Страница 67 из 78
AUTOBAHN NACH POZNAŃ
Betonowe sztolnie pozamykano na głucho. Cały Wrocław był teraz odcięty od swoich podziemnych bunkrów, w większości przebudowanych ze starych kanałów metra, często jeszcze poniemieckich, pochodzących sprzed z górą trzystu lat. Syk pary w rozgrzewanych kotłach pojazdów zagłuszał wszystkie dźwięki, więc ludzie i zwierzęta porozumiewali się gestami. Temperatura w bunkrze wyjściowym rosła coraz bardziej. Wagner widział, że wielu żołnierzy w ogóle rezygnuje z mundurów, nakładając kamizelki kuloodporne wprost na gołe ciało. Hełmy, okulary, chusty chroniące oczy przez zalewającym je potem… Tylko zwierzęta jakoś się trzymały.
– Słuszaj, Andriej – Dołgorukow podszedł do Wagnera. – Ja wziął grosse gewehr und ja jewo przymocował do tanka s wiercha…
– Nie pierdzi! – Wagner miał dość polsko-rosyjsko-niemieckiego slangu. Był majorem, rodowitym wrocławianinem, miał pierwszą klasę czystości… Znał poprawną polszczyznę i, co więcej, umiał się w niej bez trudu wysławiać. Ale tutaj, wśród najemników, używanie literackiego języka byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby rozdał im wszystkim słowniki. – Sobiraj alles truppen.
– Jawohl! – Iwan zasalutował karnie. – Tak toczno!
Wagner, wściekły i już mocno spocony, wygramolił się do wieżyczki swojego transportera. Heini powitał go uśmiechem, Zorg tylko ziewnął.
– Alles w pariadkie?
– Odwal się, Heini! Daj mi ein moment.
– Daaaa… naturlich, herr major – porucznik zmniejszył ciśnienie w kotle.
Wagner zdjął swój przepocony mundur i narzucił burnus na gołe ciało. W koszmarnej ciasnocie uporał się z kewlarową kamizelką, turbanem, hełmem, chustą, okularami i maską.
– Fritz, Vaclav, Aleksiej! Szto u was? Hiers tu mienia? Verfluchte!
Syk pary zagłuszał jego słowa, słyszał go tylko najbliżej siedzący Czech. No i Zorg, oczywiście. Ale Zorg raczej rzadko raczył odpowiadać na jakiekolwiek pytania. W końcu był porucznikiem, i nosił swój stopień dumnie wytatuowany na lewym uchu. Zresztą te pieprzone gepardy ledwie umiały mówić. Zmiany genetyczne ich organizmów, dokonane jeszcze przed chińską bombą, nigdy nie były na tyle skuteczne, żeby wykształcić u nich poprawny aparat mowy. Dlatego Zorg był wyjątkiem. Czasem z jego charkotu udało się coś wyłowić, ale poza tym był jedynym „prawdziwym” oficerem wśród zwierząt. De facto mógł rozkazywać nawet ludziom, jeśli ci byli niżsi stopniem. Szczególnie wkurzał tym sierżantów i chorążych. „Na smycz tego porucznika i kaganiec mu na mordę!” – szeptali po kątach.
Akurat… Bezpośrednim przełożonym Zorga był Wagner i wszyscy zawistnicy mogli mu co najwyżej napluć na ogon. To właśnie ten gepard trzy lata temu uratował majorowi życie, dokładnie na środku autobahna nach Poznań… Teraz mrużył oczy i ziewał leniwie, usiłując pozbyć się nadmiaru ciepła; przy każdym ziewnięciu spoza jego kłów ukazywały się zęby jadowe. Zwierzak nie mógł tego opanować, a jego wygląd budził grozę. Nie jego wina – w końcu to nie on projektował zmiany genetyczne swojego gatunku prawie sto lat temu.
– Na und, katzurku? – Wagner zmierzwił mu futro na karku. – Wszawy dzień, nicht wahr?
– Yyyyeeeeaaaaa… – Zorg znał polski dość dobrze, jednak łatwiej mu szło w „Breslauer English”. – Fhhhuckin dhaay, yeeep. Shhhhhit!
Ktoś otworzył od zewnątrz drzwiczki transportera. Kapitan w nienaga
– Rozkaz specjalny generała Baryły! – jego polszczyzna była równie nieskazitelna, jak mundur. – Proszę pokwitować odbiór, panie majorze.
Wagner złożył zamaszysty podpis i złamał pieczęć. Szybko przebiegł oczami kilka linijek tekstu, potem oddał list kapitanowi i na powrót zatrzasnął drzwiczki. Nikt poza Heinim i Zorgiem nawet tego nie zauważył – syk i kłęby pary z kotłów dezorientowały każdego.
– Vhhhery shhhhhitty day? Yeeeep? – tylko porucznik odważył się skomentować.
– Jawohlnie – Wagner szturchnął Heiniego i wskazał mu bramę wyjazdową. Podrapał porucznika za uchem i zapiął pasy. – Wo nachodiatsa Posen Truppen…
Nie zdążył dokończyć, bo zagłuszyły go ostre, parowe gwizdki. Stalowe wrota przed nimi drgnęły nagle i zaczęły się rozsuwać, ukazując oślepiającą biel podwrocławskiej pustyni.
