Страница 6 из 78
„Źródełko”, przytrzymując palcem szpulę magnetofonu, wykonała kolejny telefon.
– Cześć, towarek.
– Cześć, laska. O co ci biegajet w stolycy?
– Daj mi wszystko co masz o SWW/12382/72. Oki?
– Oki doki, laska. Zaraz masz na terminalu. Big Boss pytał?
– Nie, na priva lecę.
– Oki doki. Mi tam wsio rawno. Co, twój chłopak potrzebuje danych?
– No.
– No…? No to spoko! Zaraz będziesz miała. Skolko ugodno – chwila ciszy. – Dzieciaku…
– No?
– To jest kurewsko tajne! Specjalnego znaczenia!
– No to dawaj na linię.
– No to ci daję. Hi, hi, hi… Ale fajne dane. Życzę dużo dobrego seksu z chłopakiem.
– No dzięki!
– Spox. Masz też jeden film w załączniku. Tylko, kurwa, nie puszczaj tego w lud.
– Odstresuj się, towarek.
– Spoko, laska. Mi to zwisa. Powi
– Mhm. Dzięki.
– Spoko. Do usług, głupia cipo.
– Idź się wal, pindo. Dzięki za pomoc.
– Po to jesteśmy, laska. Po to jesteśmy. Właśnie po to nasi ojcowie rżnęli nasze matki, żebyśmy mogły sobie teraz pomagać.
W całej procedurze najgorsze jest ręczne wypełnianie wszystkich papierów. Fakty były takie: Matysik został napadnięty przez ludzi z bronią automatyczną, mających znaczną przewagę. Nie byli to funkcjonariusze, bo się nie wylegitymowali, ani, jak zgodnie zeznają świadkowie, nie krzyczeli „policja”. Nie wiadomo, kto to był. Wiadomo natomiast, że broń Matysika była legalna, a zagrożenie autentyczne, więc emerytowanego oficera trzeba było zwolnić. Sprawa, oczywiście, będzie jeszcze trwała, ale strzelec-geriatryk na pewno odpowie z wolnej stopy. Jeśli dożyje do sądowego rozstrzygnięcia. Siedemdziesiąt dwa lata to u mężczyzny nie przelewki.
Wypełnianie papierów trwało i trwało, ciągnąc się w nieskończoność. Potem podpisy, sprawdzanie depozytu… Matysik wrócił do domu dopiero wieczorem. Nawet nie tknął przygotowanej kolacji, natomiast poprosił żonę o kartę telefoniczną.
– No, ale przecież możesz zadzwonić z domu – żachnęła się.
– Telefon już pewnie na podsłuchu.
– No to zadzwoń z mojej komórki.
– To jeszcze gorsze rozwiązanie.
Wziął kartę i zszedł do budki telefonicznej TP SA, ustawionej naprzeciw jego bramy. Znał dobrze powikłane sprawy i styl działania resortu. Wiedział, że nie mieli pieniędzy na zakładanie podsłuchu w budkach. A jeśli nawet skądś zdobyliby forsę, to na pewno jeszcze nie dzisiaj.
Szybko wystukał numer.
– Tomecki, słucham.
– Szykuj się. Facet nazywa się Hofman. Coś czai.
– Jezu…
– Nie panikuj.
– Co czai?
– Zna określenie „Pyskówka”.
– Jeeeeeeezuuuuuu… Bydgoszcz. Pieczyska – sześćdziesięciosiedmioletni umysł Tomeckiego działał cholernie sprawnie. Twardzi ludzie nie miewają sklerozy. – O kur… zapiał!
– Nie panikuj – powtórzył Matysik. – Koniec rozmów z domowych telefonów i komórek. Kontaktujemy się przez budki telefoniczne. Co druga w lewo.
Plan był przygotowany już dawniej. Każdy z nich po wyjściu z domu mógł iść w lewo lub w prawo. „W lewo” oznaczało więc kierunek, a „co druga” – które budki telefoniczne mieli opuszczać. Numery tepeesowskich telefonów mieli spisane już dawno. Tak jak i godziny kontaktu. Spotykać się chwilowo nie zamierzali.
