Страница 46 из 72
Historia ludów, plemion i szczepów, które w toku rozwoju ewolucyjnego nie zyskały potrzeby zaistnienia boga, jest historią społeczeństw, które wyginęły w chaosie rozłożonego w czasie grupowego samobójstwa. Idea potrzeby, a nawet konieczności fenomenu boga dla zachowania gatunku jest tym, co łączy stojących na gruncie darwinizmu redukcjonistów i ortodoksyjnych kreacjonistów z naukowymi tytułami akademii teologicznych, którzy z kolei darwinizm traktują jak paranaukowy wymysł sfrustrowanego angielskiego ateisty. Zarzut (jeśli to w ogóle jest zarzut, dla mnie na przykład nie) ateizmu wobec Darwina jest notabene nieprawdziwy. Sam Darwin nigdy za życia nie nazwał się „ateistą”. Był raczej agnostykiem, to znaczy kimś, kto uważa, iż nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.
Mimo zaciętości tej dysputy obie grupy zgadzają się ze sobą co do jednego: bóg był i ciągle jest ludzkości potrzebny. Według kreacjonistów od pierwszej sekundy życia człowieka, którego bóg stworzył na swój „obraz i podobieństwo”, według neodarwinistów (sam Darwin nigdy o tym nie pisał) dopiero od pewnego momentu ewolucji tegoż człowieka. Jeśli tak jest, to według rozumowania ewolucjonistów musi przełożyć się to jakoś na geny w ludzkim DNA. I w tym momencie nasuwa się natychmiast, sam przyznaję, dość prowokacyjne pytanie: czy istnieje zatem gen boga?
Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że wbrew pozorom nie ma w tym pytaniu żadnego uproszczenia i nie ma także w nim nic, co mogłoby obrazić lub urazić ludzi wierzących (do których się zaliczam). Jeżeli bóg istnieje i istniał zawsze, to fakt, że transcendentalność (celowo unikam słowa „religijność”; transcendentalność jest zdolnością człowieka do przyjmowania doświadczeń znajdujących się poza granicami ludzkiego umysłu, a religijność to ekspresja religii, która z kolei jest doktryną definiującą stosunek człowieka do sacrum; bardzo często sacrum utożsamia się z jednym bogiem pojmowanym jako byt transcendentny) ludzką da się związać z obecnością i działaniem pewnego genu lub grupy genów, w żadnym wypadku nie zmieni tego faktu. Istnieje bóg i być może istnieje przyporządkowany mu gen. Jedno nie wyklucza drugiego. Istnienia DNA i genów nie podważa nawet Radio Maryja. Nie może podważać bowiem genetyka jest obecna i uznana w nauczaniu Kościoła, który ze spokojem i bezpośrednio odnosi się do genomu i dziedziczności Pamiętam, jak swego czasu przeczytałem teologiczne opracowanie sygnowane przez Watykan, w którym rozważa się problematykę i interpretację grzechu pierworodnego. Z pewnym radosnym zdumieniem znalazłem tam takie oto zdania:
„Kościół uczy, że przekazywanie grzechu pierworodnego dokonuje się przez zrodzenie. Nie chodzi jednak o dziedziczenie genetyczne: grzech pierworodny nie jest zapisany w ludzkich genach”.
Jeżeli Bóg stworzył człowieka łącznie z DNA w jądrach wszystkich jego komórek, to mógł przecież w swojej mądrości zadbać również o to, żeby zarezerwować sobie swój własny gen. Z drugiej strony jeśli Boga nie ma i został na pewnym etapie rozwoju wymyślony przez ludzi, dla potrzeb ewolucyjnego zachowanie gatunku, to tym bardziej transcendentalność Homo sapiens musi przełożyć się na genetykę i naturalnym jest, że w pewnym momencie pojawi się ktoś, kto będzie chciał zlokalizować ten gen w ludzkim genomie.
