Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 99 из 147

Powiedziała, że jej ojciec będzie niespokojny, jeżeli nie powróci przed zmierzchem. Zatem Bogoria posadził ją w siodle z troski o starego garncarza, którego nigdy nie oglądał na oczy, i łagodnie sprowadził po krawędzi pagórka aż do wioski.

U wozu Jacy

– Czy chciałabyś mieć chatę? – spytał, obejmując wzrokiem wóz kryty połatanym płótnem i kasztanową szkapinę, która melancholijnie przeżuwała obrok z zawieszonego na szyi worka. – Trzyizbową chatę z sosnowych bierwion, jabłoniowy sad, pola, na których wiosną pszczoły będą zbierać miód z grykowych kwiatów?

– Czy teraz próbujecie mnie kupić, panie? – odparła bez fałszywej skromności, niemal rzeczowo.

– Wiele musiałbym zapłacić? – rzekł lekko, aby nie poznała niecierpliwości, z jaką czekał na odpowiedź.

– Wiele. – Było już ciemno i nie widział jej twarzy. – I nie tylko srebrem.

– Mam również wiele złota, kobieto. – Uśmiechnął się z kpiną, której nie czuł. – A także i

Podrzuciła głową.

– Mój mąż dawał mi rzeczy – powiedziała ostro, sprawiając, że poczuł przemożną nienawiść do tego nieznanego człowieka. – Kiedy fortuna mu sprzyjała, obdarowywał mnie wielką mnogością rzeczy. Czasami grał z kupcami przy trakcie. O duże stawki. Potem kazał mi wdziewać suknie z błękitnej kitajki i podawać bób na talerzu z litego srebra. Ale to nigdy nie trwało zbyt długo. Karta odwracała się i rzeczy zaczynały znikać, jedna po drugiej, aż nie pozostawało nic, prócz stołu zbyt ciężkiego, by wyniósł go na grzbiecie, i garści szmat. A kiedyś… – usłyszał coś jak płytkie westchnienie, ale była odważną kobietą, więc zaraz podjęła na nowo: – Kiedyś zagrał o mnie z kapitanem skalmierskich najemników, który uznał, że nie opuściłam oczu wystarczająco szybko. I przegrał. Tamtej nocy poprzysięgłam sobie, że już żaden mężczyzna nie będzie mi dawał rzeczy. Niczego, za co potem musiałabym zapłacić równie dotkliwie.

W tym miejscu należało się roześmiać i zapewne uczyniłby to, gdyby usłyszał podobne wyznanie z ust każdej i

– A gdybym obiecał – zaczął powoli i z wahaniem, gdyż wiedział, że naprawdę może odmówić – że nie podaruję ci niczego prócz chaty i sadu, w którym każdą jabłoń zasadziłem dawno temu, a ziemia jest moim dziedzictwem po matce i należała wcześniej do jej ojców. Czy wówczas ją przyjmiesz?

– Dlaczego? – Nie umiałaby udać podobnego zdumienia i musiał się uśmiechnąć. – Dlaczego miałbyś mnie pragnąć, panie?

– Ponieważ jesteś ukojeniem dla mojego serca – odpowiedział po prostu Bogoria, zbój, warchoł i opój, który nigdy nie dbał o pieśni minstrelów i nie przysłuchiwał się z nabożeństwem opowieściom o gorzkiej miłości Thornveiin.

Niemal tuzin lat temu, prawie całe życie wstecz, Jacy

Bogoria był z niej tak dojmująco, boleśnie dumny. Z tej chłopki o grubych, czerwonych rękach, która pośrodku nocy dotykała go z taką powagą, jakby miała go na nowo ukształtować z własnych pragnień i ciemności. Nosiła pod sercem ich pierwsze dziecko, kiedy włożył jej na czoło wianek z ruty i chabrów, i przed kapłanem Bad Bidmone przyjął za własną. Tajemne zaślubiny sprawowano z dala od dworu jego ojca na leśnej polanie. Nie, Bogoria nie wstydził się swego wyboru. Miał dość siły, by wepchnąć drwinę w gardło każdemu, kto zechce sobie dworować z Jacy

– Nigdy nie będzie ich dość – powiedziała Jacy

Nie przyprowadzał więc kamratów do chaty z belek, które ociosał własnymi rękoma podczas pewnego upalnego lata. Nie dlatego, że Jacy

Jacy

Bo nie miał wątpliwości, że to ona naprawdę dokonała wówczas wyboru. On jedynie pozwolił się wybrać i był to kres jego zasług wobec tej małomównej, szarookiej kobiety.

Pamiętał, jak przeprowadził ją przez próg opleciony wiciokrzewem i powojem dla odpędzenia złego, ponieważ była brzemie

Jacy

Kochała tę chatę, tego był pewien. Chatę, sad pełen jabłoni i pasiekę na skraju lasu, który szerokim łanem oddzielał ich od ludzkich siedzib. Dokładnie tak, jak Bogoria przyobiecał. Albo nawet jeszcze inaczej. Bo skoro wreszcie wprowadził ją do izby i z westchnieniem ulgi wsparła się o poręcz wysokiego krzesła, ociężała i niezgrabna pod brzemieniem ich dziecka, wówczas po wypolerowanym blacie stołu przesunął ku niej szkatułkę z różanego drewna. Wolno odemknęła wieczko i rozprostowała pergamin. Nie umiała czytać. W pieczęciach z czerwonego laku wietrzyła jedynie nieszczęście.

Pieczęcie istotnie były utrapieniem dla urzędnika, którego pochwycono znienacka w ciemnej sionce świątyni, nadziawszy nań gruby juchtowy worek i przydusiwszy za gardło, nim zdołał zawrzasnąć:

– Rapt!

Szczęściem urzędnik znał dobrze miejscowy obyczaj, a po prawdzie przywykł do podobnych napaści. Szlachta Wilczych Jarów była podstępna, ichmościowie woleli skrycie dobijać targów, a na niejednym wisiały wyroki nazbyt ciężkie, by mógł w biały dzień wędrować po sądach. Więc skoro urzędnikowi nareszcie odsłoniono łeb, odchrząknął jeno, gorzałki gromko krzyknął, a potem zaczął mieszać w inkauście. I ani mu przy tym ręka drgnęła.

Pergamin był piękny, co się zresztą Bogorii słusznie należało, bo za fatygę i niewygodę zapłacił urzędnikowi tuzin srebrnych groszy. U dołu opatrzono go podpisami świadków – ojca Bogorii, który imieniem wszystkich współrodowców wolę jego uznawał i potwierdzał, podstarościego i jeszcze trzech i