Страница 70 из 98
— Nie jestem wi
— Dowody na to przedstawisz sędziom. Ja cię sądzić nie będę.
— Tyś mnie nie tylko już osądził. Tyś nawet wydał wyrok.
— Dość gadania! Powiedziałem, jutro o świcie pożeglujesz w kajdanach do Novigradu, przed królewski sąd. Po sprawiedliwą karę. A teraz daj mi słowo, że nie będziesz próbowała używać magii.
— A jeśli nie dam?
— Marquard, nasz czarodziej, zginął na Thanedd, nie mamy tu teraz magika, który mógłby wziąć cię pod kontrolę. Ale wiedz, że będziesz pod bezusta
— Jasne — kiwnęła głową. - Daję więc słowo.
— Doskonale. Dziękuję. Żegnaj, Ye
— Crach.
Odwrócił się na pięcie.
— Słucham.
— Nie mam najmniejszego zamiaru wsiadać na statek płynący do Novigradu. Nie mam czasu, by udowadniać Dijkstrze, że jestem niewi
Patrzył na nią długo.
— Nie popłyniesz — powtórzył. - Cóż takiego pozwala ci tak mniemać? Czyżby to, że niegdyś łączyły nas miłosne uniesienia? Nie licz na to, Ye
— Wiem i nie liczę. Nie popłynę do Novigradu, jarlu, dlatego, że mi pilno wyruszyć na pomoc osobie, której poprzysięgłam, że nigdy nie zostawię jej samej i bez pomocy. A ty, Crachu an Craite, jarlu Skellige, dopomożesz mi w moim przedsięwzięciu. Bo i ty złożyłeś podobną przysięgę. Dziesięć lat temu. Dokładnie tu, gdzie stoimy, na tym nabrzeżu. Tej samej osobie. Ciri, wnuczce Calanthe. Lwiątku z Cintry. Ja, Ye
— Naprawdę? - jeszcze raz upewnił się Crach an Craite. - Nawet nie skosztujesz? Żadnego z tych przysmaków?
— Naprawdę.
Jarl nie nalegał, sam zdjął z półmiska homara, położył go na desce i rozłupał wzdłuż potężnym, acz precyzyjnie celnym uderzeniem tasaka. Pokropiwszy obficie cytryną i sosem czosnkowym, zaczął wyjadać mięso ze skorupy. Palcami.
Ye
Wszystko, co choćby ulotnie pachniało morzem, kojarzyło się jej z Fringillą Vigo i Filippą Ellhart, z wariacko ryzykowną teleportacją, upadkiem w fale, łykaną morską wodą, zarzuconą na nią siecią — do której, nawiasem mówiąc, przyczepione były glony i algi wypisz wymaluj takie, jak te na półmisku. Glony i algi, miażdżone na jej głowie i ramionach paraliżująco bolesnymi uderzeniami sosnowego wiosła.
— Tak więc — wznowił konwersację Crach, wysysając mięso z przełamywanych między stawami odnóży homara — postanowiłem dać ci wiarę, Ye
— Dziękuję. Ale wyzbądź się, proszę, tego patetycznego tonu. Powtarzam: nie brałam udziału w spisku na Thanedd. Uwierz mi.
— Czy aż tak ważne jest — żachnął się — w co ja uwierzę? Należałoby zacząć raczej od królów, od Dijkstry, którego agenci tropią cię wzdłuż i wszerz świata. Od Filippy Eilhart i wiernych królom czarodziejów. Przed którymi, jak sama wyznałaś, zbiegłaś tu, na Skellige. To im należało przedstawić dowody…
— Nie mam dowodów — przerwała, ze złością dziobiąc widelcem brukselkę, którą urażony kucharz przyrządził do baraniego kotleta. - A gdybym miała, nie pozwolono by mi ich przedstawić. Nie mogę ci tego wyjaśnić, obowiązuje mnie nakaz milczenia. Uwierz mi jednak na słowo, Crach. Proszę cię.
— Powiedziałem…
— Powiedziałeś — przerwała. - Zadeklarowałeś pomoc. Dziękuję. Ale wciąż nie wierzysz w moją niewi
Crach odrzucił wyssane skorupy homara, podsunął sobie miskę muli. Grzebał, grzechocząc, wybierał co większe.
— Zgoda — powiedział wreszcie, wycierając ręce w obrus. - Wierzę. Bo chcę wierzyć. Ale azylu i schronienia ci nie udzielę. Nie mogę. Ty możesz jednak opuścić Skellige kiedy zechcesz i udać się dokąd zechcesz. Sugerowałbym pośpiech. Przybyłaś tu, że się tak wyrażę, na skrzydłach magii. I
— Ja nie szukam azylu ani bezpiecznej kryjówki, jarlu. Ja muszę iść na ratunek Ciri.
— Ciri — powtórzy}, zamyślony. - Lwiątko… Dziwne to było dziecko.
— Było?
— Och — żachnął się znowu. - Źle się wyraziłem. Było, bo już nie jest dzieckiem. To miałem na myśli. Tylko to. Cirilla, Lwiątko z Cintry… Spędzała na Skellige lata i zimy. Nieraz narozrabiała, że ho-ho! Diablątko to było, nie Lwiątko… Psiakrew, już drugi raz powiedziałem "było"… Ye
— Nie ma jej w Nilfgaardzie.
— Drudzy mówią, że dziewczyna nie żyje. Ye
— Ale tej drugiej plotce — powiedział twardo jarl — zaprzeczę ja. Ciri żyje. Jestem tego pewien. Nie było żadnych znaków… Ona żyje!
Ye
— Ye
— Powtarzam, Ciri nie ma w Nilfgaardzie. Co zamierza mój, jak to zechciałeś określić, Wiedźmin, nie wiem. Ale on… Crach, nie jest tajemnicą, że ja go… darzę sympatią. Ale wiem, że on Ciri nie uratuje, nie osiągnie niczego. Ja go znam. On zaplącze się, zagubi, zacznie filozofować i użalać się nad sobą. Potem wyładuje gniew, rąbiąc mieczem co i kogo popadło. Potem, w ramach ekspiacji, dokona jakiegoś szlachetnego, acz bezsensownego wyczynu. W końcu zaś pewnie zostanie zabity, głupio, bezsensownie, zapewne ciosem w plecy…
— Mówią — wtrącił prędko Crach, przestraszony złowrogo zmieniającym się, dziwnie dygoczącym głosem czarodziejki. - Mówią, że Ciri jest mu przeznaczona. Sam widziałem, wtedy, w Cintrze, podczas zaręczyn Pavetty…
— Przeznaczenie — przerwała ostro Ye
Jarl uniósł brwi, ale nic nie powiedział.
— Będę działać — powtórzyła czarodziejka. - Już obmyśliłam plan. A ty, Crach, dopomożesz mi w tym, zgodnie z przysięgą, którą złożyłeś.
— Jestem gotów — oświadczył twardo. - Na wszystko. Drakkary stoją w porcie. Rozkazuj, Ye
Nie wytrzymała, by nie parsknąć śmiechem.
— Zawsze taki sam. Nie, Crach, żadnych dowodów męstwa i męskości. Nie trzeba będzie płynąć do Nilfgaardu i walić toporem we wrzeciądze Miasta o Złotych Wieżach. Potrzebna mi pomoc mniej spektakularna. Ale bardziej konkretna… Jak tam u ciebie ze stanem skarbca?