Taki ktoś się właśnie pojawił. Jest biologiem molekularnym, nazywa się Dean H. Hamer i twierdzi, że.jeżeli w umyśle ludzkim jest miejsce dla boga, to tym bardziej jest w nim miejsce na pojęcie genu boga”. Dr Hamer jest szefem sekcji struktury i regulacji genów w Laboratorium Biochemii Narodowego Instytutu Raka Stanów Zjednoczonych. Zajmuje się między i
Gdzie jest więc ten gen boga i na czym on polega?
Pomyślałem właśnie, że będę kontynuował ten frapujący temat na ziemi, po wylądowaniu we Frankfurcie. Kapitan Schneider właśnie zapalił sygnał „zapiąć pasy” i ogłosił spokojnym głosem, że przed nami jest obszar turbulencji. Boję się „obszarów turbulencji”. Wyłączę teraz laptopa i postaram się przeczekać te turbulencje. Poprosiłem stewardesę, aby przyniosła mi małą butelkę bordeaux. Geny genami, ale przy winie lęk przed nadchodzącymi turbulencjami daje się przetrwać o wiele łatwiej. Może za to także odpowiada jakiś i
Pozdrawiam znad Atlantyku,
JLW
Warszawa, poniedziałek
Panie Januszu,
uwielbiam latać samolotami, chociaż za każdym razem, gdy zapinam pasy swego fotela, sprawdzam, czy na mojej szyi wisi oprawiony w złoty sznureczek turkus, który od zawsze należał do kobiet w naszej rodzinie. Towarzyszy mi wówczas – takie być może naiwne – poczucie, że i tym razem uchroni mnie on przed każdą turbulencją. Latam i latałam bardzo często, ale tylko raz, kiedy po starcie zgasło światełko „zapiąć pasy” i niespodziewanie odezwał się mocny głos stewarda „proszę natychmiast siadać na miejsca”, zamarło mi serce. Podaliśmy sobie z Dirkiem dłonie i byliśmy przekonani, nie trzeba było słów, że to już koniec. Jedyną myślą, jaka wówczas przyszła mi do głowy, była ta, że jeszcze na lotnisku we Frankfurcie zadzwoniłam do rodziców. Znali więc moje ostatnie minuty. Pewnie byłam wtedy gdzieś bardzo blisko paraliżującego strachu, którego musieli doświadczyć ci wszyscy, którym nie udało się szczęśliwie wylądować. To taka potwornie porażająca i zarazem słodka słabość. Jeszcze jesteś, a już cię nie ma. Podobnie jak Pan i pewnie miliony pasażerów, wsłuchuję się w to, jak brzmi głos pilota witającego pasażerów na pokładzie. Spięty? Nowicjusz czy stary wyjadacz? Raz, kiedy leciałam bardzo daleko na północ, wydawało mi się przez chwilę, że w samolocie zamilkły wszystkie silniki. Po minach obsługi zorientowałam się, że to tylko moje przesłyszenie albo niedosłyszenie. Nie wiem, czy słyszał Pan o katastrofie lotniczej sprzed lat, w której zginęło kilkaset osób lecących z Nowego Jorku do Paryża. Na pokładzie samolotu miała być jedna z Miss Polonia, ale spóźniła się na odprawę i nie odleciała. Szczęściara, powiesz? Tak, przez moment. Już wkrótce zginęła zasztyletowana przez nieznajomego adoratora na jednej z wrocławskich ulic. Do czego zmierzam? Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Banał, a jednak. W kwestii latania trzeba więc także sobie odpuścić. Moja znajoma, która w ogóle mogłaby nie wychodzić z samolotu, twierdzi, że nie ma się czego bać, bo przecież pilot też chce wylądować. Chyba żeby akurat nie chciał. Ale wtedy ocieramy się już o Camusa i egzystencjalno-alkoholowe rozterki literackich bohaterów.
Z upływem czasu zauważyłam w swoim dzie