Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 40 из 78

– Idziemy – zerknął na Irkę.

Ta pociągnęła wariata w kierunku Kraszewskiego. Choć nazwy ulicy domyślał się jedynie na podstawie położenia ważniejszych budowli, które istniały w realnym świecie, to miał wrażenie, że wybrała dobry kierunek. Cała reszta została przebudowana na drewniane, średniowieczne kamieniczki i wąskie ulice z rynsztokami pośrodku, znane mu tylko z nielicznych rycin, które oglądał w albumach. Powoli zbliżali się do skrzyżowania Łaciarskiej i Kotlarskiej. Gdzieś tu musiał być kiedyś Mur Marzeń. Gusiew orientował się teraz w ich położeniu wyłącznie po dachach kościołów. Drgnął, gdy usłyszał dźwięk dzwonu. Najpierw jeden, potem przyłączyły się następne.

– Co to jest?

– Biją w dzwony, bo zauważyli pożar – wariat wskazał kciukiem za siebie.

Gusiew zatrzymał się nagle.

– To ty potrafisz mówić?!

Wariat spojrzał na niego zdziwiony.

– No przecież zawsze mówiłem – wzruszył ramionami. – To ty bełkotałeś.

– No nie, nie. Przez cały czas przyznawałem ci rację – uśmiechnął się z własnego dowcipu. – Irka, co ty na to?

– Yrrggghhhhyyyyy – powiedziała Irka.

Gusiew zrozumiał.

– O Jezuuuuuuuu! – krzyknął, kucając momentalnie i zaciskając powieki.

Wokół biły dzwony.

Wokół słychać było ryk syren. Gdy Dietrich obudził Gusiewa w realnym świecie, widząc na wykresach, że przyjaciel kuca, ten nie mógł nawet unieść się na łokciu.

– Co się stało?

Gusiew – nieprzytomny, ogłuszony syrenami wielu samochodów, które przemykały pod instytutem – z trudem potrząsnął głową.

– Zacząłem wariować – mruknął. – Doprowadzili mnie do szaleństwa.

– Co?

– Wariat, którego prowadziliśmy ze sobą we śnie, nagle przemówił zrozumiałym językiem. A Irka zaczęła bełkotać. Jaki z tego wniosek? – Gusiew podniósł się ciężko i sięgnął po ubranie na krześle. – Że to ja zwariowałem. Musiałem uciekać, żeby nie spędzić reszty życia w jakimś wariatkowie na wspinaniu się po niewidzialnym murze.

– Więc tak załatwiali agentów? Tych, co zaszli za daleko?

– To znaczy, że ona ma na imię Irka? – spytała Irmina. – To od Ireny?

– Od Iraku.

– Chodźcie – Gusiew nareszcie uporał się z ubraniem. – Są jeszcze skutki uboczne.

– Czekaj, co zrobimy? Jeśli każdego, kto zbliży się do Muru Marzeń, ogarnia szaleństwo, to nie ruszymy dalej.

– Jeszcze nie zwariowałem, więc jeśli przebywa się tam stosunkowo krótko, szaleństwo chyba nie ogarnia człowieka. Przynajmniej nie tak od razu.

– No to co zrobimy? – powtórzył Dietrich.

– Na razie zobaczmy, jakie są skutki uboczne – Gusiew otworzył drzwi. – Szybciej!

Wybiegli na parking przed instytutem. Potem dalej, na ulicę.

Liczba wozów straży pożarnej, które usiłowały przepchnąć się wąską ulicą, pozwalała przypuszczać, że każdy wrocławianin ma chyba własną „sikawkę”. Albo własną karetkę pogotowia, bo drugi pas był zajęty przez grzęznące w korku pojazdy służby zdrowia.

– O kurwa!

– Jak długo to trwa? – spytał Gusiew.

– Syreny słyszeliśmy od paru godzin…

– Tak. Czas we śnie płynie inaczej…

– Czekaj – wtrąciła się Irmina. – Tędy się nie wydostaniemy – wskazała na zapchaną ulicę.