– No to na razie.
– Cześć, zombie.
– Nie wymawiaj tego słowa – Matysik odłożył słuchawkę, a po chwili podniósł ją znowu i wykręcił numer do zegarynki, a potem towarzystwa taksówkowego i banku, żeby wyzerować pamięć automatu telefonicznego. To tak na wypadek, gdyby ktoś go śledził. Nie przejmował się bilingiem budki; Tomecki na pewno właśnie rozwiązywał ten problem.
Miał jeszcze sporo czasu.
Hofman zrobił sobie skręta z aromatycznego tytoniu „Red Bull”. Przyniósł ze sobą butelkę półsłodkiego, białego wina dobrej francuskiej marki, ulubiony trunek „Źródełka”. Właśnie rozlał pierwszą porcję do kieliszków.
Ania rozstawiała ośmiomilimetrowy projektor. Nikt w komendzie nie miał już takiego zabytku – musiała pożyczyć od teścia. Dość sprawnie, choć posługując się instrukcją, założyła kliszę przysłaną specjalnym kurierem z Bydgoszczy.
– To co? Puszczać?
– Chcesz się puszczać? – mruknął Hofman. – Jeśli ze mną, to bardzo chętnie.
Roześmiała się. Wzięła kieliszek wina, usiadła obok i pocałowała go w policzek.
– Uch, ty mój taki samiec alfa… – pogłaskała go po szyi. – Jezu, jak ja nienawidzę facetów.
– A jak ja nie lubię bab.
– Nie ma to, jak usłyszeć jakiś komplement – wypiła łyk wina. – Puszczam. Ale nie „puszczam się”. Mam okres i aseksualną bieliznę. Po prostu wielkie, ogromne majty.
– Nie przeszkadza mi to.
Włączyła potwornie terkoczący projektor. Na prześcieradle, rozwieszonym na drzwiach samego Big Bossa, ukazały się najpierw zamazane, skaczące linie, a potem numery producenta taśmy. Dopiero po chwili zobaczyli obraz.
Matysik w spadochroniarskim, wojskowym hełmie, we wnętrzu jakiegoś samolotu. Dźwięk rozsynchronizował się momentalnie. Widzieli, jak coś krzyczał, potem usłyszeli niewyraźne: „Dokumentacja do tyłu!”. Kamera w bok. Opuszczona rampa wejściowa samolotu, który już powoli kołował. Na trawiastej płycie lotniska wycofywali się komandosi, ostrzeliwując jakieś cele poza kadrem. Czterech niosło wielką skrzynię, usiłując wrzucić ją na rampę kołującego samolotu. Dwóch obok biegło z ra
– Czy mnie wzrok myli, czy widzę palmy? – Hofman zerknął na „Źródełko”.
– Nie myli cię. Widzisz.
– No co to, psiakrew, jest? Kuba?
– Trawiaste lotnisko? Na Kubie?
– Cholera ich wie… Co to jest?
– Nie wiem, co to jest.
Matysik pomógł żołnierzom wciągnąć skrzynię na rampę kołującego samolotu. Dwóch komandosów wrzuciło w ślad za nią ra
Kamera skakała makabrycznie, trudno było dostrzec jakieś szczegóły – operator usiadł chyba dopiero po zamknięciu rampy. Zobaczyli coś konkretnego dopiero w chwili, gdy zapaliły się żarówki we wnętrzu kadłuba. Jakiś żołnierz, siedzący obok Matysika, otworzył butelkę piwa. Wyraźnie widzieli markę: „Żywiec”. Widzieli też jego poruszające się usta. Po dłuższej chwili dotarły do nich zniekształcone wyciem silników słowa: „Ale mam szczęście, ale mam szczęście! Granat wybuchł tuż obok, a mi nic się nie stało…”. Raptem mężczyzna zwiotczał i upadł na podłogę, w jego piersi błyszczało ostrze komandoskiego noża. Matysik wyjął butelkę z dłoni martwego kolegi, który jeszcze przed chwilą cieszył się swoim szczęściem, i pociągnął wielki łyk.
