Страница 45 из 72
Dzisiaj wybrałam się na „Aviatora” – nominowaną do Oskara w ii kategoriach biografii Teda Hughesa. Niby wszystko w tym filmie w porządku, a jednak jakoś strasznie to płaskie. Świetny Leonardo Di Caprio, a mimo to nie wychodzi się z kina poruszonym. Przez trzy godziny oglądamy wielkiego wizjonera opętanego marzeniami, jakie chodzą po głowie tylko wybranym. Ale w głowie pozostaje jedynie historia pomylonego milionera, któremu przydarzyło się być genialnie uzdolnionym. Tylko. Zastanawiałam się, dlaczego tak się stało? Może dlatego, że reżyser chciał być równie ważny jak bohater filmu? Jest w „Aviatorze” taka scena, W której udręczony swoją manią prześladowczą Hughes najpierw zgodnie z rytuałem pije mleko z butelki, a potem robi do niej siusiu. Scorsese to nie wystarcza, potrzebna jest mu forma i dlatego za chwilę widzimy cały szpaler butelek wypełnionych moczem. Chyba dobrze się stało, że to nie on robił film o Rayu Charlesie.
Film, w którym najważniejszy jest bohater. W przenośni i dosłownie. I to pewnie dlatego z „Aviatora” nie dowiedzieliśmy się niczego o matce Hughesa – zaborczej, patologicznie pochylającej się nad własnym synem. Związanej z nim czymś w rodzaju emocjonalnego kazirodztwa. O jego nieudanych małżeństwach też się nie dowiedzieliśmy. O tym, że już w wieku dziesięciu lat miał na swoim koncie pierwsze wynalazki, że umierał w wieku siedemdziesięciu paru lat w całkowitym odosobnieniu. To takie niehollywoodzkie.
Pozdrawia,
MD
Chicago -Frankfurt, na pokładzie samolotu Lufthansy, niedziela nocą
Małgorzato,
Ray Charles – mówi Pani…
Jestem pewny, że i on bywał, i to nieraz w Blue Chicago. W drodze na lotnisko poprosiłem hinduskiego taksówkarza, żeby zatrzymał się na chwilę przy „sklepie z muzyką „. Kupiłem ostatnią płytę Raya: „Ray Charles: Genius Loves Company”. Jego duety między i
Mam tyle planów na „po wylądowaniu”. Póki co około godziny temu wsiadłem do samolotu i aby móc posłuchać, i potem zobaczyć Raya, ta podróż musi skończyć się szczęśliwie. Nigdy nie jestem tego pewny…
Siedzę na miejscu 18H w klasie ekonomicznej boeinga Lufthansy. Jesteśmy na tak zwanej wysokości przelotowej. Około dziesięciu kilometrów nad powierzchnią Atlantyku. Na zewnątrz samolotu jest ponoć minus 55 stopni Celsjusza i samolot, w godzinę pokonuje odległość około tysiąca kilometrów. Takie informacje podał właśnie kapitan Schneider. Zawsze przerywam to, co robię akurat, i z uwagą wsłuchuję się w głos kapitana. Obojętnie, jak nazywa się linia lotnicza która wystawiła mój bilet i obojętnie, jakim nazwiskiem przedstawia się kapitan samolotu i tak prawie zawsze mówi to samo. Doskonale wiem, co powie, znam temperaturę na zewnątrz samolotu, wiem, jak szybko lecimy i jak wysoko jesteśmy na tej wysokości przelotowej. Bardziej niż informacje, które przekaże kapitan, interesuje mnie, jakim głosem to powie. Lubię, gdy mówi spokojnym głosem zadowolonego, pewnego siebie człowieka, który zdaje się mieć wszystko pod idealna kontrolą, przekonującym tonem doświadczonego psychoterapeuty. Niepokoję się bardzo, gdy mówi smutnym lub zmęczonym głosem pacjenta tegoż psychoterapeuty. Pojawia się wtedy w mojej głowie zatrważająca myśl, że być może kapitan przechodzi akurat swój najgorszy epizod depresji i nie bardzo zależy mu na życiu. Nie chciałbym – wiem, to zabrzmi dla Pani absurdalnie i histerycznie -umrzeć z powodu nieswojej depresji…
