Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 22 из 59

Gdy mnie w Krakowie do kazermy prowadzili, w tłumie dostrzegłem Cygankę ową, co mi przez wieczność w kazamacie spędzoną z serca uciec nie potrafiła, znaki mi jakoweś dającą, których pojąć nie potrafiłem. Potem wędrowałem do Italii wraz z regimentem, z Węgier, przez Wiedeń, Tyrol, aż nad brzegi morza, pod Genuę. Ileż to razy szykowałem się do Dąbrowskiego uciec, mundur plugawy podeptać, pełną piersią oddechu zaczerpnąć i krzyknąć: “Witajcie, bracia!” Na próżno, żywo mi w pamięci stała niedola tych niezręcznych, których przychwycono. Lepiej już sobie w łeb wypalić.

Owej nocy deszcz lał taki rzęsisty, że na krok nie było widać, jak we mgle. Siedziałem skulony, kryjąc się jak i drudzy pod płaszczem, na którym ulewa melodię swoją wybijała. Wtedy decyzję podjąłem. Skok… nikt nie zauważył, jak zniknąłem w mroku. Przedzierałem się ku oblężonemu miastu. W obawie, by mnie Francuzy kulą nie poczęstowali, zrzuciłem z grzbietu wszystkie łachy i w kalesonach samych, jak turecki święty podążałem ku murom. Deszcz smagał gołe ciało, lecz ja ani zimna, ani wilgoci nie czułem, o jednym tylko myśląc i Boga suplikując, by mnie przy życiu zachował. Widać i ludzi Masseny deszcz odarł z czujności – cóż za okazja do udanego szturmu, myślałem wówczas – bo przeszedłem przez wszystkie posterunki na fortach ubezpieczających miasto bez zatrzymania i dotarłem do przedmieścia św. Pawła z Arena, gdzie w małym domku gospodarz w koc mnie owinął jak niemowlaka i Francuzów na życzenie moje sprowadził.

Tak oto w ostatnich dniach kwietnia 1800 roku znalazłem się w mieście Genua, bronionym przez generałów Massenę i Soulta. Pierwszy Konsul Bonaparte, którego nie znając miłowałem na śmierć i życie, za legiony, które wolność miały ponieść do kraju, obiecywał Massenie, że naczelnemu Austriaków, Melasowi, spadnie na kark przez Alpy. Massena czekał na ów cios, a wszystko, co mu czynić należało, to czekać właśnie; czekał jak na zbawienie, albowiem miasto oblężone przez 24000 Austriaków Otta i blokowane przez flotę angielskiego admirała Keitha dusić się od wewnątrz zaczynało.

Już w połowie kwietnia, gdy Austriacy i Keith zamknęli pierścień oblężenia, Massena rozpoczął skup żywności. Skutek był mierny. Wówczas Francuzi rozpoczęli rekwizycje. Skromne, ściśle wydzielane racje rozdawano żołnierzom i biedocie. Patrycjat i szlachta genueńska, która w złoto opływała, sami sobie niezgorzej radzili. Gdyby chociaż obrony utrudniać nie chcieli. Zdrada im jednak z oczu wyzierała tak jawna, że Massena, choć dowodów na zmawianie się z wrogiem i podburzanie ludu nie posiadał, utworzył gwardię narodową z patriotów liguryjskich, z plebsu i z burżuazji niezamożnej. Gwardia owa, wymierzona przeciw kontrrewolucji, wspierana przez Francuzów, którzy obozowali na głównym placu miasta z lontami zapalonymi u dział, miała obowiązek gromadzić się na uderzenie w bębny, alarm oznajmujące. Hasło to było jednocześnie rozkazem dla reszty mieszkańców, by do domów swoich wracali. W zwyczajnym czasie, od godziny dziesiątej wieczorem obowiązywała godzina policyjna i zakaz wszelkich zgromadzeń.

