Страница 14 из 44
– Od czasu do czasu – mówiła Erna – dla równowagi, żeby utrzymać napięcie między tym, co jest jasne, a tym, co ciemne, należy się warn kara. Żyjecie jak zwierzęta, nie dbając o ducha. Jecie, pijecie, rozmnażacie się i umieracie. Marnujecie czas. Będziecie to w stanie zrozumieć dopiero stąd, gdzie ja jestem…
– A gdzie ty jesteś? – spytał Frommer.
– Moje ciało umarło, moja dusza jest w niebie, a ja jestem tutaj. Oddal od siebie pokusę zrozumienia wszystkiego i ujęcia na dodatek w martwe schematy. Powiem ci, że będzie trzęsienie ziemi, żeby wam pokazać, jak bardzo jesteście krusi.
– Kiedy i gdzie będzie to trzęsienie? – niepewnym głosem zapytała pani Eltzner.
– We Włoszech. Niebawem.
Erna umilkła, ale charakterystyczny wyraz jej twarzy nie mijał. Wyglądało to tak, jakby Koloman czekał jeszcze na coś. Artur porozumiał się wzrokiem z doktorem Löwe, a ten wstał i zmierzył Ernie puls. Dziewczynka nie poruszyła się, w żaden sposób nie pokazała, że to w ogóle zauważyła.
– Ona jest już zmęczona – powiedziała nagle o sobie głosem Kolomana. – Dajcie jej spokój.
Stojący wciąż przy medium doktor spojrzał wymownie na Frommera.
– Odejdź. Odejdźcie wszyscy, którzy przemawialiście przez to medium – powiedział Frommer z namaszczeniem i jak magik wykonał przed twarzą Erny kilka delikatnych ruchów. Erna natychmiast obudziła się. Otworzyła oczy i Artur zauważył, że nie było w nich absolutnie nic. Wyglądały, jakby były namalowane.
Ktoś zapalił lampę, zaszurały krzesła. Pani Eltzner podeszła do córki i pomogła jej wstać. Erna słaniała się na nogach, sukienka lepiła się jej do ciała od potu, choć w pokoju nie było gorąco. Matka narzuciła na jej ramiona swój wełniany szal. Przy drzwiach Erna oglądnęła się i spojrzała już zupełnie przytomnie wprost na Artura. Nie wiedział, co zrobić, i skinął jej głową, jakby się żegnał. Nie zareagowała i delikatnie popchnięta przez matkę wyszła.
Panowie dyskutowali teraz o seansie. Pani Schatzma
– Co pan o tym myśli, panie Schatzma
– Wie pan, trudno mi wypowiadać jakieś określone sądy bez badań. Jest to niewątpliwie interesujące zjawisko. Wyzwanie dla nauki.
– Zapewne słyszał pan o sły
– Chętnie skorzystam – powiedział Artur wesoło, choć Frommer budził jego niechęć. Miał wrażenie, że tamten go zaczepia, i postanowił nie dać się wciągnąć.
– Czy pan jest psychologiem? – zapytał go jeszcze Frommer.
– Niestety nie. Zajmuję się fizjologią mózgu.
– Ach, te wasze specjalności, specjalizacje… Pytam dlatego, że pewien sły
– Słyszałem. On właśnie dlatego, że był psychologiem, a nie, powiedzmy, fizjologiem, stosował określoną metodologię badań.
Frommer wydawał się zaciekawiony, ale podeszła do nich pani Eltzner i zaprosiła wszystkich na kolację.
– Ach nie, droga pani. Musimy już iść – powiedział Frommer. – Bardzo się cieszę, że pana poznałem, panie Schatzma
Frommer pomógł wstać siostrze. Przy drzwiach porozmawiali jeszcze z panią Eltzner. Artur słyszał, że mówili o następnym seansie.
Schatzma
Gdy jechali w trójkę dorożką, doktor wspomniał Arturowi o profesorze Voglu.
– Jesteśmy obydwaj laikami, Arturze. On jest specjalistą od takich spraw. Moglibyśmy z nim porozmawiać. Ja jako lekarz Erny, ty jako ktoś, kto mógłby zbadać jej fenomen.
– To dobry pomysł, doktorze. Czuję, że mam w głowie zamęt.
– Ach, mój Boże… – westchnęła pani Schatzma
Artur nie miewał kłopotów z zaśnięciem, ale tego wieczoru długo kręcił się w pościeli. Był podniecony. Wciąż miał przed oczami zanurzony w gęstniejącym mroku salon Eltznerów i bladą twarz Erny z otwartymi oczyma, które patrzyły w pustkę. Potem pojawiła się jej mokra od potu sukienka przyklejona do drobnych piersi i chuda postać Frommera. I pani Eltzner, teatralnie poważna, i jego matka z twarzą pełną nadziei. Artur pomyślał, że powinien to wszystko sobie zapisać, dowiedzieć się od matki i doktora czegoś więcej o samej Ernie. Studium przypadku histerycznej kilkunastolatki, która rozmawia z duchami, tak można by to roboczo zatytułować.
Zapalił lampkę przy łóżku i sięgnął po papier i ołówek. U góry napisał: “Seans I”. Zamknął na chwilę oczy i przypomniawszy sobie chwila po chwili, co się zdarzyło kilka godzin temu, zaczął pisać.
TERESA FROMMER
Zima przyszła nagle, wraz z pierwszym śniegiem. Była jak sztywna, nakrochmalona bielizna, którą wkładało się w niedzielny poranek. Czuło się na skórze jej szorstki dotyk, do którego w końcu ciało musiało się przyzwyczaić. Już w poniedziałek bielizna stawała się oswojona jak druga skóra. Dnie były sterylne, bez zapachów i kolorów. Dopiero wczesny zmierzch potrafił je ocieplić swoją szarością i zatarciem ostrych krawędzi.
W grudniu Frommer zaczął chodzić do Eltznerów częściej niż zwykle. Tłumaczył Teresie, że małej Eltznerównie trzeba pomóc unieść to, co dostała w darze; trzeba przede wszystkim nakreślić jej wizję świata w ten sposób, żeby znalazło się tam miejsce dla niej samej jako osoby wyjątkowej. Inaczej jej młody umysł może się załamać pod takim ciężarem. Teresa patrzyła na niego ze swojego fotela i milczała. Nie chciał już siedzieć w domu i porządkować swoich tabel, a nawet jeżeli już zostawał, to i tak myślami był daleko. Teresa czekała, aż jej brat wróci do siebie. Dwa, trzy razy w tygodniu zostawała na całe wieczory sama i tkwiła w fotelu odwróconym do okna, z którego widać było Odrę, mosty i kościół. Nie zapalała nawet światła. Mrok powoli wpływał do jej pokoju jak opiumowy dym i Teresa tonęła w nim, aż w końcu przychodziła matka. Siadała w bliźniaczym fotelu i wpatrywała się w kaleką córkę ze spokojem i aprobatą. Tak ją przynajmniej widziała Teresa. Czasem próbowała z nią rozmawiać. Nie, nie skarżyła się. Po prostu opowiadała jej, co się z nimi dzieje, z nią i Walterem, mówiła o ich życiu. Ale matka, jeżeli nawet słuchała, to jej odpowiedzi mijały się z pytaniami, jakby zostały wzięte z i