałem więc, aż powróci, sześć dni, a potem jeszcze jeden – zanim mnie przyjął. Richepance zlustrował papiery i odrzekł, że ze sprawą “Lettres de Marque” mają niewiele wspólnego. Z przykrością musi odmówić panu Torresowi. Zrazu chłodny, potem, gdy usłyszał, że jestem Polakiem, rozpromienił się, prawie roztkliwił, częstował burgundem i chablis, wspominając rozwlekle, jak to w jednej z potyczek nad Renem, kiedy służył pod Moreau, pewien Polak z legii Kniaziewicza uratował mu życie, wynosząc ra
Ulicą maszerował tłum czarnych, skłębiony, falujący, wyciągający do nieba skute ręce, smagany batami najemnej eskorty, wśród której dostrzegłem również… moderunki wojskowe! Chyba śnię!
– Generale, co to jest, pędzą tych ludzi jak bydło! Generale!
– Ciszej, chłopcze. Bandy wałkoni zaczną pracować. Pijaństwo i rozpusta, oto co im smakowało. I bunty! A plantacje podupadły, prawie wszystkie. Żadnych dochodów dla skarbu, nie ma upraw, groźba ruiny, sami korsarze nie wyżywią kolonii, przyjacielu.
– Generale, toż to ludzie wolni, nie można ich zmuszać!
– Mój panie, nie będziesz mnie pouczał! Wypełniam rozkazy i… czynię tylko to, co powinienem!
– To bezprawie!
– Śmiałyś, chłystku! – nie był już jowialny i ujmujący, a napastliwy, agresywny. – Bezprawie powiadasz? Czyżby? Czytaj to!