Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 50 из 78

Następny dzień był koszmarny. Jakieś spotkania, rozmowy w interesach, brednie, bzdury, ble, ble, ble… Co gorsza, Wasilewski był niewyspany, właściwie to w ogóle nie położył się do łóżka. Podpuchnięte oczy piekły lekko, nie mógł jednak wrócić do mieszkania. Ani chwili nie mógłby wytrzymać sam, zamknięty w pięknie urządzonym domu. Jakiś ślad instynktu samozachowawczego powstrzymywał go od tego. Ciekawe, jak mógł skończyć? Z kablem od odkurzacza zawiniętym wokół szyi i… I co? Skok z balkonu na dwumetrowym przedłużeniu? Nie, nie. Był wariatem, był schizofrenikiem, ale nie był nienormalny. Ha, ha, ha! Wiedział, że jeśli zamknie się sam wśród czterech ścian, z telewizją jako towarzyszką życia, to szybko skończy na dwumetrowym kablu, wprawiając w szok sąsiadów, którym dyndający za oknem trup może przeszkodzić w kolacji. Wariował. I to wyraźnie. Coś było nie tak. Usiłował przypomnieć sobie Ritę Lausch, ale w jego wspomnieniach ona nazywała się jakoś inaczej. Jezu! Jaką Ritę?! Przecież nie mógł żyć w czterdziestym trzecim! Nawet jako wariat. To po prostu niemożliwe!

Gdy zapadł zmierzch, udał się na Nowy Targ i wszedł do niemieckiego bunkra, ukrytego pod powierzchnią placu. „Strefa Radia Kolor” – głosił napis nad betonowymi schodami. Teraz był tu klub z dyskoteką. Żelbetowe ściany gwarantowały, że żaden rozrywający uszy dźwięk nie zburzy spokoju mieszkańców okolicznych domów. Kapela rżnęła na takim wzmocnieniu, że nie można było usłyszeć własnych myśli. I o to chodziło, mniej więcej. O to chodziło. Minął toalety, plastikowe, przezroczyste drzwi. Ochrona zmierzyła go znudzonym wzrokiem, na podłodze są kafelki…

Boże! Skądś wiedział, że kiedyś w podziemiach była brukowana ulica, granitowe krawężniki i zbrojony beton. Że kiedyś na powierzchni strzelano z dział, a tu był szpital i skład amunicji. Bomba fosforowa… Potem, w latach sześćdziesiątych, straszono dzieci, sprowadzając je do bunkra i gasząc znienacka światło, a wtedy fosfor, który wżarł się w ściany, zaczynał świecić. Dzieci płakały ze strachu, a robotnicy rechotali, śmiejąc się z doprowadzonych do amoku cudzych pociech. Nie, nie, nie! To tylko jakieś aberracje umysłowe, musiał czytać o tym w jakiejś książce! Hmmm… A jednak nie. Wyraźnie pamiętał brukowaną ulicę pod ziemią. Dobrze, słyszał o tym jako dziecko. Słyszał o tym. Może raz był w tym miejscu. Może raz. I może nawet się rozpłakał. Albo widział kolegę, który się pobeczał. Stąd, z lat sześćdziesiątych, pamięta brukowaną ulicę pod ziemią. Nie jest wariatem. Nie jest!!! Ma tylko schizofrenię, a nad tym można zapanować. Można! Trzeba tylko chcieć.

Przysiadł przy barze i, wrzeszcząc na cały głos, żeby barman mógł go dosłyszeć w ryku superwzmocnionej kapeli, zamówił duuuuuużą tequilę. Dostał pełną szklankę – tu się nie cackano z maleńkimi kieliszeczkami – i talerz cytryn. Zaczął żłopać, przegryzając tylko jedną cytryną. Chciał się upić. Upić i zapomnieć o wszystkim. Zapomnieć o babie, która miała na imię Rita… Jezu! Jaka Rita? Co ci idioci z nim zrobili?! Wycie muzyki rozsadzało bębenki, trudno było usłyszeć własne myśli. Tłum szalał, Wasilewski chlał na umór.

Nagle zauważył, że nastolaty wokół milkną i w rosnącym zdziwieniu patrzą gdzieś za jego plecy. Nawet barman upuścił czyszczoną właśnie szklankę, która rozbiła się na podłodze, i wybałuszył oczy.

Wasilewski odwrócił się na barowym hokerze. Tuż za nim stał ksiądz w suta

– Chciałbym prosić o chwilę rozmowy, synu – powiedział ksiądz jak mógł najgłośniej. – Czy możemy wyjść na chwilę?

Wasilewski przełknął ślinę. Schizofrenia? No, ale przecież wszyscy wokół też go widzą. Wypił resztę tequili, zapłacił za wódkę równowartość co najmniej połowy volkswagena. Jezu, czy to sen? A czemu nie? Przecież to wszystko jest tylko chorobą umysłową. Ksiądz i dwie zako

Wstał z wysokiego stołka, skinął głową. Ruszyli na górę, po betonowych schodach niemieckiego bunkra.

– Ksiądz się nie boi chodzić po nocy w towarzystwie dwóch zako

– Właśnie dzięki ich towarzystwu się nie boję. To moi ochroniarze.

– Przebrani komandosi?

Ksiądz uśmiechnął się lekko.

– Nie. Są prawdziwymi zako

– A… ksiądz kogo reprezentuje?

– „Ósemkę Biskupa”.

– Proszę?

– Och, nazywają nas kościelną służbą informacyjną, wywiadem wręcz, czy chrześcijańską bezpieką. Ale to bzdury. Spokojnie, nie jesteśmy samodzielnym batalionem Komandosów Częstochowskich imienia Matki Boskiej.

