Страница 7 из 78
– No dobra. A ten numer sprawy? SWW ileśtam. Skąd znasz?
– Tak jak mówiłeś: Pieczyska, Bydgoszcz, „Pyskówka”, rozpierducha, wczesne lata siedemdziesiąte. Pensjonat „Poruda” spłonął z powodu wybuchu butli z gazem. Pierwsze zgłosiło się Bydgoskie Pogotowie Gazowe. Tak napisali w aktach. Problem w tym, że nie ma tam firmy o takiej nazwie, i nigdy nie było. Prawdziwe pogotowie gazowe nazywa się inaczej. Ale najśmieszniejsza jest jedna rzecz…
– Jaka?
– Słuchaj, zginęło kilkanaście osób, spalił się ogromny kawał sosnowego lasu. A wiesz, ile wozów strażackich wezwali do akcji?
– Ile?
– Jeden.
– O kurwa!
– No.
– Ja cię…
– Niezłe, co?
Ania upiła łyk wina.
– Ale powiem ci lepsze. Kilkanaście ofiar, a ile wezwali karetek pogotowia?
– No ile?
– Zero!
Hofman wypił swoje wino. Odstawił kieliszek na biurko.
– No to mamy ich.
– Kogo?
– Pana Felicjana Matysika i tego drugiego, który też tam był.
– Gdzie był? Jezus!
– W Pieczyskach. Oni tam zabijali ludzi.
– Tak jak tych pilotów? Jezus… – zawahała się. – A skąd ty to możesz wiedzieć?
– Byłem tam.
– Nie piernicz. Wtedy miałeś może jakieś sześć, siedem lat!
– „Prawie pięć” – uśmiechnął się do niej słodko.
– Co ty pieprzysz?! Jak zabijali ludzi… Zaraz – otrząsnęła się. – Zaraz. Jaki drugi facet? Przecież zgarnęliśmy tylko jednego.
Hofman sięgnął po metalowe pudełko, opakowanie do taśmy filmowej. Tak jak przypuszczał, operator podpisał się na przyklejonym do wieczka papierze.
– Myślę, że chodzi o pana Dariusza Tomeckiego – sprawdził, czy dobrze odczytał odręczne pismo. – To jedna z bardzo nielicznych znanych mi osób, którym nie drgnie ręka nawet wtedy, gdy tuż przy nich zabija się ludzi.
Znowu się uśmiechnął. Tym razem bardzo wrednie.
Felicjan Matysik siedział przy stole w kuchni. Jadł kanapki, przygotowane na kolację przez starą żonę, i popijał mocną herbatą. „O, kurwa” – pomyślał. – „O, kurwa”.
Właściwie to nie zależało mu na życiu. Kiedyś tam pogodził się ze wszystkim. Pogodził się z tym, że strzeli sobie w łeb, jak coś nie wyjdzie. Ale teraz ta cholerna starość. Ten ohydny, okropny stan, gdy człowiek – wbrew wszystkiemu, wbrew rozsądkowi – nagle zaczyna się czepiać życia. Życia pełnego bólu, życia wypełnionego brakiem możliwości, życia szarego, durnego, bez perspektyw. Starość jest degenerująca. Nagle zaczyna człowiekowi zależeć tylko na jednym: na samym życiu. Byle jakim, byleby było. To jest tak, jakby wolnemu człowiekowi zabierano powoli wszystko – pieniądze, miłość, seks, kobiety, pogodne myślenie o przyszłości, jakiekolwiek nadzieje. Zamieniają cię w jakiegoś okropnego, drżącego starca, często nie mogącego utrzymać moczu w łóżku, zapominającego, gdzie schował klucze od domu, rzygającego, gdy zbyt dużo zje na obiad, pierdzącego przy każdej okazji. Nie masz już nic. Trzęsące się ręce, pokryte wątrobianymi plamami. Ropiejące oczy. Bełkotliwa, z powodu sztucznej szczęki, mowa. Dla żadnej z młodych kobiet nie stanowi się już obiektu pożądania. Ale chęci dalej są, tylko los odebrał możliwość ich realizacji.
