Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 78

– „Pyskówka” do patrolu siedem. Dlaczego mnie nie odbieracie? Odbiór.

– Wszystkie pretensje proszę kierować do producenta tych pier… pieprzonych radiostacji. Odbiór.

– „Pyskówka” do siódemki. Ja was w ogóle nie mam. Dlaczego mi znikacie? Odbiór.

– Odebraliśmy zniekształcony sygnał. Dopiero teraz znalazłem jakieś wzgórze, żeby się połączyć. Odbiór.

– „Pyskówka” do siódemki, powtarzam przekaz. Mamy Efekt w waszej okolicy. Odbiór z potwierdzeniem.

Tomecki zaklął tak brzydko, że Matysik zaczął się cieszyć. Przycisk nadawania nie był włączony. Obserwował, jak kolega wyrzuca przez okno niedojedzoną kanapkę z jajkami i ociera usta.

– Kurwa jebana w dupę mać! – powiedział Tomecki już bardziej po ludzku, zionąc zapachem czosnku.

– Patrol siedem. Potwierdzam dotarcie komunikatu o Efekcie – powiedział Matysik. – Odbiór.

– „Pyskówka” do siódemki. Pieczyska. Powtarzam: Pieczyska. To w waszej okolicy, panowie. Odbiór.

– Ale nas jest tylko dwóch – Matysik nie wytrzymał nerwowo, zaraz jednak przeszedł na przynajmniej częściowo oficjalną procedurę. – Siódemka do „Pyskówki”. Jest nas tylko dwóch. Chryste! Odbiór.

„Pyskówka” zrezygnowała z procedury.

– Panie Felku! Podeślę wam coś z Bydgoszczy, ale to dopiero za jakieś dwie godziny. Ekipa z Warszawy będzie może wieczorem. Nie mam nic. Nie mam nic, panie Felku. Odbiór.

– Pani Beato, nas jest tylko dwóch!!! Odbiór.

Tomecki wyjął mapę ze schowka. Klął tak, że uszy powi

– Panie Felku, kilkanaście osób. Pensjonat odseparowany od reszty. Dzwonił jakiś milicjant. Efekt maksymalny. Zróbcie coś. Proszę, panie Felku. Odbiór.

– „Pyskówka”… Nas jest tylko dwóch!!! Nie rozumiesz? Tylko dwóch! Jezu… Boże, Boże, Boże… Odbiór.

– Panie Felku, przecież wiem. Jezu, no nic nie wymyślę… Chryste! Dam wam Bydgoszcz za jakieś dwie godziny, może. Jak dobrze pójdzie. Współczuję. Odbiór.

– Żeby cię szlag trafił, stara kurwo – mruknął Tomecki, ocierając pot z czoła. Na szczęście przycisk nadawania był znowu wyłączony. Jego palec błądził po mapie i właśnie dotarł do właściwego punktu.

– No, ale tak nie może być!!! Odbiór. Kur… zapiał!

– Ale co ja poradzę, panie Felku? Jezu, no nic nie mogę. Odbiór.

– Pani Beato, Efekt i kilkanaście osób, a nas dwóch?! A zabezpieczenie terenu, a ochrona, obstawa? Co my możemy zrobić? Odbiór.

Musiał ją wkurzyć. Zapanowała dłuższa cisza, przerywana trzaskami w głośniku.

– „Pyskówka” do siódemki. Proszę o potwierdzenie Efektu i zastosowanie procedury. Odbiór – odezwała się oficjalnie.

– Potwierdzam Efekt. Nie biorę odpowiedzialności. Proszę o zapisanie, że jest nas tylko dwóch. Odbiór.

– „Pyskówka” do siódemki. Potwierdzam zapisanie liczebności patrolu. Potwierdzam rozkaz o procedurze wyjątkowej. Potwierdzam… – zawahała się. – Panie Felku – zmieniła nagle ton. – Naprawdę współczuję. Przyślę ekipę bydgoską za jakieś dwie godziny. Stanę na głowie, żeby to zrobić. Warszawa wieczorem, może… Odbiór i koniec.

