Страница 41 из 78
– O kurwa! – jęknął Dietrich.
Mimo środka nocy obie maszyny miały idealne warunki do lądowania. Perfekcyjne oświetlenie z odwróconych latarni, niesamowicie długi, równy betonowy pas, i żadnych przeszkód wokół. Dromadery wylądowały jeden po drugim. Potem zaczęły kołować po szerokiej przestrzeni, by ustawić się jak najbliższej strażackiej pompy, która wprost z rzeki mogła napełnić ich ogromne zbiorniki. Mniej więcej po minucie pojawił się An-2 i również wylądował jak na paradzie, ustawiając się pod pompą. Potem znowu dwa kolejne Dromadery, tak jak poprzednie wykonując ciasny krąg, ustawiły się na osi starego, wojskowego lotniska.
– Jezu… – Dietrich ukrył twarz w dłoniach. – Co myśmy zrobili?! – patrzył na łuny pożarów, z różnych stron rozświetlające miasto, na kołujące w powietrzu samoloty gaśnicze, na setki osób uwijających się jak w ukropie.
„Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni i do ciężkiej pracy – grzmiały głośniki ustawione na samochodach policji – mają stawić się w jednostkach wojskowych najbliższych swojego miejsca zamieszkania. Inżynierowie wszystkich specjalności muszą zgłosić się w swoich miejscach pracy. Wszyscy lekarze…”.
– Co myśmy zrobili? – powtórzył Dietrich. Chyba dopiero w tej chwili uwierzył.
Gusiew wyjął papierosa.
– Czy ktoś ma ogień? – zerknął na łuny pożarów. – Powiem wam tak: dopiero teraz ten facet z podziemi mnie wkurwił.
– I co mu zrobisz? Co zrobisz gościowi, który ci się tylko śni?! – podświadomie odwrócił sytuację agentów schodzących do podziemnego miasta.
– Zejdę tam jeszcze raz.
– Żeby wywołać wojnę, czy żeby zwariować?
Gusiew usiadł na niskim murku okalającym schody prowadzące do najbliżej sali dydaktycznej.
– Muru Marzeń nie można przejść, ponieważ popada się w szaleństwo. I prawie tego doświadczyłem. Uratowaliście mnie jednak, bo byłem tam zbyt krótko.
– Kilkanaście sekund.
– OK.
– Nie da się spać kilka sekund, budzić się i zasypiać znowu.
– Nie da się? – Gusiew zapalił nareszcie papierosa. – Nie da się?
– O kurwa! – Dietrich przysiadł obok niego. On też sobie przypomniał. – O żesz ty…
– O czym mówicie? – spytała Irmina.
Dietrich zaciągnął się głęboko. Zerknął na dziewczynę.
– Był taki amerykański prezenter radiowy, który postanowił pobić rekord długości niespania. Wytrzymał kilkadziesiąt godzin. Cholera wie, nie pamiętam. I coś dziwnego zaczęło się z nim dziać. Dziwna rzecz. Później naukowcy stwierdzili, że on zasypiał na parę sekund, bodaj od razu w fazie REM. Kilka sekund snu, parę minut jawy i znowu… – uśmiechnął się szeroko. – To może zadziałać! Parę sekund snu i znowu jesteś u nas. A potem znowu parę sekund. Nie zdążą ci nic zrobić.
– Leśmian o tym nie wiedział – Irmina uśmiechnęła się również.
– Nie wiedział o czymś jeszcze. Ja domyślam się, gdzie jest Fałszywy Cmentarz.
– Jezu… Gdzie?!
– To proste jak obsługa młotka – Gusiew zwrócił się do Dietricha. – Skontaktuj mnie z najlepszymi specjalistami od średniowiecznych cmentarzy. Niech nakarmią mnie całą wiedzą o ówczesnych nekropoliach. Daj im na przygotowanie trzydzieści godzin. Leśmian nie miał takich możliwości.
– Cmentarze? To poproszę kolegów z uniwerku. Ale czekaj – Dietrich podrapał się w brodę. – Skoro ich świat oddziałuje na nasz, to i nasz na ich…
– O czym myślisz?
– Potrzebuję gazu usypiającego, a może i gazów bojowych. Specjalistów od uszczelniania pomieszczeń. Kilku masek przeciwgazowych. Speców od skażeń.
– Co za problem?
– Jezu – przerwała im Irmina. – Gazy bojowe? Maski? Skąd to weźmiecie, chłopaki?!
– Czyżbym nie mówił ci, że wszystkie uczelnie to jedna wielka mafia? I my się popieramy wzajemnie.
– No, ale jak?… Gazy bojowe?
Gusiew popatrzył na kolejną parę Dromaderów lądujących na placu Grunwaldzkim.
– Gazy bojowe i usypiające to chemicy z Politechniki. Uszczelnianie pomieszczeń to chłopaki z materiałoznawstwa. Maski przeciwgazowe załatwimy na „Zmechu”, żołnierze mają tego od metra…
– I dadzą wam? – dopytywała się Irmina.
Dietrich tylko westchnął.
– Już ci chyba mówiłem. Nie ma takiej możliwości, żeby kolega nie pomógł koledze.
Gusiew wstał i przeciągnął się.
– Dobra. Mamy jakieś trzydzieści godzin na załatwienie wszystkich spraw. Do roboty, mafiosi!
