Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 59

Podał mi stara

– Kto to podpisał?!

– Nie wiesz, młodzieńcze, kto rządzi Francją? Zdumiewające! – śmiał mi się w nos.

Bonaparte? Nie może to być! Snadniej jego ministrowie, cała ta czereda dyrektoriackich adwokatów, która sposobem lisa przetrwała burzę 18 brumaire’a i teraz kupowana złotem plantatorów gwałci prawa.

Chciałem podrzeć ohydny świstek na strzępy, alem się na szczęście opanował i powstrzymał.

Minął mi już czas szaleńczych uniesień, krzykliwych reakcji na krzywdę i niesprawiedliwość. Ostatni raz nie zapanowałem nad sobą, gdy ludzie Torresa walili się kolejno na Hiszpankę, żonę obitego marszanda. Antyle były niezrównanym belfrem. Nauczyły zimnej krwi, pozorów obojętności, hamowania pośpiesznych zapałów – uczyły życia. Nie kłaniając się opuściłem pałac gubernatorski.

Wracałem, pędząc konia ile sił. Nie miałem i nigdy nie miewałem przeczuć, lecz gnałem, czując, że pośpiech jest konieczny, gdyż pośpiech panował wokół i wszystko zaczynało nabierać szaleńczego tempa. Mijałem patrolujące gromady białych jeźdźców, uzbrojonych po zęby i otoczonych sforami rozszalałych brytanów, które sprowadzono z Caye

Zanim dopadłem do wylotu pierwszych ulic Pointe-a-Pitre, już z daleka dostrzegłem, że i tam piekło nieludzkiego polowania sięga zenitu. Grupy czarnych, skute, brzęczące kajdanami i łańcuchami, posępne lub wyjące z rozpaczy, wyczekiwały swego losu przywiązane do pni serowców. Nie potrafiłem się już wzruszyć, serce stwardniało mi dostatecznie, oczy nakarmiłem zbyt dużą ilością tych samych okrutnych scen. Chciałem tylko zwalić się na łóżko Flory i spać, spać i nic nie widzieć.

Pchnąłem bambusowe drzwi. Nie było jej… Łóżko leżało przewrócone, tak jak wszystko, obok jej bielizna, poszarpana, w strzępach, jedna straszliwa plątanina. Rozbite lustro, drobiazgi, pantofelki z pomponami… Nie rozumiałem jeszcze, bo nie dopuściłem myśli kłębiącej się z tyłu czaszki. Cień mignął za firanką. Skoczyłem na werandę, w samą porę by uchwycić małego brzdąca, Mulata z sąsiedniego domu, trzęsącego się, z policzkami brudnymi od łez. Znałem szczeniaka, Flora nieraz kupowała mu łakocie, na co nie stać było matki, wdowy po rybaku, który utonął w sztormie.

– Pedro! Gdzie Flora?

– Gdzie Flora?! Czyś ogłuchł?! – Szarpnąłem drobnymi ramionkami jak przewracaną poduszką.

– Za… za… zabrali ją!

– Kto?! Kto tu był?!

– Pan Torres… i… ma… marynarze. Bili.

Szedłem ulicą spokojny jak nigdy. Miasto tętniło dziką radością, iluminowane, pijane, strzelające wiwaty. Nie przypuszczałem dotychczas, że jest w nim aż tylu plantatorów, tylu kupców, marynarzy, podejrzanych spekulantów i pośredników – tylu białych. Z Cafe Morne-a-Cail dochodziły gardłowe okrzyki, wznoszono toasty, kąpano się w błogim rewanżu na eks-wyzwoleńcach.

Pierwszy zagadnięty marynarz wyjaśnił mi, że to “monsieur Torres”, który “swym piekielnym węchem pierwszy wyniuchał nowinę”, stawia tafię i poncz wszystkim spragnionym, albowiem wzbogacił się niezmiernie zagarniając największą partię “czarnuchów” na, o Boże! na “Człowieka wolnego” i sprzedając ją Holendrom.

Rozsunąłem sznury koralików u wejścia. Siedział tam gdzie zawsze, w kącie, otoczony pijaną zgrają, miły, kochany, serdeczny dla każdego. Gdy mnie zobaczył, coś mu błysnęło we wzroku, nie, nie strach i nie konfuzja, coś, czego nie potrafię określić, a co odgadnąłem natychmiast, czując, że i ja, i ktokolwiek i

– Długo zabawiłeś. Cóż generał, ulgę dał?