Kurwa… Kiedy założy pierwszego pampersa? Pierwszego w swoim życiu, bo nie załapał się na ten produkt jako niemowlak, nie miał wtedy szans. Kiedy pójdzie do opieki społecznej po pierwsze ceratowe gacie?
A jednak nie. Był i
Zerknął na mglistą postać, stojącą w rogu kuchni.
– No i co z tym pieprzonym oficerkiem? – mruknął, pokrywając blat stołu okruszkami.
– Zajmiemy się nim.
Hofman przeglądał CD z danymi, które „Źródełku” przysłał towar z Warszawy. Nie było tego wiele. I, co gorsza, bez dźwięku. Najpierw obejrzał film, zgrany z klasycznej ósemki na mpeg. Tu już nie miał metalowego pudełka, żeby zobaczyć, kto jest operatorem. Zresztą film był tak samo źle zrobiony, jak poprzedni. Najpierw jakiś czołg ustawiony na środku szosy. Chyba… chyba T-55, Hofman nie znał się na tym. Żołnierze wystający z włazów. Niezbyt zestresowani, raczej znudzeni. Sześć postaci w OP-1 z miotaczami ognia na plecach. Polewają ogniem jakiś trawnik. Niespiesznie, dokładnie, wręcz ospale. Oficer w mundurze wyjściowym, czterdzieści kroków dalej. „Darte”, rwane ujęcia. Nic się nie dzieje. I nagle zmiana! Oficer podnosi do ust gwizdek, wyraźnie panikuje. Faceci w OP-1, ci z miotaczami, rzucają się do ucieczki, jeden się przewraca. Coś go chlasnęło – jakiś drut przy drodze, którego nie zauważył przez malutkie okularki maski przeciwgazowej, jakaś gałąź? Wywalił się i wleciał do rowu. Czołg na wstecznym biegu (gąsienice ślizgają się po asfalcie szosy) pieprznął w słup z jakimś znakiem. Obaj żołnierze w wieżyczkach pochowali momentalnie głowy i zamknęli włazy. Czołg wykręcił jakoś i spieprza dalej tyłem. Oficer z gwizdkiem wieje jak zając, przeskakując niskie ogrodzenia na polu. Kamerzysta cofał się i obrazem coraz bardziej trzęsło. Oderwane, niewyraźne ujęcia. Jakiś gazik usiłujący wykręcić i zawrócić na wąskiej drodze. Dwóch żołnierzy próbujących wycofać się zgodnie z regulaminem – odskakiwali tyłem, z kałachami wycelowanymi w coś ciągle niewidocznego, poza kadrem. Czołg wpierniczający się tyłem w słup energetyczny. Zerwanie trakcji. Iskry.
Cięcie.
I
Koniec.
Co to jest? Co to jest, do jasnej cholery?!
Przeglądał zeskanowane papiery. Nic. Same strzępy informacji, fragmenty dokładnie przetrzepanych przez kogoś papierów. „SWW/233991/69 – Efekt w Szklarach”. Co to jest ten Efekt? Szukał dalej. Jest! „SWW/12382/72 – Efekt w Pieczyskach. Wybuch gazu. Wezwano patrol numer 7”.
Eeeeeee… Taki kit to możecie wciskać amatorom. Wybuch gazu, a rozprowadzający w Bydgoszczy wzywa patrol? To w ogóle nie są określenia milicyjne. A poza tym Matysik jest żołnierzem, a nie milicjantem. I wezwali wojsko do wybuchu gazu? To było szyte bardzo grubymi nićmi – wezwano tylko jeden wóz strażacki. Bez ekipy dochodzeniowo-śledczej, bez karetki pogotowia? Ale to śmierdzi!
OK. Trzeba lecieć dalej. „Wrocław!” – gwizdnął cicho. SRT/2456/3001. Skądś znał ten skrót. Jezu… SRT? Miał doskonałą pamięć do liczb i nazw. Ale SRT? Czego dotyczy seria SRT? Zaraz, to chyba jakieś archiwalia. Zupełnie nie mógł sobie przypomnieć.
SRT? Zalogował się na komputerze komendy. Z tego poziomu miał jedynie ogólny przegląd informacji. Seria SRT – wybuchy gazu, nagłe powiewy wiatru, katastrofy górnicze…
Jezus Maria!!!