– Vorvarts! Vorvartujcie! Nastupaj! Wpieriod! – zaczęli krzyczeć najemnicy. Pancerne pojazdy, napędzane parowymi silnikami, zaczęły ruszać. Najpierw kompania zwiadu, potem pluton wsparcia, pluton sztabowy z pojazdem Wagnera, kompania szturmowa i osłona. – Verdamte awtostrada! Autobahn joba
– Zwiad nach oben! – ryknął Wagner, podnosząc obie dłonie.
– Zaaaaa earhhhhly! – porucznik ziewnął znowu, ukazując swoje budzące szacunek zęby jadowe. Potem prychnął nagle i otrząsnął się, wystawiając głowę przez otwór wentylacyjny.
Miał rację, że za wcześnie. Major po prostu tracił nerwy, ale był jednym z najbardziej sumie
Wielki biały orzeł wygramolił się po specjalnej żerdzi na dach transportera. Wagner nie miał pojęcia, kto tego imbecyla mianował szefem zwiadu – najprawdopodobniej dostał stopień sierżanta tylko dlatego, że był symbolem narodowego godła. Wcale nie był bardziej inteligentny od sokołów, będących jego podwładnymi, które właśnie wzbijały się w powietrze z pozostałych transporterów. Zorg patrzył na startujące ptaszyska i oblizał się odruchowo. Ciekawe, czy w głowie porucznika pojawił się pomysł, żeby zjeść sierżanta?
Mijali właśnie resztki betonowych umocnień, jakieś rowy przeciwczołgowe, bunkry, transzeje, zdewastowane stacje radarowe, laserowe odbojniki. Kto mógł i nie miał obowiązków wewnątrz pojazdu, gramolił się na blaszany dach i kładł się za pancernymi płytami, przymocowanymi na sztorc do burt. Podmuch powietrza, wywołany pędem pojazdu, przynosił pewną ulgę. Martha, przesympatyczna węgierska dziewczyna, obciążona erkaemem, zsunęła się na dół i na chwilę zawisła we włazie na samych rękach. Poza taśmami amunicyjnymi nąjemniczka miała na sobie tylko kewlarowy ochraniacz na piersi, turban i czarczaf, toteż Wagner i Zorg gapili się bez żenady na jej wierzgające, kształtne nogi i gładko wydepilowane podbrzusze. Potem spojrzeli na siebie.
– Ty… Biorą cię ludzkie samice?
Gepard przekrzywił głowę.
– No thhhrochhhhe thak – przyznał porucznik, przechodząc na polski, żeby nie zrozumiał go nikt i
Wagner nigdy nie mógł zorientować się, czy zmienione genetycznie zwierzęta żartują. Wolał sobie nie wyobrażać, co gepardy robią z jeńcami. Uniósł się na łokciach, wystawiając głowę z wieżyczki, i przyłożył do oczu lornetkę. Omiótł wzrokiem wydmy wokół i piaszczyste płaszczyzny, ciągnące się po horyzont…
Pojazdy gnały ośmiopasmową szosą, wyrzucając z kominów kłęby dymu, sokoły kołowały nad nimi leniwie. Najemnicy, w większości na golasa, a czasem w burnusach, skuleni za pancernymi płytami walili wódę, ale ostrożnie i powolutku. Na razie nikt nie wcierał niczego w dziąsła, nie kłuł sobie ud ani rąk. Jeszcze przyjdzie na to czas. Teraz trzeba było przeżyć powrót. Wagner uśmiechnął się. Przypomniał sobie sły
Orzeł dowodzący zwiadem nie był jednak aż tak głupi, jak wydawało się Wagnerowi. Wydzielił ze swojego plutonu dwa sokoły, które oderwały się od grupy obserwacyjnej. Najwyraźniej coś zauważył. Po chwili major też to dostrzegł w okularach swojej lornetki. Pojedynczy gołąb. Ra
Dobywając resztek sił, gołąb wylądował na wieżyczce pojazdu Wagnera. Major zdjął mu z nogi opaskę z meldunkiem.
– Aleksiej, psia twaja mutti! – ryknął. – Zajmij się kurierem!
Rosyjski weterynarz wziął podziurawionego śrutem gołębia.
– Spakojna, gospodin major. Budiet leben.
Wagner rozwinął małą karteczkę.
„Do pierwszego dowódcy grupy uderzeniowej: Pawelec, generał, garnizon Twierdzy Poznań. Minęliśmy Checkpoint Leszno. Mam meldunek, że poprzedni konwój zatrzymany przy bunkrach feuerbase Rawicz. Korek! Wsparcie wymagane na pustyni za Wzgórzami Trzebnickimi. Pilne! Wykonać”.
– Jezu – jęknął Wagner. – O żesz ty…
Zorg wychylił głowę z włazu.
– Whhhhat?
– Korek. Dwa konwoje razem. Za wzgórzami możemy liczyć na czterysta pięćdziesiąt ciężarówek pod ostrzałem.
– Jhheeeeeez – parsknął gepard.
Na szczęście zwierzęta nie znały pojęcia Boga – to było u nich tylko takie powiedzenie. Zamiast się modlić, porucznik pierdnął głośno i poszedł szukać kropel Waleriana, które, sukinkot, musiał mieć ukryte gdzieś w bagażach. Wagner zaklął. Nawaleni wódą najemnicy, nawalone Walerianem koty… To wszystko, czym mógł wspomóc dwa osaczone poznańskie konwoje.