Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 57 из 72

Czy nie uważasz, że pisząc tę książkę, w pewnym sensie uprawiamy dzie

Zaprzątam Twoje i swoje myśli Thompsonem wcale nie dlatego, że był pionierem jakiegoś nowego rodzaju dzie

„Strach i wstręt…” to książka o złu tkwiącym w ludziach. Ale także o tym jak bardzo źli stają się ludzie, gdy uwierzą, że aby przetrwać systemie, w którym się urodzili, trzeba być… złym. Wtedy, w 1984 roku, nie mogłem zrozumieć głównej idei, którą przekazywał Thompson. Amerykański system demokracji, nieograniczone możliwości, mit wolnego wyboru, prawo do indywidualnego szczęścia wpisane w konstytucję, pucybuci stający się właścicielami fabryk butów… Wszystko to wydawało mi się wtedy nieskazitelnie czyste i oszałamiająco piękne. Ja w absolutnym centrum wszechświata, moja wolność, moje nieograniczone prawo do szczęścia i mój los, który zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Gdy przyjechało się z Polski, w której mój los zależał od urzędnika w wydziale paszportów, taka pełna zachwytu reakcja wydaje się naturalna. Jim zupełnie nie podzielał mojego zachwytu. Styl życia w USA nazywał „skorumpowanym mitem”, polityków „mutantami o brakujących nie tylko genach, ale całych chromosomach”, dzie

Jim i Thompson mieli wiele wspólnego. Thompson także uwielbiał halucynacje wywołane narkotykami, także nie znosił dzie

Książkę Thompsona przeczytałem drugi raz kilka lat temu. Zamówiłem ją sobie specjalnie w Amazonie. Pisałem wtedy „Samotność w Sieci” i próbowałem przypomnieć sobie jak najwięcej o Jimie (jego mocno sfabularyzowana biografia pojawia się w mojej książce). Przy drugim czytaniu po latach zrozumiałem „Strach i wstręt…” zupełnie inaczej. Prawda jest funkcją czasu. Mit amerykański jest mniej prawdziwy niż grecka mitologia pełna absurdu amerykańska wolność jest bardziej oszukańcza niż reklamy kremów po których jest się młodszym o 20 lat po 20 dniach. Pozorna nieprawda także.

Zastanawiałem się dzisiaj, czy Thompson zapowiadał swoje samobójstwo już w 1971 roku, wydając „Strach i wstręt…”. Dużo wskazuje na to, że tak. Chroniczne niepogodzenie się z miejscem, w którym trzeba żyć, i obłuda, którą trzeba tolerować, żeby tam żyć, przerasta często ludzi wrażliwych. A Thompson był niespotykanym wrażliwcem. Podobnie jak Jim.

Dzisiaj w internetowym wydaniu „Los Angeles Times” przeczytałem artykuł o samobójstwie Thompsona. „Czerwony dostojny cadillac stojący na nostalgicznym parkingu przed posiadłością kultowego poety słowa, trzydziestodwuletnia atrakcyjna żona pisarza Anita pogrążona w rozpaczy…”.

Niektórzy nie zrozumieli, że nawet „gonzo” trzeba umieć pisać…

Pozdrawiam,

Janusz Leon

Warszawa

Masz rację, prawda jest funkcją czasu. Tyle że nie dotyczy ona tylko amerykańskiej demokracji, greckich bogów i mazideł, które już po kilku godzinach nadają twoim oczom, a konkretniej skórze pod nimi, prawdziwego blasku. Dotyczy naszych wyobrażeń, oczekiwań, złudzeń. – Babciu, jaka ty jesteś cyniczna – reagowałam na jej słowa, gdy nie dawała wiary, że mężczyźni zakochują się w nas od pierwszego wejrzenia. – Mamo, zobaczysz, on się poprawi, tylko trzeba mu dać trochę czasu.

Tak na marginesie, wcale się nie poprawił. Podobnie było z rozpierającą serce dumą, że wokół ma się samych przyjaciół. Nie ma się. Niewielu tak naprawdę zależy na tym, żeby się nam w życiu udawała Niewielu cieszy się z naszych sukcesów. Wielu podskakuje do góry ze szczęścia, gdy słyszy o naszych porażkach. Początkowo ten brak symetrii między naszymi wyobrażeniami a brutalną rzeczywistością boli, potem daje nieprawdopodobną siłę. Jedni nazywają to mądrością życiową, i

Im więcej wiemy o tej dysproporcji, tym bardziej musimy uodpornić się na głoszone przez i

Nie wiem dlaczego, ale z samobójstwem Thompsona skojarzył mi się eutanazja.

Samobójca to jej najżarliwszy wyznawca.

Są książki, w których człowiek zakochuje się natychmiast i na całe życie. W ten sposób uwiódł mnie kiedyś Milan Kundera i całkiem niedawno Joyce Carol Oates.

Ze swoją książką „Śmiertelni nieśmiertelni. Prawdziwa opowieść o życiu, miłości, cierpieniu, umieraniu i wyzwoleniu” dołączył do nich amerykański myśliciel i psycholog transpersonalny Ken Wilber. Znasz?

Pamiętasz werdykt Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, gdy zdecydowano, że sparaliżowana po szyję Diane Pretty ma umrzeć śmiercią naturalną? W orzeczeniu Trybunału pojawiło się słowo precedens, a tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że Pretty przestanie oddychać i będzie po krzyku. Zdecydowani przeciwnicy eutanazji zaproponowali jej, żeby przestała jeść i tak doprowadzi do tego, o co walczy. Sumienia będą czyste. W każdym razie tych, którzy dziś mówią o niebezpiecznej subiektywizacji zabójstwa, a nie widzą najmniejszego problemu w prawnym usankcjonowaniu cierpienia, na które Pretty została skazana. Jednogłośnie. Treya miała 38 lat, gdy poznała swego męża Kena Wilbera. W dwa tygodnie po ślubie wykryto u niej nowotwór piersi czwartego stopnia. O życie walczyli prawie pięć lat. Operacje, naświetlania, nawroty, cukrzyca, chemia, naświetlania i nawroty. Najdroższe kliniki, niekonwencjonalne metody leczenia i nadzieja, że jest szansa na zwycięstwo. Tuż po diagnozie lekarzy Wilber zanotował: „W każdej chorobie człowiek musi się zmierzyć z dwoma różnymi jej aspektami. Po pierwsze, staje twarzą w twarz z samym procesem chorobowym… Po drugie, staje twarzą w twarz również z tym, co społeczeństwo, w którym żyje. i kultura tworzą wokół choroby – ze wszystkimi osądami, lękami. nadziejami, mitami, opowieściami, wartościami i znaczeniami. To społeczeństwo ocenia, kiedy i jak jesteś chory; kultura, w której żyjesz, wyznacza granice twego zdrowia: kiedy jesteś, a kiedy już nie jesteś zdrowy. Gdy więc pada z ust lekarza słowo «rak», musimy zmagać się nie tylko z własnym strachem, ale i z otoczeniem, które boi się go w tym samym stopniu. Najbardziej niepokojący jest fakt, że społeczeństwo osądza brak zdrowia jako zło” – pisze Wilber i zauważa, że każda z kultur ma w tej sprawie co i