Страница 100 из 147
Nie mogli mu tego zabronić, choć ojciec krzywił się niezmiernie na podobną rozrzutność. Ale ziemia była Bogorii, więc, jak mu w złości ojciec powiedział, może ją marnować wedle woli.
Nie potrafił wyjaśnić rodzicielowi powodów tej rozrzutności. Zasadzali się pospołu w jarach na kupieckie konwoje, łupili kapliczki ze srebrnych wotów, złorzecząc kniaziowi i wszystkim bogom nieśmiertelnym, chlali razem spichrzańską gorzałkę i na dwóch krańcach łoża obracali posługaczki. Proste, zwyczajne rzeczy. Tyle że Jacy
Tłumaczył jej to bardzo powoli, każdą rzecz osobno. Nigdy nie nazwie jej imieniem małżonki. I w niczym nie złagodzi zbójeckich obyczajów. Zbyt prędko znaleźliby się tacy, co poszukają powodów nagłej odmiany i zechcą sprawdzić, jak dalece Bogoria dba o bezpieczność szarookiej chłopki. Dlatego wszystko musiało pozostać po dawnemu. Co do joty.
Las będzie ją chronił. Las, odosobnienie, niesława zbójeckiej kochanicy, jednej spośród wielu. Ale chata miała należeć do niej. Jego dziedzictwo po matce zmarłej wiele lat temu. Aby pozostał w tym wszystkim choć błahy znak tej podstawowej uczciwości, która była pomiędzy nim i Jacy
Nie zarzuciła mu rąk na szyję i nie wybuchnęła płaczem. Nie była rozrzutna w gestach. Stara
– Urodzę dziecko – wypowiedziała te słowa niemal ze zdumieniem, jakby dopiero teraz pojęła ich prawdziwe znaczenie.
Coś było w jej twarzy. Bogoria nie umiał tego nazwać, choć zazwyczaj słowa nie sprawiały mu trudności.
– Dziś wieczorem? – spytał z niepokojem, ponieważ w pobliżu nie było żadnej wioski czy choćby osady węglarzy, gdzie mógłby przydybać niewiastę obeznaną z przyjmowaniem dzieci.
Bogoria, choć nader kompetentnie umiał wyprawiać ludzi precz z ziemskiego padołu, nie ufał sobie w kwestii sprowadzania ich na świat.
– Nie, jeszcze nie pora. – Jacy
– I kapustę – przerwał, pod szyderstwem skrywając tkliwość, która z nagła ścisnęła mu gardło, bo Jacy
– Nie należy lekceważyć zalet kapusty – zgodziła się poważnym głosem, choć na dnie jej oczu czaiło się rozbawienie.
A w kilka miesięcy potem, gdy z wysokich, sztywno wykrochmalonych poduszek ich łożnicy spoglądała w czerwoną, pomarszczoną twarzyczkę ich pierworodnej córki, Bogorii wydało się, że jakiś cierń począł kruszyć się i niknąć w sercu Jacy
Każdego wieczoru dziękowała bogom za szczęśliwość i rozpalała świece, ponieważ nadchodził zmierzch i była panią tego domu. Dwanaście świec w kandelabrach z giętego żelaza. Po jednej na każdy rok.
Nauczył się dostrzegać takie rzeczy, podobnie jak całe tuziny drobnych, niepisanych praw, którymi rządziło się domostwo Jacy
Jednak nawet w tych grządkach był spokój oraz ład, który przebijały z każdego gestu Jacy
Usłyszał, że brytany u bramy zanoszą się ujadaniem. Jacy
Bogoria poderwał się, nie dbając o mydliny, które polały się brudnoszarą strugą z przewróconego cebrzyka. Do domu, kobieto, pomyślał, okraszając te słowa plugawym przekleństwem, którego nie śmiał wypowiedzieć.
Kątem oka dojrzał, że dziewczynki rozpierzchły się jak zdmuchnięte. Zgadzali się z Jacy
Nim przemknął pomiędzy otwartymi wierzejami sadu, wiedział, dlaczego. Na podwórzu stał pojedynczy jeździec; Bogoria z daleka dojrzał krasny kołpak ozdobiony idiotycznym piórkiem. Podstarości już kłaniał się nisko. Duże dłonie gospodyni na chwilę znikły w gęstwie jego pszenicznożółtej brody, gdyż na swój prosty sposób Chabina szanował córkę garncarza, która nieodgadnionym sposobem zdołała usidlić przywódcę grasantów. A w każdym razie nazbyt dobrze znał Bogorię, by podobnego szacunku, choćby nieszczerego, zaniedbać. Tym bardziej że jego potrzeba musiała być doprawdy nagła, skoro samopas, bez pachołków, zapędził się równie daleko w las.
– Napijecie się miodu? – Bogoria widział od strony łąki pachołków nadbiegających spiesznie z kosami na ramieniu i nie chciał, by nazbyt pilnie przysłuchiwali się ich pogawędce. – Mam w sadzie dobry dzban, zda się wam wytchnąć po podobnej jeździe.
– W izbie skwar mniej doskwiera – odezwała się niespodzianie Jacy
Bogoria usłuchał: była wyczulona, gdy szło o ich córki, a dziewczynki ukryły się gdzieś pomiędzy jabłoniowymi drzewami.
Kątem oka dojrzał jeszcze, jak Jacy
– Co was sprowadza? – odezwał się szorstko Bogoria, gdy zasiedli na ławie, a Jacy
Może przemówił nazbyt szorstko, zważywszy że podstarości miał oblicze spalone słońcem, a jego kubrak pokrywała warstwa kurzu z gościńca. Obaj jednak widzieli, co wydarzyło się w Czymborskiej Debrzy, i Bogoria nie zamierzał wysłuchiwać połajanek z powodu wymordowanych Pomorców. Nie w tym obejściu i nie od tego człowieka. A już na pewno nie pod spojrzeniem szarych oczu Jacy