Страница 26 из 44
ARTUR SCHATZMANN
Artur Schatzma
Męczył go jakiś głód, niedosyt, przygnębiające uczucie, że jest się blisko czegoś ważnego, a jednak się do tego nie potrafi sięgnąć. Nie mógł się pozbyć miłości do fizjologii, ale równie ciekawe i pasjonujące było uprawianie psychoanalizy: był to rodzaj fizjologii duszy. Teraz nawet kładł się spać z zamiarem śnienia i pora
Artur załatwił sobie możliwość korzystania z laboratoriów Katedry Fizjologii Mózgu, lecz problemem stało się ściągnięcie do nich Erny, pa
Od kiedy Vogel uwrażliwił go na znaczenie szczegółów, Artur zaczął obserwować ludzi, ich gesty, zachowania. Robił to zwykle wtedy, gdy siedząc w wagonie tramwaju, stawał się anonimowy i niewidoczny dla badanych przez siebie obiektów. Z okien tramwaju patrzył na przechodniów, kobiety robiące zakupy, sprzedawców parasolek w długich płaszczach, o twarzach tak bladych, jakby przed chwilą wynurzyli się z jakichś ciemnych suteren. Oglądał rozkołysane, bujne ciała młodych dziewczyn i ciągnące się za nimi spojrzenia eleganckich panów o wąskich ustach. Zaczął spontanicznie dorabiać historie do widzianych twarzy i, nie mając możliwości ich sprawdzenia, wierzył, że jego intuicja odtwarza fakty prawdziwe. Jednak po pewnym czasie zaczął powściągliwiej określać ludzi. Przyczyniło się do tego jedno zdarzenie.
Kiedyś, gdy jechał tramwajem do Vogla, zobaczył przez okno stojącą na przystanku kobietę z dzieckiem. Rozmawiała swobodnie z jakimś starszym mężczyzną. Było w niej coś, co przyciągało uwagę, i Artur poczuł palącą potrzebę zrobienia małego eksperymentu: wydedukowania z tych niewielu informacji, jakie dawał jej ubiór, jej zachowanie, gdzie ta kobieta mieszka, kim jest.
Była w brązowej sukni i czarnym, krótkim płaszczyku wykończonym wytartym futerkiem. Spod małego brązowego kapelusza wystawały kosmyki kasztanowych włosów. Śmiejąc się pokazywała białe, równe zęby, jakby trochę dzieci
Tramwaj stanął na przystanku. Rozmawiający z kobietą mężczyzna uchylił kapelusza i wskoczył do wagonu gdzie siedział Artur. Artur zobaczył roztargnienie w jego oczach i przyklejony do ust niepotrzebny już uśmiech. Kobieta wzięła na ręce dziecko, trzy-, może czteroletnią dziewczynkę, i pomachała mężczyźnie. Tramwaj ruszył i jej wzrok przesunął się po twarzy Artura. Potem postawiła dziecko i poszła z nim w stronę dworca.
Intuicja czy też może wyobraźnia Artura Schatzma
Jednak Artur był zadowolony tylko przez chwilę. Tramwaj ruszył, a on nadal myślał o tej kobiecie. Jasny i prosty, budujący obraz jej życia zaczął się ściemniać. Wydał się nagle komicznie pretensjonalny i fałszywy. Nieznośnie nieprawdziwy. Artur z wściekłością wstał i ruszył do wyjścia. Wysiadł na najbliższym przystanku. Szybkim krokiem zawrócił i szedł wypatrując między przechodniami brązowego kapelusza. Zaczął podejrzewać, że rzeczywistość jest o wiele bardziej pospolita, choć i mroczniejsza, niż się to przedstawia w broszurowych romansach.
Zobaczył ją, kiedy skręcała na plac przed dworcem. Rozglądała się na boki, zwalniała i przyspieszała kroku. Przez sam dworzec przechodziła w tempie, w jakim zwiedza się galerię.
Teraz Artur był pewien, że nie jest żadną nauczycielką w szkole na przedmieściu. Z pewnością mieszkała po drugiej stronie dworca. Mogła być krawcową, modystką lub zwykłą głupiutką gospodynią domową. Jej mąż pracował w porcie rzecznym i pił na umór. Wcale to jej nie przeszkadzało, miała przez to więcej wolności. Sama zresztą też lubiła pociągnąć wieczorem z koleżankami i chłopakami z zakładów Gottlieba, stąd ta jej ogorzała, zniszczona twarz. Dzieckiem zajmowała się niechętnie; brała je od matki tylko na spacer, żeby mieć pretekst do włóczenia się po mieście. Miała na pewno twarde, grube paznokcie i niezbyt czyste ręce.
– Ach, Boże, przecież to tylko zabawa – powiedział do siebie Artur, żeby usprawiedliwić fakt, że śledzi obcą kobietę.
Narastała w nim złość, że prawdopodobieństwo wszelkich pomyłek jest ogromne, zbyt duże, aby polegać na własnej intuicji, umiejętności dedukcji i logiczności. Mogła być guwernantką, ekspedientką w sklepie galanteryjnym i przyjezdną z prowincji czyjąś kuzynką.
Szedł za nią dalej, ogłuszony hałasem ruszających w podróż pociągów. Gdy doszła do wyjścia, nagły blask słońca ozłocił jej plecy i jej płaszcz wydał się szary, nie czarny. Odwróciła się. Teraz jej twarz miała zupełnie i