Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 13 из 15

SZELMOSTWA LISA WITALISA

I

Znano różne w świecie lisy:Był więc lis Ancymon Łysy;Pospolity lisek rudy,Pełen sprytu i obłudy;Lis niebieski – wielka sknera;Zezowaty lis – przechera;Czarny lisek ogoniasty;Lis Patrycy Jedenasty;Srebrny lis niezwykle szczwany;Lis Mikita spod Oszmiany;Lis Telesfor farbowany,Niebezpieczny i zawzięty;Lis Wincenty, lis Walenty,Lecz nie było w świecie lisaPonad lisa Witalisa.Miał Witalis taki ogon,Że nie było wprost nikogo,Kto nie stanąłby zdumiony:Taki ogon nad ogony!I falisty, i puszysty,I niezwykle zamaszysty,I ruchliwy na kształt kity –Niezrównany, znakomity!Gdy Witalis kroczył drogą,Wpierw widziano jego ogon,Co jak ruda chmura zwisa,A dopiero potem – lisa.Gdy się lis pogrążył we śnie,Dziesięć ptaków jednocześnieW tym ogonie wiło gniazda,Niosło jajka, potem – jazda!Lis się budził niespodzianieI – jadł ptaszki na śniadanie.Gdy Witalis przed wieczoremKucnął sobie nad jezioremI potrząsnął swym ogonem,Wszystkie rybki, zachwycone,Wypływały bardzo prędkoZa ogonem jak za wędką:Lis je w sosie wyśmienitymJadł na obiad z apetytem.Był Witalis maści rudej,Niezbyt gruby, niezbyt chudy,Miał na prawym oku bielmoI był szelmą. Strasznym szelmą!Miał rozumu za dziesięciu,Toteż w każdym przedsięwzięciuWprawiał w podziw swoim sprytem,Wyrobieniem znakomitym,Orientacją doskonałąI dowcipem, jakich mało!A miał w sobie tyle dumy,Jakby wszystkie zjadł rozumy.

II

Jest na wschodzie miasto Łomża.Gdy na wschód się dalej zdąża,Las wyrasta na bezkresie,Ciemny wąwóz jest w tym lesie,W tym wąwozie lis miał jamę,A w tej jamie – dziwy same.Więc lusterko posrebrzane,Które z tego było znane,Że gdy czyhał ktoś na lisa,Powstawała na nim rysa.Prócz lusterka miał pudełko,Dokąd zajrzeć mógł przez szkiełko,By ustalić w sposób łatwy,Gdzie zimują kuropatwyLub na skraju jakiej łączkiZabawiają się zajączki.Miał prócz tego srebrną misęZ ozdobami i napisem:"Misa lisa Witalisa."Zawsze pełna była misaI nic z niej nie ubywało,Choć Witalis jadł niemało.Miał ponadto złoty grzebień,Bowiem bardzo dbał o siebie,I grzebieniem tym stara

ieCzesał ogon nieusta

ie:Rozczesywał raz i wtóryZ góry na dół i do góry,I raz jeszcze, i na nowoRozczesywał – daję słowo!Był Witalis rodem z Polski,Lecz kapelusz miał tyrolski,W którym było mu do twarzy,Choć wyglądał nieco starzej.

