Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 78

ZAPACH SZKŁA

Trawa nagle zaczęła tracić kolor. Nie, wcale nie więdła. Wprost przeciwnie – bujniała, falowała, jakby źdźbłami poruszały jakieś podmuchy wiatru, których ludzie wokół nie byli w stanie wyczuć. Po prostu traciła kolor. Szarzała błyskawicznie, i to tak, że trudno było na nią patrzeć: idealnie jednolita, szara powierzchnia, bez cieni, bez błysków stojącego wysoko słońca. Ktokolwiek tylko spojrzał w centrum zmian, miał spore kłopoty z akomodacją oczu.

– Co to jest? – spytał starszy, otyły pan w „dynamówkach” ledwie trzymających się na ogromnym brzuchu. – Czy państwo widzicie to, co ja?

– O mój Boże – młoda kobieta ubrana w kostium kąpielowy, typowy dla lat siedemdziesiątych (ogromne majty, zakrywające wszystko, co tylko mogły zakryć, i równie wielki biustonosz) uniosła się z koca rozłożonego tuż przy ganku pensjonatu. – Co to jest?

Wielka, szara plama powiększała się powoli, coraz wolniej i wolniej, tworząc niezbyt regularny, poszarpany okrąg. Trudno było ocenić jego średnicę z powodu problemów z akomodacją oczu. Prawdopodobnie trzydzieści metrów. Chwilę później zaczęły szarzeć drzewa. Tak jakby coś wysysało zieleń i brąz. Sama szarość.

Kilkanaście osób, wakacyjnych mieszkańców pensjonatu „Porada”, nie mogło oderwać wzroku od strefy szarości. Było w tym coś niepokojącego, ale jeszcze nikt nie odczuwał strachu. Zjawisko było zbyt dziwne, zbyt niecodzie

– Czy to się rozszerza? – spytał starszy pan o profesorskim wyglądzie, poprawiając okulary.

– Nie wiem – odparł ten w „dynamówkach”. – Chyba już nie.

– Trzeba zawołać milicję! – powiedziała kobieta, która przygotowywała kanapki na werandzie.

– Niby po co?

– No… no trzeba zawołać milicję.

– I co powiemy? Że trawa jest szara?

– No, to może jest, no… no jakieś zatrucie. Albo coś.

– Zatrucia środowiska, proszę pani, to są na Zachodzie – popisał się swoją wiedzą „profesor”. – U nas, w socjalizmie, jest czysto.

– Niestety – dodał „prywaciarz”, albo wręcz „badylarz”, sądząc po fordzie taunusie, którym chełpił się bezlitośnie, parkując go tuż przy wejściu do pensjonatu, żeby wszystkich kłuł w oczy.

– Co, niestety?

– „Niestety” w sensie, że w socjalizmie jest „czysto”. Bo tutaj się nic nie dzieje.

– Chciałby pan mieć zatrute plaże, jak we Włoszech?

Jakaś kobieta, prowadząca za rękę dziecko ubrane w nieudolną samoróbkę, udającą „marynarski mundurek”, stanęła w drzwiach pensjonatu.

– I przestań nareszcie trzeć te oczy – krzyczała na chłopczyka. – Ślepy chcesz być?! Chcesz sobie wydłubać oko?! Słyszałeś, co mówił pan doktor? To trzeba powstrzymać siłą woli!

Chłopak miał pecha. Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych był okresem, gdy nie istniały praktycznie żadne lekarstwa na alergię. Najczęściej też nie diagnozowano tej choroby. Dzieci uczulone na pyłki lekarze wysyłali w lecie na wieś, żeby „zmieniły powietrze”, prosto w największą koncentrację alergenów. Już zdołowane dzieciaki, odsunięte przez otoczenie i własną rodzinę – z powodu wiecznego łzawienia, kaszlu, kichania, cieknięcia z nosa – masowo przerabiano w ten sposób na kaleki, prowokując rozwój choroby aż do astmy oskrzelowej.

– No i co ty robisz?! – wrzeszczała kobieta. – Mówię: nie trzyj tych oczu!!! – zatrzymała się nagle i popatrzyła na wyspę idealnej szarzyzny, kilkanaście kroków dalej. – O… A co to za dziwna plama?

– Jej tu nie ma – zakpił prywaciarz. – Zatrucia środowiska są tylko na Zachodzie.

– I akurat pan się będzie wypowiadał! – „profesor” wziął do ręki długi patyk, na którym ktoś wczoraj piekł kiełbasę przy ognisku. Zdecydowanym krokiem podszedł do granicy szarej strefy. Przez chwilę przyglądał się uważnie, a potem pogrzebał patykiem w trawie. – Ona nie jest spalona. To nie popiół.

– To dlaczego nie można skoncentrować wzroku? – spytała jedna ze studentek.

– Nie wiem. Jakby nie było cienia.

„Profesor” wyjął zza gumki „dynamówek” chustkę, złożył ją, przytknął do ust i kucnął, dalej grzebiąc kijem.

– Przecież nawet od źdźbła musi być cień – powiedziała jedna ze studentek.

– No, nie wiem – ledwie rozumieli głos tłumiony chustką przy ustach. – Jeśli coś jest idealnie szare…

– No, ale to się stało tak nagle. To…

Chłopak z nierozpoznaną alergią, uwolniony na chwilę spod kontroli nadopiekuńczej matki, wyrwał do przodu. Podbiegł do profesora i zerwał garść szarej trawy.

– Zostaw!!!

– W tył, smarkaczu!

– Nie dotykaj tego!