– Bez odbioru – potwierdził Matysik.

– Kurwa jebana w dupę mać! – Tomecki zacytował sam siebie i wskazał palcem jakiś punkt na mapie.

„Prawie pięcioletni” chłopczyk w zaroślach widział wszystko. Najpierw podjechał ruski gazik. Wykonał dwa okrążenia wokół pensjonatu „Poruda”, omijając stara

– Dzień dobry państwu – powiedział jeden z nich.

– Dzień dobry państwu – powiedział Matysik, zawiązując sznurek wokół palika. Najważniejsze, to odgrodzić się od „kontaktu”. Sznurek był jedyną skuteczną metodą. Inaczej wszyscy podejdą bliżej i… – Jesteśmy z sekcji likwidowania wycieków – wskazał na tablice z odpowiednimi napisami, przymocowane do burt samochodu. – Proszę, żeby wszyscy zebrali się w holu pensjonatu…

– A po co? – zapytał „profesor”.

Boże… Polski naród. Jakby to byli Niemcy, Anglicy, Amerykanie czy Rosjanie, wszystko poszłoby sprawnie. A tu zawsze ktoś musiał zapytać: „A po co?”. Tu zawsze ktoś nie stosował się do procedur, zadawał pytania. Wszyscy rozłazili się, nie było żadnej dyscypliny – to po prostu Polacy. Nie było i nie będzie dla nich żadnych autorytetów, żadnej władzy, której należałoby słuchać, żadnych przepisów niemożliwych do złamania. Opanowanie grupy letników tylko we dwóch zakrawało na cud. W Ameryce wystarczyłby pewnie jeden policjant. Tam ludzie współpracowali z władzą. Tu nie. Nigdy. I pod żadnym pozorem. Każdy wiedział swoje lepiej niż jakakolwiek władza. Na szczęście po kilkunastu poprzednich wpadkach procedurę opracowano dość dobrze.

Nauka na własnych błędach. Cholernie kosztowna nauka.

– Proszę państwa – Matysik uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Wybił rurociąg biegnący pod ziemią. Proszę nie podchodzić do naszego samochodu. Mamy tam bardzo niebezpieczne chemikalia z Bełchatowa – recytował zdania z Instrukcji Postępowania. – Auto jest skażone. Przyjechaliśmy prosto z akcji w kopalni.

Nikt nie skojarzył odległości Pieczysk i Bełchatowa. „Bełchatów” to było słowo-klucz. Czysto psychologiczny trick. Tę nazwę znał każdy. Tyle że, oczywiście, zachowanie Polaków było, jak zwykle, mało przewidywalne.

– Jaki rurociąg tutaj? – odezwała się jedna ze studentek. – Ja studiuję budownictwo wodne. Jaki kretyn mógł wymyślić rurociąg pod jeziorem? – wskazała na majaczącą za sosnami błękitną taflę.

– Ja tam nie wiem, jakie idiotyzmy się u nas robi – odparł niezrażony Matysik. W „idiotyzmy” oczywiście wszyscy uwierzyli. – Ja mam swoją mapę i wiem, co się stało.

– Co się stało? – powtórzył jak echo „profesor”.

– Wybił rurociąg, proszę pana. Wszyscy powi

– A po co?

Najtrudniejszy moment. Kurewsko trudny. Jak przekonać Polaków, żeby zebrali się w jednym miejscu, a nie rozłazili wokół? Na szczęście chłopcy od pisania procedury dali z siebie wszystko.

– Muszę wszystkich państwa spisać z dowodów. To podstawa do wypłaty odszkodowań. Absolutnie wszyscy muszą być spisani.

– Będą odszkodowania? A za co?

Nikt w Polsce nie uwierzyłby w jakiekolwiek odszkodowania wypłacane za cokolwiek. Choć same pieniądze mamiły, to jednak nikt nie był naiwny. Ale spece od procedury naprawdę byli najlepsi…

– Proszę państwa, normalnie nikt nie zapłaci za zepsuty urlop, ale dostaliśmy niesamowite kredyty z ministerstwa. Jak ich nie wydamy przed końcem roku, to w przyszłym nie dostaniemy nowych. Dlatego wypłacamy odszkodowania gdzie się da, bo musimy wydać tę forsę. Inaczej nici z przyszłorocznego dofinansowania.