Boję się latać i z drugiej strony nie potrafię sobie wyobrazić swojego życia bez latania samolotami. Tak naprawdę, aby robić to, co robię, nie wolno mi nie latać. Pracuję z zglobalizowanej firmie, która ma swoją radę nadzorczą w Amsterdamie i dyrekcję w pobliżu San Francisco. Jestem w międzynarodowym zespole realizującym poważny projekt na trzech kontynentach, spędzam urlopy na odległych wyspach i ostatnio, w związku z promocją moich książek, często przemieszczam się z Frankfurtu do Polski. Bez samolotów nie mógłbym być o 17.00 w piątek przy komputerze w swoim biurze we Frankfurcie nad Menem, o 23.00 w hotelu w Warszawie i w poniedziałek rano przed 10.00 ponownie w biurze we Frankfurcie. Latać po prostu muszę. Gdyby nie samoloty, nie udałoby mi się bywać w miejscach, w których być powinienem lub w których chcę być. Latam bardzo często i równie często boję się latać. Za każdym razem, gdy siadam na swoim miejscu w samolocie, zdaję sobie sprawę, że oto znalazłem się w bardzo skomplikowanym urządzeniu, które składa się z ponad miliona różnych części i że te ponad milion części powi
Poza tym, gdy siadam na swoim miejscu i przypinam się pasem bezpieczeństwa, za każdym razem mam poczucie częściowej, ale nieodwracalnej utraty kontroli nad własnym losem. Czekam wtedy niecierpliwie, aż znajdziemy się na wysokości przelotowej i kapitan uspokoi mnie swoim głosem. Przedtem staram się uspokajać sam. Najpierw, jeszcze na lotnisku, etanolem zawartym w czerwonym winie, potem modlitwą wymawianą z zamkniętymi oczami w momencie startu. Dzisiaj podczas startu także się modliłem. To, co przed chwilą Pani napisałem o swoim strachu, jest tak naprawdę aktem… odwagi. Mężczyźni, o czym Pani wie lepiej niż ja, słuchając wielu różnych mężczyzn w swoim cyklu „Mistrz i Małgorzata”, rzadko przyznają się kobietom, że czegoś się boją, a i
Teraz już się nie boję. Słychać znajomy, spokojny szum pracy silników, nie ma turbulencji i lecimy na wysokości przelotowej. Uspokoił mnie i etanol z lotniska, i głos kapitana Schneidera, i widok uśmiechniętych stewardes, i te same co zawsze minus 55 stopni na zewnątrz samolotu. Gdy coś przez dłuższy jest czas niezmie
Modliłem się ze strachu. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości Religia i religijność bardzo mocno uwarunkowane są strachem. Uważam, że żadna religia by nie powstała, gdyby ludzie się nie bali. I za wszelką cenę nie chcieli przetrwać.
Czy potrzeba i pragnienie przetrwania to główne przyczyny, dla których ludzie wpadli na pomysł boga i religii? Jeśli tak, to religia niewiele różni się od ewolucji. Pozwoli Pani, że pofilozofuję teraz na te tematy. Filozofia i religia stykają się ze sobą w wielu miejscach. Ale także różnią się istotnie od siebie. Pomyłki w religii są bardzo niebezpieczne, podczas gdy pomyłki w filozofii mogą jedynie śmieszyć. Mam na to kilka godzin i pomyślałem, że będąc o dziesięć kilometrów bliżej nieba, porozmawiamy o religii? Możemy prawda?
Czasami zastanawiam się, co było pierwsze: bóg czy potrzeba boga?
I