Chłopak podniósł do oczu swoją zdobycz. „Profesor” usiłował wytrącić mu ją kijem, ale po chwili szamotaniny zrezygnował. Sam nachylił się nad małą dłonią, a po chwili wahania nawet wziął do ręki mały, szary patyczek.

– Zostawia cień na mojej dłoni.

Obie studentki i prywaciarz również podeszli bliżej. Ostrożnie, jakby bali się oparzenia, zerwali po kilka garści szarej trawy.

– To trzeba zmyć wodą! – desperowała matka chłopca, który właśnie znowu zaczął przecierać oczy. Właśnie dzięki wywiezieniu na wieś, „na powietrze”, jego choroba pogłębiała się. W mieście, w zamkniętym pomieszczeniu, o które zawsze prosił rodziców, miałby się dużo lepiej. Ale kto w latach siedemdziesiątych słuchałby bachorów? Przecież wiadomo, że dzieciak musiał w lecie „wyjechać na powietrze”. I właśnie to powietrze powoli go zabijało. – Trzeba do lekarza!

– Trzeba zawołać milicję – powtórzyła kobieta w wielkim kostiumie kąpielowym.

Kilka kolejnych osób podeszło do poszarpanego, szarego kręgu. Ktoś dotknął go butem, ktoś i

– Czy jest tu jakiś telefon? – „profesor” też odważył się podejść do zszarzałego drzewa. Odłamał małą gałązkę. Zrezygnował z chustki przy ustach. Nie czuł żadnego zapachu, swądu, oparów…

– Jest chyba w pensjonacie.

– Jest – potwierdziła jedna ze studentek. – Ale słabo słychać.

– Właściwie to nic nie słychać – dodała druga. – No i gospodyni chce jak za zboże.

– No przecież nie weźmie pieniędzy, jeśli zadzwonimy na milicję.

– Kto ją tam wie – prywaciarz zerwał kilka szarych liści. – Dają cień – przytrzymał jeden nad swoją dłonią. – A tu aż trudno patrzeć. Nie mogę skupić wzroku.

– Idealna szarość. Albo coś… – dodał „profesor”. – Trudności z akomodacją – zawahał się przez chwilę. – Proszę państwa, dzwonię na milicję.

– Nareszcie ktoś się zdecydował – otyła w typowo polski sposób kobieta poprawiła ogromny biustonosz.

Cała scena miała jeszcze jednego świadka. Mały, niespełna pięcioletni chłopczyk leżał ukryty w chaszczach, jakieś trzydzieści kroków dalej. Koledzy przykryli go mchem, darnią i drobnymi gałązkami. Był dobrze schowany, nikt nawet nie podejrzewał jego obecności.

Chłopczyk miał przesrane. Te cholerne „prawie” pięć lat! Jego trzej koledzy, z którymi przyjechał na wakacje, byli znacznie starsi. No i z tego powodu zawsze przegrywał. Jak się bawili w „Czterech Pancernych”, to on musiał być Grigorijem, tylko od prowadzenia zbudowanego z gałęzi wozu. Gdy tworzyli zastęp harcerski, to właśnie jemu przypadała rola zwiadowcy. Koledzy ewidentnie chcieli pozbyć się go z bandy. Był po prostu dla nich za mały. Co chwilę wymyślali jakieś zadania dla małolata, tylko po to, żeby się go pozbyć, żeby nie przeszkadzał w zagadywaniu dziewczyn lub tajnym paleniu papierosów. Był w grupie nikim. I właśnie teraz wyznaczono mu kolejne zadanie, żeby uwolnić się od tego „prawie pięciolatka”.

Koledzy ukryli go stara

Mały chłopczyk z otwartymi ustami obserwował powstawanie dziwnej plamy szarości. Widział szok u letników, nieudolne próby sprawdzenia, co to takiego. Widział przyjazd wezwanego przez telefon milicjanta. Ten też nie bardzo wiedział, co się dzieje: odstawił swój motocykl pod ścianę budynku, a potem, dla pewności, wylegitymował tych, którzy stali najbliżej, zapisując wszystkie dane w notesie. Widać było, że nie ma pojęcia, co powinien zrobić. Milicyjna radiostacja ustawiona na jego motocyklu nie działała poprawnie, więc skorzystał z telefonu, chcąc zawiadomić przełożonych o dziwnej, szarej plamie.

Matysik wcisnął gaz nowiutkiego radzieckiego GAZ-a. Pieprzony samochód! Tak nimi telepało na wybojach, że Tomecki miał spore trudności w trafieniu do ust własną kanapką z jajkami na twardo, którą przygotowała mu żona. Jajka, umieszczone pomiędzy dwiema kromkami chleba, wzbogacono nie tylko chrzanem, ale, niestety, także czosnkiem, dlatego Tomecki rozsiewał wokół siebie zapach, którego moc obalająca z łatwością pokonywała nawet iperyt.

– I co? – spytał, zasypując kolana okruchami chleba.

– Spróbuję wjechać na to wzgórze – Matysik wskazał niewielkie wzniesienie. – Może tam radiostacja nareszcie zadziała.

Na szczęście były to okolice Bydgoszczy, pełne pagórków i dolin. Nie to co Wrocław – piekielna równina, na której żadne radiostacje nigdy nie działały jak trzeba. Dodał jeszcze gazu, potem zjechał z nierównego asfaltu i zatrzymał się pośród sosen, na łasze piasku. Podniósł do ust mikrofon.

– Patrol siedem do „Pyskówki”. Słyszysz mnie?

– Głośno i wyraźnie – dobiegł ich zniekształcony aparaturą W.Cz. głos młodej kobiety. „Pyskówka” miała oczywiście i