Страница 14 из 15
IV
W czas zimowej chłodnej poryWyszedł lis ze swojej nory:– Do mnie, wszystkie głodomory,Do mnie, z lasów, z kniei, z chaszczy!Mam ja coś dla każdej paszczy!Kto nie dojadł, ten się naje!Znam zwierzęce obyczaje,Znam zwierzęce apetytyI mam pomysł znakomity,Żeby każdy z was był syty.Zewsząd zbiegły się zwierzęta,Bo dla zwierząt to przynęta,Pokąd iskra życia tli się.– Gadaj, lisie Witalisie,Przybywamy całą zgrają,Bo nam kiszki marsza grają.Opowiadaj, lisie, ściśleO niezwykłym swym pomyśle!Lis tych słów uważnie słuchał,Po czym rzekł zdejmując z uchaSwój kapelusz zawadiacki:– Umiem piec ze śniegu placki.Mam do tego obok, w lasku,Piec własnego wynalazku.Kto dostarczy kupę śnieguI dorzuci mi do tegoPołeć sadła lub słoniny,Ten w niespełna pół godzinyProsto z pieca na śniadaniePlacków tłustych niesłychaniePełny taki wór dostanie.Mówiąc to potrząsnął worem,Że aż z wora nad otworemBuchnął, mile łechcąc w chrapach,Pieczonego ciasta zapach.Zaś Witalis prawił dalej:– Mnie bynajmniej się nie pali,Takie placki stale jadam,Ale sobie trud ten zadam,By wyżywić was do wiosny,Bo wasz wygląd jest żałosny.Co za placki! Szkoda gadać!Mógłbym tydzień opowiadaćO ich cudnym aromacie,O ich smaku! Otóż macie.Z tymi słowy wyjął z woraPlacków tuzin czy półtoraI sam zjadł je z apetytem,Pomlaskując sobie przy tym.Po szelmowskim tym popisiePadły głosy: – Witalisie,Co się zjadło, to przepadło,Dostarczymy śnieg i sadło,Uczta będzie wyśmienita,Chcemy najeść się do syta,Chcemy placki mieć – i kwita!Lis przyczesał sobie ogon:– Placki jutro być już mogą.Więc nazajutrz bardzo wcześnie,Gdy las tonął jeszcze we śnie,Tłumy zwierząt szły w szeregu,Wlokąc całe góry śniegu,A do tego jeszcze sadło –Tyle, ile go przypadło.Lis już stał przed swoją norą.Spojrzał: owszem, sadła sporo!Pełen werwy i ochotyWziął się zaraz do roboty,Zdjął kapelusz, duchem skoczył,Z pięćset śnieżnych kul utoczył,Każdą spłaszczył szybkim ruchem,Tak jak robi się z racuchem,Schwycił sadło i rzetelnieWysmarował nim patelnię;I choć jest to rzecz kobieca,Placki wkładać jął do pieca.Z pieca wnet buchnęła para,A Witalis już się stara,Już dorzuca nowe placki,Taki z niego kucharz chwacki.Przyglądają się zwierzęta,Pilnie chodzą mu po piętach,Wprost doczekać się nie mogą!A Witalis pręży ogon,Zda się, wącha cudny zapach,Aż zwierzętom kręci w chrapach,Aż zwierzętom skręca kiszki.A Witalis zbiera szyszkiI do ognia je dorzuca,Krąży, krząta się, przykuca.– Sadła jeszcze! Sadła! Prędzej!No, bo placki wam uwędzę!Po upływie pól godziny,Niewyraźne strojąc miny,Z pieca wyjął lis patelnięI do zwierząt rzekł bezczelnie:– A to dziwna jest przygoda!proszę, spójrzcie, sama woda!Z takim śniegiem trudu szkoda:Rozpuszczony, mokry, sypki –Mogłyby w nim pływać rybki!A mówiłem, że to nie to!Śnieg powinien być jak beton –Zamarznięty i w kawałkach.Taki właśnie jest w Suwałkach,W Augustowie, w Ostrołęce…A to co! Umywam ręce!Poszło całe wasze sadło,Tyle pracy mej przepadło!Nie nabiorę się powtórnie,Mam was dosyć, boście durnie!Zawstydziły się zwierzęta.Racja! Nikt z nich nie pamiętał,Że przed samym świtem jeszczePadał śnieg zmieszany z deszczem.A śnieg z deszczem jest wodnisty –Fakt dla wszystkich oczywisty.Na nic całe przedsięwzięcie!Lis wykręcił się na pięcie,Spuścił ogon na znak smutkuI do nory powolutkuPoszedł, by się zamknąć w norze,Bo był w bardzo złym humorze.Lecz gdy już odeszli goście,Wtedy z pieca jak najprościejWyjął sadło, włożył w garnki,Garnki schował do spiżarki,Po czym, dumny z tego zysku,Krzyknął: – Brawo, Witalisku!V