– Mam gazik zaparkowany po drugiej stronie. Od szpitala – Dietrich wskazał kierunek.

Przebiegli podziemiami niemieckiego bunkra. Szpitalni ochroniarze początkowo nie chcieli ich przepuścić. Wymiękli dopiero na widok służbowych legitymacji.

– Co się dzieje?

– Nie wiem – starszy już, gruby mężczyzna w czarnym mundurze wzruszył ramionami. – W radiu słyszeliśmy, że pali się kościół Świętej Elżbiety… i chyba cała ulica Traugutta. Mają ściągać posiłki.

– A nam kazali nie wpuszczać nikogo do budynków publicznych – dodał drugi ochroniarz. – To są podobno celowe podpalenia.

– Bin Laden atakuje!

– Spokój! Wy idźcie na parking – Gusiew zerknął na Irminę i Ivana, a potem pobiegł do całodobowego sklepu w podziemiach szpitala. Obecność pacjentów (w dzień) i niezliczonych rzesz ochroniarzy ze wszystkich okolicznych budynków (nocą) sprawiała, że całodobowy sklep w tym miejscu dawał gwarancję zysku, jednak „Pułkownik” spędził parę chwil na budzeniu sprzedawczyni. Kupił dzieci

– No i co ty robisz?! – Dietrich wychylił się z szoferki, w której na cały regulator wyło radio.

„Wrocław jest w dramatycznej sytuacji! Bezprecedensowa w historii Polski skala pożarów daje rzecznikowi Straży Pożarnej asumpt do oświadczenia, że była to cała seria celowych podpaleń. Płonie, po raz kolejny w historii miasta, kościół Świętej Elżbiety, kościół Jedenastu Tysięcy Dziewic, a także boczna nawa Katedry. Cała ulica Traugutta w ogniu! Palą się galeriowce na Krzykach! Bardzo ciężka sytuacja na ulicy Zielińskiego zmusiła służby porządkowe do masowej ewakuacji mieszkańców. Zmobilizowano obecne w granicach miasta oddziały wojskowe oraz służby specjalne. Od dwóch godzin obowiązuje dekret prezydenta o zakazie wstępu do jakichkolwiek budynków publicznych. Pracownicy wszystkich prywatnych firm ochroniarskich mają udać się bezzwłocznie do punktów koncentracji przewidzianych w planie mobilizacyjnym. Inżynierowie architekci, urbaniści, budowlańcy, elektrycy, hydraulicy, górnicy, gazownicy, chemicy oraz inżynierowie z uprawnieniami wodno-kanalizacyjnymi mają natychmiast zgromadzić się w swoich zakładach pracy. Wszystkich przebywających w domach lekarzy wzywa się do stawienia w miejscach pracy w trybie pilnym. Służby komunalne stawia się w stan mobilizacji. Każdy mężczyzna zdolny do noszenia broni i ciężkiej pracy ma natychmiast zgłosić się w najbliższej jednostce wojskowej…”.

– Boże! Co ty robisz?! – wrzasnął Dietrich, patrząc, jak Gusiew kończy oklejać jego samochód samoprzylepnymi literami z dzieci

– Inaczej nas nie przepuszczą – Gusiew zamontował na dachu żółtego koguta i wetknął kabel do gniazda zapalniczki.

– Dlaczego nie napisałeś „Army Rangers”?! Co to jest „P. KwP. w Ś”?

– Cała nasza nadzieja w tym, że oni też nie wiedzą – Gusiew wskoczył na przednie siedzenie. – Ruszaj!

Radziecki jeszcze, ale tuningowany wielokrotnie gazik na szczęście zapalił od pierwszego razu. Dietrich przygrzał ostro, ale za chwilę wrąbali się w korek przy parku.

– Jedź przez trawnik!

– Jezu…

– W razie czego złożymy się na mandat.