Wrocław powoli wydobywał się z szoku spowodowanego pożarami. Oczywiście stacje telewizyjne ciągle piały na „wysokim C”, ale miasto, jak setki razy w swojej historii (od epoki kamienia licząc, to było prawie trzysta tysięcy lat), rozpoczęło już kolejny proces odbudowy. Podnoszenie się z ruin wszyscy obywatele mieli we krwi, a być może było to już nawet zapisane w ich genach. Następujące po sobie pokolenia robiły to tyle razy, że bez żadnych nakazów czy planów każdy wiedział, gdzie jego miejsce i co ma robić. Realnej pomocy udzielił jedynie Poznań oraz mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek – jak zwykle. Historia lubi się powtarzać…
Zresztą zniszczenia nie były zbyt wielkie. Pożary zabytkowych obiektów udało się szybko ugasić, a kilka zniszczonych kwartałów domów znajdowało się w jakby celowo wybranych, najbrzydszych miejscach. Czyżby to miało być tylko ostrzeżenie?
Gusiew wzruszył ramionami. Był coraz bardziej otępiały od niewyspania. Tym razem role się odwróciły. Ivan z Irminą odsypiali zaległości, a on przeciwnie – od kilkudziesięciu godzin (powoli tracił rachubę) usiłował nie zasnąć. Wymyślał sobie różne zajęcia. Zrobił nowe prześwietlenie u kolegi w szpitalu, odwiedził chyba wszystkie znajome nocne bary, budząc totalne zdziwienie u kelnerów, którzy go znali, bo zamawiał wyłącznie kawę, soki i energizery. „Co, wątroba wysiadła?” – pytali, a on śmiał się. Nie mógł pić, bo zasnąłby natychmiast. Jednak w barach też mu to groziło, chodził więc po parkach, a potem kupował jakieś rzeczy w galeriach handlowych, otwartych dłużej z powodu napływu do miasta ludzi związanych z usuwaniem skutków pożaru. Kupowanie czegokolwiek, choćby i głupiej koszuli, sprawiało, że czarny pies oddalał się na chwilę. Dziwne, jak prymitywnie skonstruowany jest człowiek! Odwiedził już chyba wszystkie supersklepy, przemierzył chyba wszystkie podziemne i nadziemne wielopoziomowe parkingi. Właściwie w oczach miał już tylko pły
Gdy zamknięto galerie, zaczął jeździć po mieście. Przed siebie, przez mosty, parki… Oglądał te wszystkie wyłaniające się z mgły przeszłości budowle, i znowu ogarnęło go przeczucie, że starzy mistrzowie, twórcy wszystkiego wokół, chcieli mu coś powiedzieć. W tym wszystkim musiał tkwić jakiś zaklęty przekaz. Coś, co kryło się w samej geometrii miasta. Ale co?! Co przed trzystu tysiącami lat, w epoce kamienia, mogli robić mistrzowie, by ich dzieło nie zostało zmienione przez wyrafinowanych architektów dziewiętnastego wieku, czy choćby przez miliony żołnierzy, pozostawiających swoje gorejące piętno po każdym najeździe? Nie miał pojęcia, wiedział jednak, że jakiś tajemniczy przekaz krył się w samej geometrii miasta. Był w niej zaklęty.
Drgnął, gdy zadzwonił ukryty w kieszeni budzik. Szlag! Powinien już jechać do instytutu.
Kopnął gaz do oporu. Na szczęście nie było daleko. Ciepły wiatr wpadał przez otwarte okna. Oby tylko nie zasnąć…
Fachowcy z paru uczelni przebudowali i uszczelnili były gabinet Borkowskiego.
– Już? – Dietrich skończył przyklejać elektrody. – Minęło wystarczająco dużo czasu.
– Powinieneś już mieć mikrosny – dodała Irmina.
– Może i mam. Ciężko mi się skupić.
– OK. No to wkładamy maski przeciwgazowe.
Obydwoje pomogli zapiąć Gusiewowi paski mocujące maskę do głowy. Zauważył jeszcze, że Ivan odkręca zawór ogromnej butli. Tak właściwie to wcale nie chciało mu się spać, ale na wzmocnieniu aparatury przestawionej na jałowy bieg…
BUM!
Na kilka sekund znalazł się w podziemnym Wrocławiu. Właściwie niczego nie zdążył zauważyć, tak duże było zaskoczenie.
Po chwili siedział w gabinecie Borkowskiego, patrząc na Ivana i Irminę przez okulary maski.
Znowu przeskok.
Zauważył śpiącą Irkę, wariata i wiele i
Znowu siedział, patrząc na przyjaciół.
Przeskok. Szybkim krokiem ruszył w kierunku Muru Marzeń. Za krótko, żeby zdążył zwariować. Bo właściwie to był w realnym świecie. Tu przenosiły go na krótkie chwile wzmocnione elektroniką mikrosny. Tak naprawdę jego umysł nie zasypiał. On ciągle tkwił w realnym świecie, wyczerpany bezse
Nikt nie mógł mu przeszkodzić. Wszyscy wokół spali.
Gusiew analizował całą swoją wiedzę o cmentarzach, którą przekazali mu koledzy z uniwersytetu. Cmentarze w średniowieczu najpierw były miejscami bezpiecznymi. Tam się chowało dobytek na wypadek najazdu; wystarczyło zawiesić co ce