Страница 23 из 59
– Generale!
Jeździec zdyszany dopadł czoła kolumny.
– Generale! W mieście bunt, tłumy na ulicach!
– Gdzie Massena?
– Nie wiem, byłem przy…
– Karsnecky! Bierz drugi batalion i biegnij do miasta, nóg nie żałuj!
Nie żałowałem. Biegliśmy jak szaleńcy, płuca z piersi wypluwając. Tchu już brakło i nogi mdlały, gdy w bramę wpadliśmy. Za późno, Massena już sytuację opanował. Pod ścianami marmurowych pałaców ustawiono szeregi wichrzycieli i rozstrzeliwano bez litości. Ze zgrozą zauważyłem, że co drugi nosi moderunek gwardii narodowej. Pojąć tego nie mogłem. Kto ich podjudził, czemu przeciw nam, dobroczyńcom swoim, rękę podnieśli? Długo w noc biłem się z myślami, nie mogąc przepomnieć oczu młodego genueńczyka, który osuwał się na ziemię wzdłuż ściany. Wczoraj jeszcze razem z żołnierzem francuskim dzierżył w ryzach oligarchię własnego grodu, dzisiaj zaś występował w interesie tej oligarchii. A jeśli nie w jej, to w czyim?
Na szczęście Soult i Miollis opanowali szaniec na Monte Ratti, Austriaków w wąwozy spędzili i przywiedli 1500 jeńców. 1500 gęb do żywienia! Massena nie zważając na to promieniał. Odznaczenia i awanse sypnęły się jak ma
Rozpalony sukcesem general-en-chef w dwa dni później zebrał sztab cały, by dowódców do nowego skoku przekonać. Przekonywać nie było trzeba. Zazdrośni o sukcesy, na osłabienie wojska nie bacząc, rwali się do akcji.
Wieczór był już późny, gdy nad mapą ślęczeli, analizując sytuację. Generałowie Soult, Arnaud, Petitot, pułkownik Mouton i jeszcze kilkanaście głów młodych i starych, formowało wokół stołu wianuszek podobny do naszyjnika z zapięciem, które całość w kupie trzymało. Tym zapięciem był Massena. Chudy i ciemnowłosy, o czarnych oczach i długim nosie, suchy, nierozmowny i zgorzkniały, ciągnął już za sobą welon legendy. Frączewski opowiadał, że nim Massena stopień swój osiągnął i Korsakowa pod Zurichem rozbił, chłopcem okrętowym był i przemytnikiem. Choćby i diabłem był, cóż z tego. Miasta bronił jak lew, kąsając Otta z talentem niezrównanym, który podziw i uwielbienie wzbudzał. Generałowie jego o laurach jeno myśleli i rozkazy wiernie wypełniali, on zaś o tysiących zdychających z głodu zapominać nie mógł. I dlatego teraz wskazywał na Porto Fino, sugerując kierunek uderzenia.
– … A jeńcy gadają, że Ott prowadzi tamtędy transporty z żywnością. Przedrzemy się wzdłuż morza i przechwycimy konwój.
– Generale! – Soult nie potrafił powstrzymać się od podniesienia głosu – generale! Cóż nam da te kilka worków mąki? Gdyby tak uderzyć całą siłą na Monte Creto, można by było Otta z kopytami przegonić precz, złamać pierścień oblężenia… To jest szansa!
– To jest szaleństwo – mruknął Massena.
– Bonapartego też szaleńcem zwano, gdy pod Lodi i pod Arcole stawał!
Massena zbladł, jakby mu policzek wymierzono. Słowa tamtego… Rozejrzał się wokół, lecz oczy wszystkich mówiły mu, że zgadzają się z Soultem. Wahał się jeszcze. Soult dostrzegł to i w lot okazję chwycił:
– Głowę daję, że zwyciężymy!
– Dobrze, będzie jak chciałeś. Przegrasz… dasz głowę!
Ranek 13 maja. Już dobrą godzinę sunęliśmy wąwozami ku Austriakom, jak duchy rozpływające się w mżawce, która utrudniała widoczność. Wtem strzał pojedynczy echo poniósł po górach i żołnierz w pierwszym szeregu padł na kolana, a potem w mokrą od rosy wysoką trawę. Polak to był i po polsku zakrzyczał w śmierć zapadając. Strzałkowski ze swoimi wysforował się na czoło, jak łeb taranu, ale i jak tarcza, która pierwsze pociski przyjmie na swój grzbiet.