Już pamiętał. Seria SRT. Wybuch gazu w Rotundzie PKO w Warszawie. Wiatr przewrócił nieukończoną konstrukcję budynku Akademii Rolniczej we Wrocławiu, niemal czterdzieści ofiar. Wybuch gazu w Gdańsku – pod gruzami budynku kilkadziesiąt osób. Hałda osuwa się na most w Wałbrzychu – prawie trzydzieści ofiar. A przecież uczono go tego na studiach – przykład źle zorganizowanej akcji milicji.
Boże… Teraz już rozumiał. To nie była źle zorganizowana akcja milicji. To była doskonale zorganizowana akcja wojska, w której zabito prawie trzydzieści osób!
Ale zaraz… Zapalił papierosa i podszedł do okna. Letnia noc pachniała rozgrzanym asfaltem, obrośniętymi bluszczem ścianami budynków, kwiatami w pobliskim parku. Zasępiony, obserwował latarnie, kreujące fantastyczne cienie na ulicy, wille naprzeciwko, owady skupiające się wokół źródeł światła. W prześlicznym budynku obok ktoś grał na pianinie. Słyszał też odgłosy co najmniej kilku telewizorów, dochodzące z otwartych okien, jakąś kłótnię. Życie w mieście… Telewizor w jego własnym salonie również grał. Żona oglądała właśnie codzie
Jak to możliwe, że oni utrzymywali wielką organizację zabijającą ludzi w całym kraju?! To przecież setki patroli, centrale, jakiś sztab i łączność. Czy mieliby szansę utrzymać tajemnicę? Odpowiedź była prosta: nie mieli żadnych szans. Z tego wniosek, że komórka była bardzo mała, ze ściśle wyselekcjonowanym personelem. Ale… czy w takim razie mieli szansę reagować od razu w różnych regionach kraju i przeprowadzać błyskawiczne akcje eksterminacyjne? Odpowiedź znowu była prosta: nie mieli szans. Jaki z tego wniosek?
Hofman zaciągnął się dymem. Skoro mieli bardzo małą, wręcz mikroskopijną ekipę z poparciem kogoś z samej góry, a jednocześnie byli w stanie opanować wszystkie, jak sami mówili, Efekty, to… Wniosek był prosty. Skądś wiedzieli, przynajmniej mniej więcej, gdzie i z jakim wyprzedzeniem nastąpi Efekt. I wcześniej wysyłali ludzi w ten rejon. A to już bardzo brzydko pachniało. Szlag!
W jego domu nagle zgasło światło.
– Czy to korki? – krzyknęła żona z ciemnego nagle salonu.
Hofman wychylił się z okna i zerknął na ścianę swojego budynku.
– Nie. Walnęło w całym bloku.
– O Jezu… No dobra, chodźmy spać.
Odmruknął coś i podniósł słuchawkę telefonu. Nie dzwonił bynajmniej na pogotowie elektryczne.
– Cześć, stary. Nie obudziłem cię?
Znajomy architekt ziewnął rozdzierająco.
– Nie – skłamał uprzejmie.
– Powiedz mi jedną rzecz: czy ciężko wysadzić blok mieszkalny?
– Jaki blok?
– Jakikolwiek. Na przykład taki, w którym mieszkam. I zakładam, że będą problemy z dostarczeniem dużej ilości materiałów wybuchowych. Wiesz… Tajemnica.
– OK. Z wysadzeniem twojego bloku nie byłoby żadnego problemu. Obejdzie się bez semteksu.
– A co byś potrzebował?
Nowe rozdzierające ziewnięcie architekta.
– Klucz numer czternaście.
– Coooo?!
– Klucz numer czternaście.
– Jezu… no nie opowiadaj, że przy pomocy jednego klucza wysadzisz mój dom.
– Oczywiście, że wysadzę.
– Jak? Czekaj, jaki klucz, do jasnej cholery?
– No, normalną czternastkę. Wystarczy wejść do piwnicy. Jako architekt mam uprawnienia, żeby cieć mnie wpuścił. Wystarczy, że stwierdzę katastrofę budowlaną.