Jak co rok w Zielone ŚwiętaZgromadziły się zwierzętaDla obioru prezydenta.Jest to taka ważna sprawa,Że zwierzęce wszystkie prawaDzień ten czynią dniem przymierza:Zwierz na zwierza nie uderza,Gęś jest pewna swego pierza,Pies nie czai się na jeża,Owca może wyjść ze stada –Nikt nikogo nie napada.Kot nie drapie, wilk nie zjada,Nawet zając, choć ma pietra,Z odległości kilometraObserwuje te wybory,Nawet mysz wychodzi z nory,Nawet tchórz ze strachu choryNa wybory śpieszy żwawo,Bo mu wolno. Bo ma prawo.Lis Witalis, wielki szelma,Łypie białkiem swego bielma,Pręży ogon znakomity,Zwisający na kształt kity,I w tyrolskim kapeluszuKrąży pełen animuszu.Tu do wilka się przymiliI coś szepnie, tam po chwiliDo niedźwiedzia chyłkiem sunie,Jakieś słówko rzuci kunie,Chytrze mrugnie do jelenia,Jeża muśnie od niechcenia,Mysz ogonem połaskocze,Mimochodem, Bóg wie o czym,Porozmawia chwilkę z rysiem.– Świetnie, lisie Witalisie!Wszyscy myślą: "A to szelma!Jakiś w tym, widocznie, cel ma"Już najstarszy wilk buławąMachnął w lewo, machnął w prawo;Takie jest zwierzęce prawo.Już wybory rozpoczęta –Któż zostanie prezydentem?Lis spryciarzem był bezsprzecznie,Więc o głos poprosił grzecznie,Wszedł na pień i w słowach kilkuTak powiedział:– Zacny wilku,I wy, wszyscy tu zebrani,Tak przeze mnie szanowani,Albo mówiąc wprost – zwierzęta!Macie wybrać prezydenta.Czyż jest ktoś, kto nie pamiętaZasług lisa Witalisa?W pięciu tomach ich nie spisać!Otóż ja przed wielu laty,Gdym był młody i bogaty,W ciągu jednej tylko wiosnyZasadziłem tutaj sosny,Buki, dęby – niemal wszystko,By zwierzętom dać schronisko!Dla was szereg lat z zapałemDrób w kurnikach hodowałem,Dla was w chlewach tuczę wieprze,Byście mieli życie lepsze.Jestem waszym dobrodziejem,A sam nie śpię, a sam nie jem,Tylko myślę dniem i nocą,Jak zwierzętom przyjść z pomocą…Mruknął niedźwiedź do sąsiada:– Co tu gadać – dobrze gada!Szepnął borsuk: – Jaka swada,Jaka dykcja i wymowa,To przynajmniej tęga głowa!A tymczasem lis po chwiliCiągnął dalej: – Moi mili,Nie namawiam, ale radzę:Jeśli dziś otrzymam władzę,Daję słowo, że zasadzęW ciągu pięciu dni na piaskuDrzewa mego wynalazku.Już nie szyszki, nie żołędzie,Ale rosnąć na nich będzieSchab wędzony i pieczony,Boczki, szynki, salcesony,Mortadela i serdelki,Mięs przeróżnych wybór wielki,Nawet prosię w galarecie,Jeśli tylko zapragniecie.Wszystkim oczy aż zabłysły:– Lis niezgorsze ma pomysły,Niech zostanie prezydentem!– Czy przyjęte? – Tak! Przyjęte!Niedźwiedź objął go za szyjęI zawołał: – Niech nam żyje!– Żyj nam, lisie Witalisie! –Powtórzyły za nim rysie,Kuny, tchórze i jelenieOraz całe zgromadzenie.Po wyborach zgodnie z prawemLis od wilka wziął buławęI do domu cztery kozłyZ wielką pompą go zawiozły.Kiedy jechał leśną drogą,Wpierw widziano jego ogon,Co jak ruda chmura zwisa,A dopiero potem – lisa.Już nazajutrz na polanieZaczął lis urzędowanie.Kazał podać sobie korę,Wziął do garści pióro sporeI ustawę za ustawąJął wydawać z wielką wprawą:– Zarządzamy, by zwierzętaDo użytku prezydentaOddawały, prócz okupu,Czwartą część swojego łupu.Żeby każdy ptak od majaAż do maja wszystkie jajaNiósł dla lisa Witalisa,Który żółtka z nich wysysa.Żeby kury i kurczętaSame szły do prezydentaI prosiły, by na rożnieRaczył upiec je ostrożnie.Nie pamiętam już, niestety,Jakie prawa i dekretyWydał jeszcze lis ponadto,Lecz zwierzęcy cały świat to,Pełen lęku i poddania,Wykonywał bez szemrania.