Wasilewski uśmiechnął się. Facet potrafił budzić sympatię.

– Coś słyszałem. Podobno wykorzystujecie kobiety do zbierania informacji.

– To częściowo prawda, aczkolwiek nie do końca podoba mi się słowo „wykorzystujemy”. One same, z własnej woli, dostarczają nam wielu danych.

Minęli Halę Targową, olbrzymi budynek stylizowany na średniowieczny zamek. Weszli do parku nad Odrą, ksiądz wskazał jedną z ukrytych pod drzewami ławeczek. Siostry zako

– Mam ochotę zapić się na śmierć – mruknął.

– Niestety, nie wziąłem nawet wina mszalnego – ksiądz wyjął spod suta

Nalał do nakrętki trochę ciemnego płynu. Wasilewski spróbował. Napój rzeczywiście był wyśmienity – gorzki, korze

– Widzisz, synu – ponownie napełnił nakrętkę zawartością malutkiego termosu. – Wiem, że rozmawiałeś z panem Mierzwą i z panem pułkownikiem Waśkówem. I nawet, wyobraź sobie, wiem o czym.

– Nie wiedziałem, że kościelne służby przenikają się z cywilnymi.

– Zupełnie się nie przenikają. Dowiedziałem się przypadkiem, i bardzo nas ta sprawa zaintrygowała. Bardzo!

– Domyślam się – Wasilewski dopił resztę herbaty i oddał nakrętkę. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

Ksiądz popatrzył na niego zgorszony.

– To fatalny nałóg, synu. Powinieneś mieć silną wolę i rzucić to świństwo – ksiądz rozejrzał się wokół, czy przypadkiem w pobliżu nie pałętają się jacyś ludzie. – Jeśli jednak nie zamierzasz rzucić nałogu natychmiast, to poczęstuj mnie jednym.

Wasilewski wyciągnął paczkę w jego kierunku.

– Czy ksiądz zamierza kontynuować tę idiotyczną sprawę z Daroniem, Ritą Lausch, i tak dalej?

– Zdziwię cię, synu. I to bardzo.

Zaciągnął się papierosem. Zamierzał kontynuować, ale z bocznej ścieżki wyszła starsza kobieta.

– Szczęść Boże! – powiedziała.

– Bg zpłć… – ksiądz ledwie dukał przez zamknięte usta, nie chcąc w jej obecności wypuszczać dymu z płuc. Schował papierosa pod ławką, jak uczeń przyłapany przez nauczyciela. Spod jego suta

– Och, zbiórka na cele charytatywne? – kobieta zauważyła siostry zako

Gdy starsza kobieta odeszła, ksiądz zaczął kaszleć. Nareszcie mógł wypuścić dym z płuc, jednak po chwili znowu się zaciągnął. Jedna z sióstr zako

– Orzeł czy reszka? – spytała koleżankę.

– Orzeł.

Tamta otworzyła zaciśniętą dłoń.

– Reszka. Przegrałaś!

– Dziewczyny! – zdenerwował się ksiądz. – Spokój mi tam! – Gdy obie ponownie złożyły dłonie jak do modlitwy i opuściły głowy, powrócił do rozmowy. – O czym to ja mówiłem?

– Że się zdziwię.

– A tak. Właśnie – odchrząknął i zaciągnął się znowu. – Otóż prowadziliśmy kiedyś podobne śledztwo. Och – zrobił odżegnujący gest. – „Śledztwo” to za dużo powiedziane. Jednak coś jest na rzeczy.

– W sprawie Daronia?

– Nie. Intrygowały nas pewne… dziwne przypadki. W latach czterdziestych Kościołowi trochę dopiekł pewien działacz PPR – tu, we Wrocławiu. Mniejsza o nazwisko, tego pana zastrzelili potem szabrownicy w Dzierżoniowie. Co dziwne, rozpoznano go jako członka Milicji Obywatelskiej w Wałbrzychu. Rok później. Niby nic, może brat, może sobowtór, może to tylko przypadkowe podobieństwo, albo pomyłka któregoś z wiernych, może przewrażliwienie jakiegoś kleryka… Problem w tym, że Kościół jest pamiętliwy. Nie w sensie zemsty, Broń Boże, ale u nas sprawy długo tkwią w pamięci. Długo, naprawdę długo.

– Tysiące lat?

– Nie przesadzajmy – ksiądz uśmiechnął się. – Tylko że to jeszcze nie koniec. Ten pan z milicji zginął w trakcie ulewy pod osuwającą się hałdą, w Wałbrzychu, w latach sześćdziesiątych. I znowu to jeszcze nie koniec historii. Jedna z wiernych rozpoznała go w roku 1979! W Niemczy. Był wikarym tamtejszego kościoła.

– Łaaaaaaaał! – Wasilewski roześmiał się na cały głos. – Najpierw PPR, potem milicja, a potem wikary. Jakby przewidywał przyszłość! – ryknął śmiechem jeszcze głośniej. – I odpowiednio się ustawiał!

– Z ust mi to wyjąłeś, synu – ksiądz uśmiechnął się uprzejmie. – Z ust mi to wyjąłeś, doprawdy!

– Przecież to zbiór bzdur!

– Taaak? – uśmiech znikł nagle z twarzy. – A Rudi Schenck? Dlaczego w środku wojny nagle zaczął się uczyć współczesnego języka polskiego?

– Co ksiądz sugeruje? – Wasilewski otrząsnął się nagle. – Zaraz… Jak to „współczesnego” języka? O co chodzi?

– Ha! Bo pan Rudolf nie był Niemcem.