Страница 21 из 59
– Ale ty jesteś świnia, niech cię licho!
Brać cała na te słowa kwiczeć zaczęła ze śmiechu, Dominik aż się za brzuch trzymał na widok zbolałej miny Dezyderka. Ten zaś w chwilę później napompowany płynem, leżąc na stoliku elektrycznym, za przyłożeniem ręki miotał iskrami lecącymi z nogi lub ucha, lub nawet nosem i ustami je wypluwał. Gdy do włosów dłoń zbliżano, jasna czupryna Chłapowskiego podrywała się na baczność, jak ze strachu. Sukces był całkowity. Gansowi można węgrzyn w butelce na płyn zamienić i w ten sposób sam się napompuje! Jedna tylko troska pzostała: jak ułożyć Gansa na stoliku? Myślano długo i mozolnie, za ostatni z czterech talarów nagrodę nawet wyznaczono dla tego, kto pomysł sposobny podda. Wszystko na próżno. Najbardziej wściekły był Chłapowski, że jego poświęcenie pójdzie na marne.
Dzień zakończenia roku zbliżał się nieubłaganie, a pomysłu wciąż brakowało. Rozpacz czarna ogarnęła spiskowców. Tylko Dominik nie tracił wigoru. Za owego talara kupił pieprzu i butelkę węgrzyna, którą opróżnił, przelewając zawartość do i
W dniu uroczystym żegnał absolwentów ksiądz rektor Czekan, wicerektor profesor Gans i całe grono pedagogiczne, zasiadające za dębowym stołem o krzywych nogach. Gdy Czekan kończył uroczystą przemowę, Gans, w czeluść surduta odświętnego rękę zapuściwszy, “lekarstwo” wydobył i za fotel sąsiada lekkim, niby naturalnym przechyłem się kryjąc, łyk zdrowy pociągnął.
Później działy się rzeczy niesamowite, jakich rydzyński przybytek nie widział ani przedtem, ani potem. Gans bluznął na stół fonta
Dominik, rzecz dziwna, jedynym był chyba, który się nie śmiał. Czuł, że to ostatni sztubacki figiel, jaki spłatał i że od dziś los jemu będzie płatał figle znacznie poważniejsze.
Długie chwile minęły, nim porządek jaki taki przywrócono na tyle, by – już w nieobecności “jeometry” – można było wręczać promocje i świadectwa. Dominik, jak i i
– Wiesz teraz, co w życiu Polaka poczciwego najpierwsze?
– Wiem!
– Gdy brata spotkasz swego, powiedz mu… powiedz, że mu ciebie zwracam, od matki waszej! Żegnaj!
Dominik schylił się i jak było przepisem nakazane, przycisnął usta do dłoni starca.
Wspomnienie 2 – Cienie wysp dalekich
– Bzdury, mój drogi Massena! Godzina policyjna nie rozwiąże sprawy. Trzeba rozstrzelać kilku podżegaczy, a jeśli to nie wystarczy, to kilkudziesięciu lub nawet kilkuset! I nie trzeba tego stawiać na płaszczyźnie sumienia. To jest konieczność wynikająca z rozkazów Konsula. Mamy utrzymać to miasto i utrzymamy je, a środki, jakich użyjemy, zostaną uświęcone przez cel! Konsul musi mieć czas na sforsowanie Alp. Kiedy armia rezerwowa ruszy z Dijon…
– Właśnie, kiedy ruszy? Już maj… – Massena przerwał Soultowi, który, jakby zmęczony zbyt długim wykładem, szeroką koronkową chustką z monogramem ocierał pot z czoła.
– A czym chcesz strzelać do tych obwieszonych złotem bękartów? Gaubert nie nastarcza z odlewaniem kul, brak ołowiu, brak wszystkiego, wszystkiego, Soult!
– Więc wycieczka!
– Wycieczka. Jeszcze jedna… może. Gdy się nie powiedzie, miasto przepadnie. Hazard.
– Karsnecky poprowadzi, zna ich pozycje i nowe ścieżki. Prawda, mon petit?
Nazwisko, przekręcone zabawnie przez Soulta, zabrzmiało donośnie, podrywając mnie na baczność.
– Avec joie, mon general! – wypaliłem bez namysłu.
– Et voila! – Soult wskazał na mnie, jakby ta odpowiedź całkowicie rozwiązywała problem.
