Страница 25 из 59
Na morzu szalał sztorm, lecz goleta szła prosto w ciemność, z wygaszonymi światłami, ufna w szczęście Torresa, które gwarantowało, że nie wpakujemy się na brytyjski liniowiec. Keith pochował swoje fregaty w zatokach i morze było wolne.
I ja płynąłem z Torresem. Nie znając warunków kapitulacji armii liguryjskiej – a choćbym i znał, mogła ona zawierać punkty tajemne jak w Mantui – bałem się zostać w mieście. Prawda, Massena nie Foissac, i
Dopiero w Marsylii dowiedziałem się, że część legionistów Strzałkowskiego została przy opuszczaniu miasta zagarnięta przez Otta! Dowiedziałem się o tym od Francuza w knajpie portowej. Gdyby nie Andre, zabiłbym chyba człowieka, tak byłem pewny, że kłamie. Wykuśtykałem na miasto przeklinając los i szukałem naszych. Pokazano mi drogę do zakładu legionowego przy rue Hoche, gdzie rezydowali pono generał Karwowski i szef batalionu Aksamitowski. Na schodach zderzyłem się z oficerem w mundurze kapitana.
– Prawda li to? – wychrypiałem mu w twarz. – Prawda?!
– Z drogi! – odburknął. – Zwady szukasz?!
– Człowieku! Prawda, pytam, że Strzałkowskiego ludzi Austriaki w Genui pobrali, że ich Massena, jak podlec Foissac, Ottowi przy kapitulacji sprzedał?!
Widać rozpacz moja i jemu struny jakoweś ruszyła, bo mnie już nie beształ i cicho odrzekł:
– Czy Massena ich sprzedał, nie wiemy. A że w dyby poszli, prawda. Szkoda braci. Ale może wyjdą. Konsul rozbił Austriaków pod Marengo i paktuje o pokój. Koniec wojny, wymiana jeńców, może…
Szał mi oczy przesłonił. Koniec wojny, pokój? Nie panowałem nad językiem.
– A co z legiami?! Jak długo francuscy generałowie będą nas sprzedawać jak bydło?! Pluję na taką służbę!
– Milcz waść, byś przed lufami nie stanął!
– To mnie rozstrzelaj, polskim ładunkiem… masz!
– Pijanyś chyba i dlatego od rzeczy prawisz. Ruszaj precz!
Zakołowało mnie po stopniach w dół. Dowlokłem się do knajpy, gdzie Andre czekał przy tym samym stoliku. Usiadłem półprzytomny. Pod kije poszli, jak w Mantui… Boże! Taka sromota! Bożeee! I Ty patrzysz na to? A cóż Konsul?! Gdy Foissac naszych oddawał, Bonapartego nie było, pod piramidami wojował, ale teraz jest! Kości chyba połamie bydlakowi! Massena! Przeklęte ścierwo, któremu służyłem.
– Nalej!
Palcem pokazał mi pod nos. Szklanica pełna dawno już czekała, tylkom jej w szale nie dostrzegł. Podniosłem do ust. Tego dnia po raz pierwszy w życiu upiłem się do nieprzytomności.
Rano miast do Karwowskiego iść i zapisać się do legii, jak dawniej zamiarowałem, powiedziałem Torresowi, że się zgadzam na to, o co od dawna suplikował. Nie posiadał się z radości.
W trzy dni później “L’homme libre” minął Chateau d’If i wyszedł na pełne morze. Płynęliśmy ku Antylom.
Andre nie kłamał. Słońce zdawało się tu być kulą piekielną, wypalającą człowieka do wnętrza bebechów. Pókiś nie przywykł, póki skóra nie zbrązowiała do koloru jasnej czekolady, trzeba było chronić się nieusta
Dopiero gdy skóra okrzepła mi i dawała się dotykać, przyszło pożądanie, karmione widokiem nagich piersi. Murzynki, Mulatki, Karaibki, Metyski, wszystkie te kolorowe kobiety o nagich torsach drażniły moje powonienie, wciągały, przyzwyczajały do powszechnej nagości, oswajały ze sobą i niewoliły. Z początku kobiety nagie do pasa budziły we mnie sprzeciw. Potem budziły już tylko żądzę. Nie jak tam, w domu, co kilka wieczorów, od święta, gdy wymykałem się nocą na bezwstydne majówki. Te kobiety umiały kochać tak, że nasze batalionowe gamratki mogłyby przy nich uchodzić za siostry miłosierdzia.
