Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 15 из 15

*Upływały dni, tygodnie…Lis Witalis żył wygodnie,Łupił wszystkich, jak się dało,I korzyści miał niemało.Przed siedzibą jego zawszeDwa niedźwiedzie co najżwawszeStały sprawnie i wzorowoPełniąc wartę honorową.Stały też jelenie cztery,By go wozić na spacery.A wiewiórki przez dzień całyPrzy ogonie się krzątałyI chuchały, i dmuchały,I bez przerwy go czesały.Nikt spokoju nie miał w lesie:Ten usłuży, tamten poda,Ten przyniesie, ten odniesie,Nawet borsuk – wojewoda,Choć to bardzo dumna sztuka,Był u lisa za hajduka,Więc złościło to borsuka.Jadł Witalis za dwudziestuI zwierzęta bez protestuNapychały mu spiżarnię,Chociaż same jadły marnie.Nigdy nie chciał z nikim gadaćAni nawet odpowiadaćNa pytania, na podaniaI nie dawał posłuchania.Siedział dumny niczym basza,Jadł i mówił: – Sprawa waszaDobrze dbać o mój żołądek.Taki musi być porządek!Jam prezydent, czyli władza,A jak komu nie dogadza,Niech zabiera się i zmiata,Jeśli nie chce wąchać bata!Gdy już wreszcie lisi nierządKlęską spadł na życie zwierząt,Wilk cichaczem, bez hałasu,Zwołał wielki wiec do lasuI gdy wszyscy się zebrali,Rzekł: – Nie może być tak dalej!

VI

Czeka wszystkich nas zagładaI jest na to jedna rada:Złapmy lisa lub zastrzelmy –Dość już rządów tego szelmy,Tego lisa Witalisa,Który soki z nas wysysa!Padły słowa: – Racja! Brawo!– Lis Witalis gwałci prawo!– Zniszczył wszystkich nas ze szczętem!– Precz! Precz z takim prezydentem!I uchwalił wiec zwierzęcy,Że nie ścierpi tego więcej,Że lis broił co niemiara,Więc go musi spotkać kara.Lis tymczasem do lusterkaNiespokojnym okiem zerka;Nagle widzi – co to? Rysa!Strach obleciał Witalisa.A tu rysa rośnie, rośnie,Załamuje się ukośnieI lusterko całe łamie.A Witalis siedząc w jamieZimny pot ociera z czoła.– Sprawa jednak niewesoła!machnął raz czy dwa ogonem,Po czym smutnie rzekł: – Skończone!Co użyłem, to użyłem,Dobrze jadłem, dobrze piłem,Za to teraz czas mi w drogę.Trudno. Zostać tu nie mogę!Zapakował parę waliz.I chciał umknąć lis Witalis.Zatrzymały go niedźwiedzie:– Po co śpieszyć się, sąsiedzie?Nie tak prędko, jeszcze chwilka,Wstąpić musisz wpierw do wilka,Wilk ma spraw do ciebie kilka.– Wilk zaprasza? Rzecz ciekawa!– Wilk cię wzywa w imię prawa!– Ani myślę. Nie chce mi się!– Mamy rozkaz Witalisie,Lepiej się nie stawiaj hardo,Bo dostaniesz halabardą.Tu lisowi ścierpła skóra.Widząc, że już nic nie wskóra,Ciężko westchnął, spuścił ogonI potulnie ruszył drogą.Wilk nań czekał w cieniu buka:Z prawej strony miał borsuka,Z lewej dzika. Nieco dalejDelegaci zwierząt stali.Lis zatrzymał się w pół drogi,Ale wilk, ogromnie srogi,Ryknął: – Bliżej! Ruszaj mi się!Kara cię nie minie, lisie!Brać go!Wzięły go dwa rysie,Ten za nogi, ów za głowę;Wilk zawołał więc: – Gotowe!Wtedy wyszły dwie łasiczki;Miała każda z nich nożyczki.Pochwyciły ogon lisa,Co jak ruda chmura zwisał,I do pracy się zabrały:Cięły, strzygły, przystrzygały,Odrzucały rude pęki,Podcinały puszek miękkiSzybko, zwi

ie, lecz ostrożnie.A lis wił się jak na rożnie,Jęczał, szlochał, zrozpaczony:– Taki ogon nad ogonyOstrzyc… zniszczyć! O zbrodniarze!Jakżeż teraz się pokażę?Jak pokażę się z ogonemTak nikczemnie ostrzyżonym?!Rzeczywiście. Ogon lisaZwisał jak pałeczka łysa,A wiatr rudy puch rozwiewałI unosił ponad drzewa.Wypuściły lisa rysie,A wilk ryknął: – Wynoś mi się,Zmiataj, lisie Witalisie!Lis uciekał, gdzie pieprz rośnie.Raz zatrzymał się przy sośnieI usłyszał zawstydzony,Jak się z niego śmiały wrony,Kuny, susły, nawet jeże –Każdy ptak i każde zwierzę:– Taki ogon zamiast tyczkiMógłby być dla ogrodniczki!– Toż to sęk, nie żaden ogon!– Śmieszny widok, swoją drogą!– To ci ogon nad ogony!…Lis Witalis, ośmieszony,Wyszydzony, uciekł z lasuI już nikt od tego czasuNie oglądał Witalisa –Nawet ja, com go opisał.

Понравилась книга?

Поделитесь впечатлением

Скачать книгу в формате:

Поделиться: