Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 51 из 78

– A kim?

– Tego nie wiem. Nie był Niemcem. Nie był Polakiem z lat trzydziestych, nie był też…

– Moment! Co to za określenie „Polak z lat trzydziestych”?

Wasilewski zapalił drugiego papierosa.

– I tak wiem, do czego ksiądz zmierza. To ja byłem Rudolfem Schenckiem, tym PPR-owcem, milicjantem i na dodatek wikarym, prawda? To ja byłem Robertem Daroniem, którego zresztą zamordowałem. To ja poderwałem Ritę Lausch, będąc przedtem różnymi i

– Niby świadczą o tym zdjęcia, ale to, oczywiście, niczego nie przesądza. W przeciwieństwie do i

– Przepraszam, nie chcę księdza obrażać, ale to brednie!

– Widzisz, my nie mamy takich komputerów, jak pan pułkownik Waśków. Mamy za to dwanaście tysięcy sióstr zako

– Znalazły coś?

– Owszem. Kilka dziewiętnastowiecznych fotografii z Wrocławia, z Bielawy, z paru i

– Ksiądz kpi?!

– Broń Boże! – podniósł ręce.

Siedzieli w milczeniu, na zatopionej w mroku ławce, patrząc na zawiłe kanały rzeki przed nimi, na oświetlone lampami mosty, wreszcie na wieże kościołów na drugim brzegu, z których reflektory na dole wydobywały dziwne, niespotykane za dnia cienie.

– Widzisz, synu – podjął ksiądz. – Pan pułkownik Waśków posiada nowoczesną technologię i dostęp do niemieckich akt. Pan Aleksander Mierzwa ma sieć powiązań, całą policję do dyspozycji i papiery, które otwierają wszelkie drzwi. A ja… Ja mam za sobą jedynie dwa tysiące lat doświadczeń Kościoła Powszechnego na planecie Ziemia.

– Aha, ksiądz sięgnął do Biblii. Wiem, wiem – zakpił. – Któraś tam Ewangelia to wasz instruktaż prowadzenia śledztwa. Piłat, te sprawy…

Człowiek w suta

– Narysowałem sobie na mapie miejsca pańskich pobytów i pańskich „śmierci”. I wyszło mi coś, co od biedy można by nazwać okręgiem. Poszarpany, nierówny, ale to prawie okrąg.

– Jego centrum to Wrocław, rozumiem.

– Nie – tamten przygryzł język. – Góra Ślęża.

Wasilewski znowu się roześmiał. Święta góra Słowian. Zresztą góra to ewenement w tej okolicy. Wrocław leży na równinie, a tu nagle, ni stąd, ni zowąd, dość duża góra w pobliżu. W dodatku tylko jedna.

– Co ksiądz sugeruje?

Odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Czy słyszał pan o profesorze Kamieńskim?

– Nie.

– W takim razie muszę powiedzieć panu kilka słów o „imprintingu”. Na przykład kurczaki: już w chwili, gdy się wykluwają z jaj, mają „wdrukowane” w mózg określone zachowania. Pokazuje się takiemu namalowany na kartonie cień jastrzębia i kurczaczek zaczyna się panicznie bać, choć przecież nie może wiedzieć, co to jest jastrząb, bo nie zdążył nauczyć się tego od mamy. Profesor Kamieński robił doświadczenia na ludziach. Okazało się, że „imprinting” u ludzi nie istnieje… z jednym, malutkim wyjątkiem. Gdy podczas doświadczeń pokazywano pacjentom Górę Ślężę – z pewnego ujęcia, na zamazanej, ciemnej fotografii – to wiele osób przyznawało, że odczuwa silny niepokój…

Wasilewski westchnął ciężko.

– Ciekawi mnie, jak ksiądz powiąże teraz Górę Ślężę i moje pseudożycia, które mi wszyscy wmawiacie?

– Śmiałeś się, synu, że korzystam z Biblii jako podręcznika dla śledczych. Otóż korzystam! Znalazłem tam dziwne i tajemnicze zdanie: „Człowiek też jest ciałem”.

– Proszę?

– „Człowiek TEŻ jest ciałem”. „Też”? Czy to znaczy, że ciałem jest na świecie ktoś jeszcze? A może coś?

– Można jaśniej?

– Bóg ciałem nie jest. Tak samo szatan, aniołowie. Demony to również duchy. Kto więc… – ksiądz zawiesił na chwilę głos. – Kto jeszcze jest ciałem?

Wasilewski odchrząknął.

– Ja? – zakpił.

– Jeśli tak – ksiądz nie dał się zbić z tropu – to kim ty jesteś, synu? Czym jesteś?

Na szczęście jakiś pijak przerwał tę coraz dziwniejszą rozmowę. Menel zatoczył się na zako

– Wy kur… Psia… Wy, kkkkhhhhur… Spier…

Roztrzaskał trzymaną w ręku butelkę o najbliższy pień drzewa, otrzymując w efekcie broń zwaną przez policję „tulipanem”, i, sepleniąc pod nosem, ruszył do ataku.