Massena skinął, bym się zbliżył do mapy. Miasto, osadzone u stóp poprzecznej gałęzi Apeninów, w głębi zatoki, z siecią ulic i placów, z kościołami, blokami zabudowy, willami i pałacami, z meandrami fortyfikacji i fos, marszczyło się na okraszonej brązowymi zaciekami, podklejonej płótnem płachcie, zbyt barwne, niepodobne do okrutnej rzeczywistości, która czyhała na zewnątrz pałacu. Dwie gałęzie wzgórz wraz z wybrzeżem morza tworzyły trójkąt, w którego podstawie leżała twierdza. Jądrem twierdzy było miasto, zbrojne nad wszelką miarę. Portu broniły dwie krzyżujące się tamy, lądu zaś górski trójkąt, o którym wspomniałem, najeżony szańcami i bateriami. Nad wierzchołkiem trójkąta panowały dwa spiętrzające się forty: Ostrogi i Diamentu. Patrząc od strony morza, tak jak była ustawiona mapa, miało się po prawej stronie miasta, na wschodzie, zbocza Monte Ratti i rzekę Bisagno, spadającą z gór Monte Creto, a po lewej rzekę Polcevera, płynącą przez dolinę o tej samej nazwie. W lewym dolnym rogu mapy stwór olbrzymi, pokryty łuską, rogaty i dzierżący trójząb, ciągnął na rozdwojonym ogonie, po powierzchni kreskowanego morza, elipsę ze stylizowanym napisem: “Genova”.
– Którędy radzisz i kiedy? – te słowa do mnie były zwrócone. Na drugą część pytania odpowiedziałem z łatwością. W nocy, z soboty na niedzielę, było najdogodniej. Austriacy piją wówczas w swych okopach, w namiotach hulanki z dziewkami urządzają, oficerów zaś trudno uświadczyć, ruszają do zamtuzów, które w Voltri urządzili. Ale którędy?
– Chyba tu – wskazałem niepewnie. – Monte Ratti!
– Zobaczymy – mruknął Massena i mapę wygładził dłonią. – Zobaczymy! Byle księżyc pyska nie wychylił, bo go kartaczem poczęstuję!
Wybuchnęliśmy śmiechem. Soult nalał do kieliszków wina, młodego i kwaśnego – stare tylko chorym i ra
Chwila była, jedna z nielicznych, zupełnego spokoju. Anglicy po wczorajszej nauczce cofnęli swe okręty w głąb horyzontu, Austriak również milczkiem warował. Czasami tylko zabrzmiał strzał karabinowy – pewnikiem do ptaków strzelano, z nadzieją na pieczyste. I znowu słońce i chłodny powiew od morza dawały złudzenie spokoju. Wojna, obrona Genui, ofiary, wszystko to zdawało mi się odległe i nierealne. Massena i Soult, pochyleni nad mapą, kreślili linie i punkty zamaszystymi ruchami ramion, ja cofnąłem się ku loggi i siedząc w trzcinowym fotelu zamknąłem oczy.
Czy się Genua obroni skutecznie? Gdy Mantua padła, Polaków-dezerterów Austriacy puścili przez kije. Prawda, że zwykłych jeno rekrutów, oficerów nie śmieli, alem i ja u nich jako rekrut w szeregu chodził. Dopiero Soult, gdym się ciemną nocą z okopu austriackiego wyrwał, wiadomości załodze przynosząc bezce
Jako adiutant Soulta pełniłem funkcję łącznika sztabu z batalionem, który się składał z dezerterów austriackich, takich jak ja, jeno kmiotków, głównie z Galicji. Szef ich, Rossignol, rzekł mi później, że tej samej nocy co i ja prawie dwa tuziny Galicjan z szeregów Otta do twierdzy umknęło. Rwałem się, prawdę rzekłszy, do pułkownika Strzałkowskiego, który w Genui tysiącem legionistów komenderował, atoli zaszczytnej propozycji Soulta odrzucić się nie godziło i nie dane mi było wykrwawiać się z Polakami. Wykrwawiać prawię, bo też posyłał ich Massena w ogień największy, wiedząc, że podołają tam, gdzie i Belzebub ogon by podwinął.
Ileż dni i tygodni czekałem na tę noc wymarzoną. Razem trzy miesiące, a to jest czternaście tygodni, sto dni długich jak cały mój pobyt w lochu, a może i dłuższych jeszcze, bo w znienawidzonym moderunku, pod parszywą komendą w cesarskim szyku, przeciw swoim! Człowiek strzela, a Pan Bóg pono kule do celu nosi, a ja się na Pana Boga zdać nie mogłem. W linii stojąc, w niebo celowałem, tak by nikomu krzywdy nie uczynić. Ładunków napsułem co niemiara. Gdy w wąwozie Scoffera rozstrzeliwano francuskiego szpiega, stojąc pośród plutonu egzekucyjnego wypaliłem nieszczęśnikowi koło ucha. Nie ma obawy – nie chcąc nie mogłem trafić, jaskółki z nieba strącam z wolnej ręki. Biedakowi przywiązanemu do drzewa pomogło to jak umarłemu kadzidło, ale ja sumienia krwią swoich – bo za swojej sprawy orędownika szpiega owego uważałem – nie pokalałem.