Cięcie.
Nowe numery taśmy i nowe ujęcie. Kabina pilotów. Obaj krzyczą. Głos jest jeszcze bardziej opóźniony w stosunku do obrazu, i w dodatku zbyt niezrozumiały. Pierwszy pilot wrzeszczał, zdaje się, że nie wyląduje na tej postrzelanej krowie, a Matysik, klnąc, zmuszał go do lądowania właśnie tutaj. Jakieś dziwne manewry, krzyki, kompletnie niezrozumiałe głosy z radia. Wycie maszyny. Matysik coś mówi, pierwszy pilot jest wręcz zamroczony strachem. Niewiele widać. Prawdopodobnie lądowali, kamera skakała jak w „Jumpin’ Jack Flash”. Chyba kołowanie, cholera wie. Wszystko się trzęsło, obraz był właściwie jednym wielkim migotaniem światła i cienia. Wreszcie zatrzymali się. Pierwszy pilot coś powiedział, widzieli tylko po ruchu ust. Matysik wyjął tetetkę i zastrzelił go, a chwilę później drugiego.
Po dłuższej chwili usłyszeli opóźniony rozsynchronizowanym dźwiękiem głos pierwszego pilota.
– „Ale mam fart dzisiaj. Jestem w czepku urodzony! Chyba zagram w totolotka…”.
Odgłos strzału z krótkiej broni Matysika ostatecznie rozstroił projektor. Sprzężenie. Prześcieradło na drzwiach Big Bossa pokryło się czernią, a potem bielą.
Koniec taśmy.
– Co to było? – spytał Hofman.
– Jezus – szepnęła „Źródełko”. – Nie wiem!
– Kurde balans… Jakieś strzelaniny, palmy, nasi podpierdolili komuś wielką skrzynię i usunęli świadków… Dobrze widziałem, czy coś mi umknęło?
– Dobrze widziałeś, Marek. O Jezus Maria!
– Co to było?!
– Nie wiem. W co my wdepnęliśmy, Marek? W co my wdepnęliśmy?
– Czekaj, czekaj… Uspokój się.
– Jezus Maria! Przecież ten gość zastrzelił obu pilotów! Dobrze widziałam, czy coś mi umknęło?
– Dobrze widziałaś, „Źródełko”. Uspokój się.
– W co my wdepnęliśmy?!
– Plissss… uspokój się.
– Jak mam się uspokoić?! – wrzasnęła. – Mam okres, a tu jakiś gościu zabija naszych żołnierzy i chyba już jestem w to wplątana! Jak mam się uspokoić?!
Nalał jej wina. Potem zmrużył swoje wredne, dzikie oczy.
– W tej sprawie będą chyba jeszcze lepsze numery – mruknął.
Na szczęście nie usłyszała, bo pewnie wpadłaby w histerię. Dłuższą chwilę mówił do niej szeptem. I chyba coś uzyskał. Może się nie uspokoiła, ale przynajmniej siedziała nieruchomo, kompletnie skołowana.
– Skąd masz tę taśmę? – zaczął indagację.
– Z komendy w Bydgoszczy.
– W Bydgoszczy przechowują takie coś?
– Nie… To były lata, gdy z taśmy filmowej odzyskiwało się srebro. Wszystko wędrowało do Warszawy, część taśm niszczono, a część utylizowano. No, ale w „lud” poszły plotki o tym srebrze i ktoś z pracowników komendy podpieprzył kilkaset kilogramów taśm. Oczywiście w domowych warunkach nie odzyskał ani grama srebra. Wpadł niedawno na jakiejś aferze z TIR-em wypełnionym papierosami, musiałam im podłożyć recydywistę, żeby nie było, że policja grabi własne magazyny. Nasi przy okazji odzyskali taśmy, powprowadzali sygnatury do komputera i… stąd mam.