– Nie, ale dał mi…

– Nie szkodzi. Mam już pieniądze na “list”, zrobiłem interes, o jakim nie śniłeś! Więc cóż ci dał Richepance?

Schyliłem się do jego ucha.

– Papiery. Ce

– To wyjdźmy.

Pożegnał towarzyszy obiecując, że zaraz wróci i poklepywany przymilnie, rozpychając kompanów i dziewczyny, potoczył się do tylnego wyjścia, torując mi drogę. Na małym podwórku, na tyłach kuchni, panował już mrok, który spadł nagle, anim go zauważył.

– Gdzie te papiery?

– Tu.

Podałem mu zwój, ten sam, który mi wręczył, tylko wyjęty z bambusa. Rozwinął. Ciemno było więc postąpił krok ku wiszącej nad drzwiami latarni, uniósł dokument ku górze i wpatrywał się przez chwilę, po czym przyszła chyba ta sekunda, krótka jak mgnienie oka, gdy zmiarkował…

Mówiłem, że Antyle nauczyły mnie panować nad sobą. Ale nauczyły też okrucieństwa.

Ostrze noża zagłębiło się miękko, tnąc koszulę, skórę, potem trzewia, aż rękojeść napotkała na opór. Myślałem, że krzyknie. Nie krzyczał. Tylko wybałuszył oczy i próbował sięgnąć do kieszeni. Pchnąłem od dołu po raz drugi i trzeci, dziwnie łatwo, jak w osełkę masła. Nie próbował już wyciągnąć noża, złapał się za podbrzusze i starał utrzymać równowagę. Spomiędzy palców sączyła mu się krew pomieszana z jakąś lepką białawą mazią.

– Juan! – z ust popłynęła mu druga strużka krwi.

Gdy wyszarpnąłem nóż po raz czwarty, padł ciężko na stertę pustych worków i znieruchomiał.

Niewielką balandrą przedostałem się na San Domingo. Byli już tam nasi. Jeszcze gdy byłem na pokładzie, dobiegło mnie niesione wiatrem “… będziem Polakami, dał nam przykład Bonaparte jak… ”

Gdy szedłem do portu w Port-au-Prince, skąd miał mnie zabrać do Europy szkuner “L’Argonuate”, potknąłem się o kamień i zakląłem po naszemu, soczyście. Skoczył do mnie kapral w wyszmelcowanym moderunku z karmazynowymi naszywkami:

– Polak jesteś, bracie?

Odwróciłem się i patrząc mu w oczy bluznąłem ohydnym przekleństwem.

Dominik – Szabla i bat

Tego październikowego ranka było zadziwiająco ciepło jak na porę roku tak zazwyczaj chłodną. A może podniecające oczekiwanie chwili rozgrzewało Dominika, może tłum, który tłoczył się zwartym szeregiem, wywoływał niepoważną, rzecz prosta, chętkę, by zrzucić ciasno opięty surdut i szerzej zaczerpnąć oddechu. Trzy dni temu, gdy był tu z Chłapowskim, działo się podobnie. Wtedy również tłumy mieszkańców wyległy na ulice, przepychając się ku bramie zwanej Brandenburską lub Charlottenburską, jako że rozkraczyła swoje dwanaście kolumn na drodze z Poczdamu przez Charlottenburg.

Wówczas – 25 października 1806 roku – nastąpiło tylko preludium. Do miasta wjechał na czele swego korpusu marszałek Davout. To pierwszeństwo należało mu się, było nagrodą za zwycięstwo pod Auerstadt, o którym mówiono, wbrew oficjalnym zapewnieniom, iż miało o wiele większe znaczenie dla przebiegu kampanii niż Jena samego cesarza. Lecz Davout znał swoje miejsce. Gdy przedstawiciele rządu municypalnego, na czele którego uciekający Fryderyk Wilhelm postawił księcia Hatzfeld, wręczyli mu klucze do Berlina, on zwrócił je, oświadczając, że należą do kogoś większego. W mieście zostawił tylko jeden pułk piechoty, którego zadaniem było pełnić razem z mieszczanami funkcje policyjne, sam zaś stanął o milę za miastem, we Friedrichsfeld, między Sprewą a lasem.