Ksiądz Lomazzo wiele prawił o jakobinach, którzy krew niewi

Otwarłem oczy, na duchu podniesiony, i do Genui wróciłem myślami. Nie było czego zazdrościć Massenie. Gdy pierwsze zapasy strawione już zostały, a nie ustawały donosy o zbożu chowanym przez patrycjat, general-en-chef zarządził rewizje w pałacach. Żyta i owsa wory całe z piwnic wyciągano, lecz że gąb do karmienia było sporo, na piętnaście tylko dni starczyć to mogło. Korsarzy liturgijskich i korsykańskich sowicie opłacono, by koraby kupieckie na Morzu Śródziemnym rekwirowali, lecz jedynie kilku śmiałkom udało się przerwać brytyjską blokadę. Głód w ślepia zaglądał, szczurów już nawet – bo o koniach dawno zapomniano – brakować zaczynało. W podwójnej linii wałów dwanaście z piętnastu tysięcy żołnierzy zdolnych było jeszcze do boju, brakowało amunicji, brakować poczęło nadziei.

Adiutant Masseny, Polak jako i ja, choć matkę miał Francuzkę i nad Sekwaną się urodził – Frączewski, wpław przez morze blokadę przerwał koło Finale, w pobliżu Nicei. Czy się do Sucheta i dalej do Bonapartego przedarł? – któż mógł wiedzieć. Ruszył drugi wysłaniec, Lescuver, z ponagleniem do Konsula. Lecz Ott ani drgnął. Gdyby armia rezerwowa ruszyła z Dijon, Ott musiałby oblężenie zwinąć, by mu na kark nie wskoczyły oddziały nasze. Ale Ott trwał.

Z zamyślenia wyrwała mnie kanonada potężna, dochodząca gdzieś z daleka od Monte Creto. Massena skoczył do okna i firankę szarpnięciem odsunął.

– Austriacy biją ze swych gniazd, ale przecież nie do nas, bo kule nie ptaki, tak daleko nie polecą!

Spojrzał na Soulta z radością. Obaj już się domyślili i ja też – ktoś musiał Otta ukłuć w plecy.

– Bonaparte idzie! – krzyknął Soult, gdy w tej samej chwili drzwi się rozwarły i stanął w nich oficer służbowy, anonsując parlamentariusza. Ten, nie czekając wezwania, do komnaty wstąpił, sprężył się przed Masseną, obcasami strzelił i papier jakowyś okazał, a oczy mu się śmiały, jakby wór złota znalazł.

Massena bez pośpiechu rozwinął pergamin, czytał chwilę i śmiechem ryknął serdecznym, choć mnie się wydawało, że sztuczny był to śmiech. Pyszna scena, nie mojego pióra godna. Oficerek wyprężony jak trzcinka, z uśmieszkiem bezczelnym i generał w pysk mu się śmiejący, tak iż tamtemu tupet począł z gęby zjeżdżać, a zęby wyszczerzone kwasu dostały.

– Z dział bijecie, zwycięstwo nad Suchetem świętując. Grzeczny wasz generał, że mi o tym tak rychło donosi. Ha, ha, ha… Powiedz pan, poruczniku, swemu dowódcy, by mi częściej liściki tak zabawne przysyłał, gdyż czasu ostatnio nie miałem, by komedie oglądać, a śmiechu się nigdy człowiek za dużo nie naje. Ha, ha, ha…

I my z Soultem zaczęliśmy się śmiać, ale nam do śmiechu nie było. Massena przestał rechotać nagle, jak gdyby mu zatkano usta.

– To wszystko, poruczniku!

Trzask obcasów.

– Żegnam więc.

Z klapnięciem zamka u drzwi splótł się brzęk szklanek i drobiazgów leżących na stole. Myślałem, że sobie Massena rękę roztłamsi, z taką mocą wyrżnął pięścią o mapę.

– Dam ja ci święto! Soult, ludzi w pogotowie stawiaj, wieczorem ruszamy!

Ruszyliśmy, jak rzekł. Prowadziłem kolumnę Soulta, który otrzymał rozkaz, by obejść wzgórze Monte Ratti i od tyłu skoczyć. Druga kolumna, dowodzona przez Miollisa, miała się wedrzeć od frontu na strome zbocza, flankowane szańcami: Quezzi, Richelieu i św. Tekli. Rzekę Bisagno przekroczyliśmy właśnie, w miejscu gdzie znałem bród, gdy nagle huk donośny powietrzem wstrząsnął i nie ustawał już. Miollis widać wspinaczkę zaczął, a Anglicy, okręty swoje podprowadziwszy, bili całymi burtami w niego i w miasto. Krzyk z tyłu się rozległ: