Страница 71 из 98
— Słucham?
— Jarlu Crachu an Craite. Pomoc, której potrzebuję, jest przeliczalna na walutę.
Zaczęło się nazajutrz, od świtu. W oddanych do dyspozycji Ye
Ye
Jakiś czas wszystko szło sprawnie, potem zaczęły się kłopoty.
— Przykro mi, mościa czarodziejko — wycedził seneszal Chithlaf. - Ale jeśli nie ma, to nie ma. Daliśmy wam wszystko, co mieliśmy. Cudów i czarów robić nie umiemy! A pozwolę sobie zauważyć, że to, co leży przed wami, to są diamenty o łącznej wartości…
— Co mi po ich łącznej wartości? — parsknęła. - Ja potrzebuję jednego, ale odpowiednio dużego. Jak dużego, mistrzu?
Szlifierz kamieni jeszcze raz popatrzył na rysunek.
- Żeby wykonać taki szlif i takie fasetki? Minimum trzydzieści karatów.
— Takiego kamienia — stwierdził kategorycznie Guthlaf — nie ma na całym Skellige.
— Nieprawda — zaprzeczył jubiler. - Jest.
— Jak ty sobie to wyobrażasz, Ye
— Którą można potraktować odmownie?
— Tak jest. Ale spróbować nie zawadzi. Czym ryzykujemy? Płyńmy we dwoje na Hindarsfjall, przedstawmy tę suplikę. Ja dam kapłankom do zrozumienia, co należy. A potem już wszystko w twoich rękach. Negocjuj. Przedstaw argumenty. Próbuj przekupstwa. Drażnij ambicje. Odwołaj się do wyższych racji. Rozpaczaj, płacz, spazmuj, bierz na litość… Do wszystkich morskich diabłów, mam cię uczyć, Ye
— To wszystko na nic, Grach. Czarodziejka nigdy nie dogada się z kapłankami. Zbyt ostre są pewne podziały… światopoglądowe. A w kwestii, by pozwolić czarodziejce użyć "świętego" reliktu czy artefaktu… Nie, zapomnieć trzeba o tym. Nie ma szans…
— Do czego ci właściwie ten brylant?
— Do budowy «okna». To znaczy, telekomunikacyjnego megaskopu. Muszę porozumieć się z kilkoma osobami.
— Magicznie? Na odległość?
— Gdyby wystarczyło wejść na szczyt Kaer Trolde i głośno wołać, nie zawracałabym ci głowy.
Darły się krążące nad wodą mewy i petrele. Przeraźliwie piszczały gnieżdżące się na stromych skałach i rafach Hindarsfjall czerwonodziobe ostrygojady, chrapliwie skrzeczały i gęgały żółtogłowe głuptaki. Czarne czubate morskie kormorany obserwowały przepływający barkas uważnym spojrzeniem swych zielono połyskujących oczu.
— Ta duża zwieszona nad wodą skała — wskazał oparty o reling Crach an Craite — to Kaer Hemdall, Czatownia Hemdalla. Hemdall to nasz mityczny bohater. Legenda mówi, że gdy nadejdzie Tedd Deireadh, Czas Końca, Czas Białego Mrozu i Wilczej Zamieci, Hemdall stawi czoło złym mocom z krainy Morhogg, upiorom, demonom i widmom Chaosu. Stanie na Tęczowym Moście i zadmie w róg, na znak, że czas chwytać za broń i stawać w ordynku. Do Ragh nar Roog, Ostatniej Bitwy, która zadecyduje, czy zapadnie noc, czy nastanie świt.
Barkas zwi
— Ta mniejsza skała to Kambi — wyjaśnił jarl. - W naszych mitach imię Kambi nosi czarodziejski złoty kogut, który swym pianiem ostrzeże Hemdalla, że nadpływa Naglfar, piekielny drakkar wiozący armię Ciemności: demony i upiory z Morhoggu. Naglfar zbudowany jest z trupich paznokci. Nie uwierzysz, Ye
— Uwierzę. Znam siłę legend.
Fiord zasłonił ich nieco od wiatru, żagiel załopotał.
— Dmijcie w róg — rozkazał załodze Crach. - Przybijamy do brzegu, trzeba dać znać świątobliwym paniom, że przybywamy w gości.
Położony na szczycie długich kamie
— Oto i świątynia — potwierdzi! Grach. - Gaj, który ją otacza, zwie się Hindar i też jest miejscem kultu. To stąd bierze się świętą jemiole, a na Skellige, jak wiesz, jemiołą przybiera się i dekoruje wszystko, od kołyski noworodka po mogiłę… Uważaj, schody są śliskie… Religia, he, he, mocno obrasta mchem… Pozwól, wezmę cię pod ramię… Wciąż ten sam rodzaj perfum… Ye
— Crach. Proszę cię. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
— Wybacz. Chodźmy.
Przed świątynią czekało kilka młodych i milczących kapłanek. Jarl pozdrowił je uprzejmie, wyraził chęć rozmowy z ich przełożoną, którą nazywał Modron Sigrdrifą.
Weszli do środka, do wnętrza rozświetlanego słupami światła bijącymi z wysoko umieszczonych witraży. Jeden z takich słupów oświetlał ołtarz.
— Do stu morskich diabłów — mruknął Crach an Craite. - Zapomniałem, jaki on jest wielki, ten Brisingamen. Nie byłem tu od dziecka… Za to można by chyba kupić wszystkie stocznie z Cidaris. Razem z pracownikami i roczną produkcją.
Jarl przesadzał. Ale nie bardzo.
Nad skromnym marmurowym ołtarzem, nad figurkami kotów i sokołów, nad kamie
Na oko jakieś sto pięćdziesiąt karatów.
— Jego nawet nie trzeba by było ciąć — szepnęła Ye
— To znaczy, że mamy szczęście.
— Wątpię. Za chwilę zjawią się kapłanki, a ja, jako bezbożnica, zostanę zelżona i wyrzucona stąd na zbity pysk.
— Przesadzasz?
— Ani trochę.
— Witam, jarlu, w świątyni Matki. Witam i ciebie, szanowna Ye
Crach an Craite skłonił się.
— Bądź pozdrowiona, czcigodna matko Sigrdrifo. Kapłanka była wysoka, prawie tak wysoka jak Crach — a to oznaczało, że Ye
Gdzieś ją już widziałam, pomyślała Ye
— Na schodach Kaer Trolde, prowadzących do portu — przypomniała z uśmiechem kapłanka. - Gdy drakkary wypływały z sundu. Stałam nad tobą, gdy niosłaś pomoc zaczynającej już ronić brzemie
Ye
— Stoisz przed ołtarzem Matki, Ye
— Czcigodna, ja… Chciałam cię uniżenie prosić…
— Nic nie mów. Jarlu, z pewnością masz wiele zajęć. Zostaw nas same, tu, na Hindarsfjall. My zdołamy się porozumieć. My jesteśmy kobietami. Nieważne, czym się trudnimy, kim jesteśmy: zawsze służymy tej, która jest Dziewicą, Matką i Staruchą. Uklęknij przy mnie, Ye