Bez komendy szarpnęło ludzi do przodu. Rwali po zboczach jak górskie kozice i spychali Austriaków samym impetem uderzenia. Bagnety pracowały w trzewiach, szable cięły i kłuły, strzały na oślep przewiercały niebo i łupiny żołnierskich czaszek. Długo tak, za długo… Koło południa sięgnęlimy górskiego siodła, mając już prawie na dłoni sukces obiecywany przez Soulta. Kolumna Arnauda dopadła baterii austriackiej, gdy naraz ra
Szedłem tuż za generałem, czepiając się krzewów, które wyścielały zbocze, gdy nagle ból przeszył mi biodro, jak strumień wrzątku i o ziemię cisnął. Porwali mnie żołnierze i w dół nieśli. Z góry następowali Austriacy. Koniec! – pomyślałem – wszystko przepadło!
– Gdzie generał?
Żołnierz, ocierając twarz rękawem, pokazał do tyłu.
– Został tam.
– Dlaczego nie zabraliście go?
– A niechaj go francuskie ciarachy ciągną, my Polaków zabrali i to dość.
– Co z nim?!
– Trup pewnie. Kula, która waszmościa w bok kopnęła, jego na śmierć utłukła.
Baterie z wałów twierdzy osłoniły nas przed pościgiem. Ale w mieście nie lepiej się działo. Keith, korzystając z ulewy, zbliżył się do portu i bombardował go seriami salw, które wzniecały pożary i zabijały ludzi na ulicach. Tłumy oszalałych kobiet przebiegały aleje, krzycząc o chleb dla dzieci i dzwoniąc dzwonkami. Na Boga, czyż i
Wieziono mnie na wózku do lazaretu. Mieścił się on w Palazzo Doria-Tursi, lecz by tam dotrzeć, trzeba było przecisnąć się wśród kłębowiska głodowej rozpaczy. Chwyciłem za rękę dziewczynę przebiegającą mimo, ładną, ale o rysach wykrzywionych furią. Wrzasnąłem, przekrzykując tumult:
– Przeciw komu, przeciw komu, kogo przeklinacie?!
– Ciebie, Francuzie! I tę wojnę ohydną, którą przywlekliście!
– Wolność wam przynieśliśmy. Nie rozumiesz, głupia?!
– Bratu memu to powiedz, może zrozumie! Pięciu lat nie dożył, z głodu wczoraj skonał! Takeście go wolnością nakarmili! Dość tej wojaczki, chcemy żyć jak ludzie. Zabierzcie precz tę wojnę! Przeklęci, byście zdechli wszyscy w męczarniach! – zaklęła ohydnie, anim podejrzewał, że z takich ust takie się słowa posypać mogą i rozszlochała się w głos.
Żołnierz prowadzący wózek odsunął dziewczynę na bok i koła potoczyły się dalej. Patrzyłem w niebo, krople deszczu obmywały mi twarz i nie pojmowałem nic.
Lazaret był pełny. Leżeć z gnatem nie połamanym, a tylko zdrowo draśniętym, wstyd mi było. Po kilku dniach zwlokłem się z pryczy, o laskę poprosiłem i wymaszerowałem w kierunku portu. Teraz dopiero, idąc przez ulice pełne śmieci i wszelakiej zgnilizny, przez nikogo nie sprzątniętej, widziałem, jakich spustoszeń dokonało oblężenie. Gruzy, połamane wózki, kondukty żałobne, ludzkie szkielety, ze skórą cieniutką i napiętą, jakby miała pęknąć, dzieci o oczach starców i te kobiety, sterczące pod ścianami i wyciągające ręce do takich samych cieni jak one, snujących się bezwiednie miękkim, więdnącym krokiem gałązek, które upadną. Na bunt, nawet w oczach, nie mieli już siły.
Miasto oddychało snem głodu. Z ostatnich rezerw kakao pomieszanego z bobem, opiłkami drewnianymi, krochmalem, siemieniem lnianym i mąką z zielska zbieranego na cmentarzach, wypiekano 200-gramowe głodowe racje dla żołnierzy. Jeńcy i ludność nie dostawali już nic.
Dziewczyna, dziecko prawie, do tamtej z tłumu podobna, wysunęła się bezszelestnie z arkadowego podcienia pałacu, który mijałem.