Dla Torresa Gwadelupa była bazą, z której ruszaliśmy na rajdy po całych Antylach, od Zatoki Meksykańskiej do Wysp Bahama, a nawet do ujścia Amazonki. “L’homme libre” wymykał się fregatom brytyjskim i hiszpańskim, a później, gdy zaczepiliśmy kilku nowojorskich marszandów, także amerykańskim. Mając pełne ożaglowanie szkunera goleta w pełni zasługiwała na miano “jaskółki oceanu”, nadane jej przez armatorów z Tampico. Złupieni handlarze z Vera Cruz, z Jamajki, z Caracas i z Puerto Rico zaciskali pięści, miliony razy posyłając do piekła “krwawą murenę” – tak nazywali Torresa.
A ja? Chciałem wyzwalać Polskę i zostałem złodziejem, bo czymże i
Pomogła mi jedna, potem druga i trzecia krwawa rysa na gładkiej powierzchni tej bajki.
W drodze z Nowego Orleanu na Kubę zatrzymaliśmy mały bryg hiszpański, naładowany kawą. Przyciśnięta przez Torresa załoga wyznała, że wracają z Jeremie, dokąd zawieźli proch dla murzyńskiego powstania przeciw Francji. Andre nie namyślał się długo. Kapitana, bezrękiego łysielca, Hawańczyka jak i on, przywiązał do masztu i kazał wysmagać. Żonę nieszczęśnika, drobną, niemłodą już blondynkę, wywleczono spod pokładu i rzucono na zwoje lin i mokrego płótna żaglowego. Nim zdążyłem zeskoczyć, drugi już kładł się na nią. Ześlizgiwałem się z masztu “L’homme libre” szybciej niż kiedykolwiek przedtem, nie bacząc, że liny tną mi dłonie jak noże. Skoczyłem przez burtę Hiszpana, rwałem ku rechoczącej gromadzie, byłem tuż, gdy dłoń Torresa pchnęła mnie w bok.
– Andre!
– Nie twój zasrany interes!
– Andre!!!
Już nie słuchał, odwrócony tyłem, oparty o maszt, grodzący drogę. Zatkałem uszy rękami, by nie słyszeć zawodzeń gwałconej, przerywanych co chwila głośniejszym jęknięciem, widać serce nie stwardniało mi do ostatka na krzywdę ludzką. Z rozdartych dłoni krew kapała mi na barki i plamiła chustę owiniętą wokół karku. Moja pierwsza krew na Antylach.
Trzeba było tej kobiety, bym zobaczył Torresa. I
Owego dnia Torres zaciągnął mnie do swojej kajuty i spił. Nie oponowałem, nie robiłem mu wyrzutów, znałem Torresa. Tafia, którą polubiłem wreszcie, uspokajała najskuteczniej. Ale nawet pijany, nie pozbyłem się przekonania, że rozlewa ją nie ten Torres, którego kiedyś kochałem.
Wtedy był moment. Rzucić wszystko w diabły i próbować zabrać się z kimś do Europy. I zrobiłbym to, gdyby nie Flora.
To było w Pointe-a-Pitre. Poprzedni, wylany przez obecnego, komisarz Dyrektoriatu, Hugues, przemianował miasto na Port de la Liberte, ale nikt nie szanował nazwy urzędowej, wszyscy mówili: Pointe-a-Pitre. Torres ochotnie cumował tu, a nie w Basse-Terre, które było stolicą wyspy, może dlatego, że tutejsze składy wokół bulwarów mieściły więcej towarów, a może dla dziewczyn, lepkich i chętnych do wszystkiego.