W to uwierzyli. Kilka osób nawet poszło w stronę pensjonatu, co zakrawało na cud. Reszta stała w miejscu, patrząc na dwóch przybyszy. Milicjant rozmyślał nad poważną kwestią: wylegitymować ich czy nie?

Drugi cholernie trudny moment. Obaj z Tomeckim podeszli do bagażnika i wyjęli dwie wielkie torby. Spece od procedury byli jednak genialni. Obaj, Matysik i Tomecki, zaczęli narzekać.

– Co za idiotyczne przepisy…

– Jaki kretyn to był w stanie napisać?

– Boże, żeby sprawdzić plamę z brudnej ropy trzeba wkładać OP-1.

– Przecież się ugotujemy w tym upale.

„Profesor” był jednak podejrzliwy.

– A po co wam kombinezony przeciwchemiczne? – zapytał.

– No bo wie pan – Matysik siłował się z opornym strojem wykonanym z grubej gumy. – Bo inaczej po premii nam polecą. Takie przepisy durne. Wystarczy, że ktoś z państwa zadzwoni do naszej firmy i będzie po premiach. Z torbami pójdziemy, bo jakiś idiota napisał nam taki regulamin.

To również zrozumieli.

– Ależ przecież nikt nie zadzwoni.

– Dobra, dobra… – Matysik skończył się ubierać i zawiązywać wszystkie paski. Choć wyglądało to na cud, to nikt, widząc dwóch facetów w bojowych ubraniach przeciwchemicznych, ani nie uciekał, ani nawet nie był niespokojny. Wszystko dzięki ścisłemu przestrzeganiu procedury. – Ja nic nie sugeruję. Tylko z czego ja utrzymam żonę i dzieci bez premii?

– Ale nic nam nie grozi? – spytała jedna ze studentek.

– Najazd Marsjan – warknął Tomecki.

– Grozi, grozi… – dodał Matysik. – Ja pani dam do przeczytania nasz regulamin. Trzysta stron drukowanych maczkiem. Zaraz pani osiwieje przy lekturze.

Obaj nałożyli maski przeciwgazowe i zawiązali na nich gumowe kaptury. Praktycznie stracili możliwość porozumiewania się z otoczeniem. Głos z wnętrza maski był tak niewyraźny, że można było śpiewać hymn, a słuchacze słyszeli to jako „Litwo, ojczyzno moja…”.

Kolejny trudny moment. Teraz trzeba było działać cholernie szybko.

„Prawie pięcioletni” chłopczyk, ukryty w krzakach tuż obok, widział wszystko jak na dłoni. Jeden z mężczyzn poszedł na tył gazika i wyjął automat Kałasznikowa. W ukryciu zaczął przykręcać do lufy ogromny tłumik. Drugi mężczyzna otworzył drzwiczki i wyjął ze skrytki pistolet maszynowy. Chłopczyk nie wiedział, że to P-63, zwany Rakiem.

– Proszę państwa, proszę przygotować dowody osobiste. Zaraz zaczniemy spisywać.

Tomecki wyszedł zza burty samochodu, trzymając kałacha z tłumikiem za plecami.

– Proszę państwa, proszę przygotować dowody osobiste. Zaraz zaczniemy spisywać.

Dwie osoby miały dowody przy sobie. Matysik zarepetował P-63, Tomecki także odciągnął suwadło zamka. Jakieś dziecko wyciągnęło z kieszeni kilka złotych.

– Mamo, mogę pobiec po lody do wsi?

– Idź, idź… Ja tu muszę zostać, bo będą spisywać do odszkodowań.

Jezu, jak źle się celuje w masce przeciwgazowej! Przez te dwa cholerne, okrągłe, małe szkiełka. Jak zgrać przyrządy celownicze? Tomecki był jednak mistrzem. Z kałacha obciążonego tłumikiem zastrzelił chłopca jednym pociskiem.