– Wy khur… pier… zarazzzzzz wasssss zapier…

– Odejdź, bracie, w pokoju – powiedziała spokojnie jedna z sióstr.

– Kur… kur… pier…

– Odejdź, bracie.

Pijak podniósł butelkę do ciosu. Zako

– Eeeee… Tracisz formę – powiedziała do koleżanki. – Nie odbił mu się na czole napis z podeszwy twojego buta.

– No jak się nie odbił? – druga dziewczyna również nachyliła się nad pijakiem. – Przecież jest!

– Eeeeee… W słowie „Adidas” brak litery „s”.

– O Jezusie mój kochany! Muszę więcej ćwiczyć.

– Cicho, baby! – przerwał im ksiądz. Obie natychmiast przybrały poprzednie pozy, ze złożonymi rękami i opuszczonymi głowami. – Wracając do naszej rozmowy – odwrócił głowę. – No cóż, niewiele sobie wyjaśniliśmy, ale też nie oczekiwałem wielkich sukcesów. Jeszcze nie teraz.

Ksiądz wstał z ławki, Wasilewski również.

– Miło mi było cię spotkać, synu. Na odchodnym muszę jednak cię ostrzec.

– Przed czym?

– Ktoś jeszcze będzie z tobą rozmawiał w tej sprawie, a wtedy uważaj na każde swoje słowo. Pamiętaj!

– Kto?

Ksiądz rozłożył ręce.

– Już niedługo.

Wykonał gest błogosławieństwa, odwrócił się i ruszył w stronę ciemnego parku. Jeszcze przez chwilę słychać było, jak ochrzania swoje zako

– Zaraz mi się wyspowiadasz za to kopnięcie! A złotówkę od starszej pani to przekażecie do Caritasu. Jak któraś sobie kupi za nią paczkę gumy do żucia, to jako pokutę dam leżenie krzyżem przez pięć godzin!

– Oooo… Gumę za złotówkę? Ksiądz wywiadowca to chyba dawno w kiosku nie kupował.

– Pewnie – dogadywała druga. – Papierosy to księdzu siostra furtianka kupuje ukradkiem na dworcu. W przebraniu.

– Tak. Jak ją raz widziałam w takiej dżinsowej mini, to mi adidasy z nóg spadły.

– Cicho, baby!!!

Wasilewski potrząsnął głową, skołowany. Był wariatem? No był. Przecież to się nie mogło zdarzyć naprawdę. Tyle że schizofrenia, nawet jakaś dziwna, to nie są omamy. A poza tym i

– Jeeeeeezuuuuuu… – usłyszał w słuchawce. – Stary, wiesz, która godzina?

– Zdzisiek! Ja kompletnie wariuję!

– Nie wariujesz, stary. A poza tym masz szczęście, że jeszcze komórkę miałem włączoną. I

– Więc sam przyznajesz, że jestem świrem?

– Odwal się. Odwal się! Przyjdź w czwartek, albo jutro umówmy się na piwo.

– Ale kompletnie mi odbiło! Mam jakieś omamy!

– Znam cię. Wszystko się niebawem wyjaśni.

– Zdzisiek…

– Rozłączam się i idę spać. Cześć.

Wasilewski zamknął panel swojej motoroli, a będąc już na moście wrzucił telefon do wody. „Wszystko się wyjaśni”? Chryste! Samo?! Miał dość. Zaszedł do hotelu na malutkiej wysepce pomiędzy mostami, przy młynie. W barze zwanym „Karczmą młyńską” strzelił dwie pięćdziesiątki ginu, zapłacił. Potem przeszedł przez wąską kładkę, której nazwy nie pamiętał. Nie pamiętał niczego, nazw tych wszystkich rzek wokół, kanałów, mostów, jazów czy śluz. Nie pamiętał niczego ze swojego popapranego życia. Miał naprawdę dość.

Wszedł do hotelu HP Plaza. W bezdusznym, amerykańskim barze łyknął koktajl „Wrocławska Noc” i o mało go nie zemdliło. Opuścił hotel. W sklepie całodobowym przy placu Bema kupił sobie piwo i papierosy, przepychając się między pijaczkami. Żałował, że nie ma z nim zako

Wasilewski wyszedł z „Check Point Charlie” w dużo lepszym nastroju. Zahaczył jeszcze o tani bar na Słowiańskiej. Śmierdziało tam kuchnią i ubikacją, ale ludzie też byli OK. Potem stacja benzynowa ESSO na Trzebnickiej. Jakaś taka nierealna, przesadnie oświetlona, pusta, duża, z kilkoma ochroniarzami w czarnych strojach, którzy tu urządzili sobie nocną przystań i przerwę w rozlicznych obowiązkach. Pili kawę i opowiadali ściszonymi głosami o swoich na pewno wiekopomnych przewagach w walce ze światem przestępczym.

Kupił piwo. Jakoś udało mu się przebrnąć przez most, a właściwie dwa połączone mosty Trzebnickie. Prawie dochodził już do swojego domu, gdy zagrodziło mu drogę dwóch mężczyzn w nieskazitelnych garniturach.