Gazik bez trudu pokonał krawężniki i żywopłot, masakrując niewielkie krzaki. Wydostali się na główną, potem pod most Zwierzyniecki, ale… Tu właśnie zrozumieli, co naprawdę znaczy tytuł „O jeden most za daleko”… W każdym razie Arnhem z całą pewnością nie było szturmowane z taką zaciekłością, jak most Zwierzyniecki.

– Psiakrew – Dietrich wysiadł i stanął na masce. – Robimy w tył zwrot i jedziemy wokół tego bajzlu, przez Mydlaną i na Karłowice.

– Ocipiałeś? Przecież tak jak za powodzi główna pomoc przyjdzie od strony Poznania! Całe Karłowice będą zaraz zatkane poznańskimi wozami straży pożarnej!

– No to w lewo, cofamy się i przez…

– Na Krzykach będziesz miał wozy z Legnicy, Brzegu i Opola. Dotrą szybko, bo mają dobrą A-4, ale później wrąbią się w miasto. Będziesz miał monstrualny korek przy każdej stacji benzynowej, bo przecież paliwo im się skończy.

– No to co robimy? – Dietrich zajął z powrotem miejsce za kierownicą.

Gusiew wychylił się z okna.

– Gazownia!!! Gazownia!!! – zaczął się drzeć, wymachując swoją legitymacją z Instytutu Badania Snów. – Pilny przejazd!!!

Jeden z mężczyzn, którzy usiłowali kierować ruchem na moście zbliżył się trochę, patrząc na napisy „P. KwP. w Ś” z lekka ogłupiałym wyrazem twarzy.

– Dobra, jedź przez chodnik. Powinieneś się zmieścić.

Dietrich, przyzwyczajony w domu do wzorowego porządku i prawdomówności, o mało nie dostał zawału. Poczerwieniał na twarzy i już po samej jego minie było widać, że nie jest z gazowni, ale z góry żałuje i prosi wysoki sąd o możliwie najniższy wymiar kary. Jechał prawym chodnikiem mostu, usiłując nie patrzeć na wprost, i tylko interwencja Gusiewa uchroniła go od uderzenia w barierkę.

– Dalej chodnikiem – o mało nie wyrwał koledze kierownicy z rąk.

Darli przez Curie-Skłodowskiej, a właściwie trawnikami przy trotuarach. W ten sposób prawie udało im się dotrzeć do ulicy Norwida, tu jednak natknęli się na strażaka, który nie miał już wrodzonej uprzejmości policjantów, i którego nie wzruszały żadne legitymacje.

– Spierdalać! – zakomunikował im miłym głosem.

Jakimś cudem skręcili jeszcze w Norwida, ale dalej już nie dało się jechać. Barykada z dwóch policyjnych kolczatek i sporego autobusu, skonfiskowanego Akademii Rolniczej, skutecznie gasiła zapały tych, którzy chcieliby się przedrzeć.

– I co teraz? – spytała Irmina.

– Spróbujmy przejść na plac – mruknął Gusiew, wysiadając z samochodu. – Zobaczymy, co się dzieje.

– Przecież wokół pełno wojska i policji. A do budynków rządowych nie można teraz wchodzić – wskazała na rząd czerwonych tablic na bramach wokół.

– To są budynki różnych uczelni, a uczelnie – zapamiętaj dokładnie! – uczelnie to jedna wielka mafia.

Pobiegli w stronę wejścia do jaskini astrofizyków. Ochroniarze, oczywiście, zastopowali ich w wejściu, lecz wystarczył jeden telefon do kolegi, który w odpowiedzi nie przebierał w słowach, żeby ochroniarze, gnąc się w ukłonach, przeprowadzili ich na plac po drugiej stronie. Dalej jednak nie szli, bowiem widok był zupełnie nieprawdopodobny…

Ktoś zerwał już trakcję tramwajową i przewrócił słupy. Ktoś wygolił wszystkie żywopłoty. I