III

Raz posłyszał, że niedźwiedzieSą w tym roku w wielkiej biedzie,Więc nie tracąc chwili czasu,Żwawo udał się do lasu.Przyszedł grzeczny, miły, gładki:– Cóż, robaczki? Cóż, niedźwiadki?Krucho z wami? Chodzą gadki,Że bezmięsne już obiadkiJeść musicie! Ziółka, kwiatki,Trawki, listki i sałatki!Chodzą gadki, że za miedząDwa zajączki małe siedzą,Które was za chwilę zjedzą!Wstyd mi za was! Gdy posucha,Niedźwiedź tylko w łapy dmucha.Gdzie popatrzeć – chuderlaki!Przykry mi jest widok taki!Fe! Doprawdy, nie wypada,Lepiej, gdy potrzebna rada,Przyjść po radę do sąsiada.Zawstydziły się niedźwiedzie:– Źle się nam ostatnio wiedzie,Poradź, poradź nam, sąsiedzie,Powiedz, lisie Witalisie,Jakie jest twe widzimisię?Lis przyczesał sobie ogonI powiedział z miną srogą:– Chodźcie ze mną! Znam zagrodę,W której są prosięta młode.Jest was pięciu i dla pięciuBędzie dzisiaj po prosięciu!Ucieszyły się niedźwiedzie:– Prowadź, prowadź nas, sąsiedzie!Poszli razem leśną drogą.Sam Witalis, prężąc ogon,Uroczyście szedł na przedzie.A za lisem w ślad – niedźwiedzie:Cztery stare, jeden młody.Poszli nocą do zagrody,Lis obejrzał parkan, chatkęI pociągnął za kołatkę.– Któż to straszy dzieci nocą?Kto przychodzi tu i po co?– To Witalis – lis odrzecze. –Proszę, otwórz mi, człowiecze,Z chlewu zabrać chcę prosiaki,Bo mam dziś apetyt taki.Po tych słowach lis dał nurka,A tymczasem od podwórkaPsów zjawiła się gromada.Każdy szczeka i ujada,Każdy groźnie zęby szczerzy,Każdy gryzie, gdzie należy,Aż niedźwiedzie, pełne trwogi,Powiedziały sobie: – W nogi!Ratuj, lisie Witalisie!Ale psom aż w ślepiach skrzy sięI popadły w ferwor taki,Że fruwały tylko kłaki.Lis tymczasem, sunąc boczkiem,Wbiegł przez furtkę drobnym kroczkiem,Po szelmowsku mrugnął oczkiem,Wszedł ostrożnie od kurnika,Porwał kaczkę, gęś, indyka,Trzy kurczaki i perliczkę,Związał wszystko to rzemyczkiemI, nie tracąc chwili czasu,Pobiegł z łupem swym do lasu.A niedźwiedzie, nieszczęśliwe,Pogryzione, na wpół żywe,Kulejące, głodne, chore,Odszukały lisią norę.– Przydybaliśmy cię, rybko!Dosyć żartów! Wyłaź szybko,Wyłaź, lisie Witalisie!Lis Witalis już – po rysieNa lusterku – poznał snadnie,Że nań gniew niedźwiedzi spadnie.Widząc, że mu coś zagraża,Lis ukazał się w bandażach,W plastrach, szmatach i gałganach:– Spójrzcie, cały jestem w ranach!Ogon strasznie mam zwichnięty,Pokąsane wszystkie pięty:Narażałem własne życie,By was bronić należycie.Wojna była nie na żarty,Psy walczyły jak lamparty,W sposób groźny i zażarty.Lecz wyjawić mogę skromnie,Że daleko im jest do mnie:Gdym wyskoczył zza chałupy,Padły pierwsze cztery trupy,Jeden pies już po minucieW przerażeniu wielkim uciekł,Drugi chciał go wziąć w obronę,Więc zabiłem go ogonem.Cztery dalsze, poranione,Położyły się pod płotemI skonały wkrótce potem,A jedynie niedobitkiWas napadły w sposób brzydki.Cóż, dostaliście po skórze.A dlaczego? Boście tchórze!Zawstydziło to niedźwiedzi,Brak im było odpowiedzi,Więc nie żaląc się nikomuPoszły głodne spać do domu.– Żegnaj, lisie Witalisie!Spać lisowi ani śni się!Do swej jamy szybko wrócił,Zdjął bandaże, plastry zrzucił,Zerknął w lustro z miną błogąI przyczesał sobie ogon.Potem przyniósł chrustu wiązkę,Żeby upiec sobie gąskę.Gąska taka była wściekła,Że na ogniu raka spiekła,Lecz z natury była miła,Więc się pięknie zrumieniłaI Witalis porcję tłustąZjadł z jabłkami i kapustą.