Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 78

LEGENDA

czyli pijąc wódkę we Wrocławiu w 1999 roku

Ivan „Sepp” Dietrich siedział razem z „Pułkownikiem” Gusiewem w małej kawiarni, urządzonej w przejściu podziemnym. Przejście było dosyć szczególne. Pochyłe ściany z ręcznie obrabianego kamienia podtrzymywały żelbetowy strop o grubości paru metrów. Jedną ze ścian „zniknięto”, i przez ogromny wykrój można było obserwować taras, wychodzący nad obramowaną morzem zieleni fosę. Właściwie był to stary bunkier, który wykorzystywano także jako przejście podziemne – po jego powierzchni, zwanej placem Pierwszego Maja, jeździły samochody i tramwaje, niżej zaś uruchomiono sklepy i kawiarnie, a także stanowiska telefonów TP SA. Jeszcze niżej znajdował się taras i fosa.

Był późny, letni wieczór. Gusiew i Dietrich grali w karty, sącząc piwo przy stoliku osłoniętym ogromnym parasolem. Dietrich rozdawał po pięć kart do pokera. Gusiew położył dziesięć złotych w ciemno.

– Nie przesadzasz?

– Wiem, że wygram.

– To i ja wiem. Ty zawsze we wszystko wygrywasz.

Gusiew uśmiechnął się lekko.

– A wiesz dlaczego?

– Bo masz szczęście, dupku. Zawsze ze mną wygrywałeś. W każdej grze, w każdym losowaniu; w marynarza, w rzucaniu monetą, i w pićki pod mostem…

– A wiesz dlaczego? – powtórzył Gusiew.

– Bo jesteś cholernym szczęściarzem.

– Nieprawda. Jestem zwykłym pechowcem.

– Pieprzysz.

– Widzisz… To w ogóle nie w tym problem. Pochlebiam sobie, że pisarz to taki facet, który ma niezwykły zmysł obserwacji – Gusiew rzeczywiście był pisarzem. Poza etatem na uczelni zajmował się pisaniem opowiadań i powieści. – Zawsze, ilekroć jadę przez Wrocław, widzę milion historii. I jeśli potem opowiem jedną z nich znajomym, to mają mnie za kłamcę i bajeranta.

– A tak nie jest?

– Ja to wszystko naprawdę widzę. Jak ktoś nie ma zmysłu obserwacji, to niech się nie bierze za pisanie.

– A jak to połączysz z wygraną w karty?

Gusiew złożył ręce jak do modlitwy.

– Czułeś to drgnięcie rzeczywistości przed chwilą?

– Szlag! Jakie drgnięcie?

– Nie czułeś? Nie poczułeś, że wygrasz?

Dietrich wzruszył ramionami. Pociągnął łyk piwa, które już powoli robiło się ciepłe.

– No to ja wygram – Gusiew wyłożył odkryte karty na blat stolika. Miał dwa walety, dziewiątkę, trójkę i dwójkę.

– Ty… To nie jest poker amerykański. Dlaczego odkryłeś?

Gusiew położył na stoliku dwadzieścia złotych.

– Chcę ci dać szansę. Tylko że i tak nie wygrasz.

Dietrich zerknął we własne karty. Miał trzy asy, króla i szóstkę.

– Akurat wygrasz – mruknął, wyrównując dwadzieścia. – Ile?

Gusiew popchnął w jego kierunku dziewiątkę, trójkę i dwójkę.

– Trzy. Nie masz szans.

– Zobaczymy – Dietrich wymienił dwie. Zerknął w karty. Miał swoje trzy asy i dwie dwójki. Full. – No i co, koleś? Myślę, że pięćdziesiąt złotych nie byłoby teraz przesadą.

– Nie trać forsy – Gusiew podniósł głowę, patrząc na betonowe dźwigary powyżej. Po omacku odwrócił swoje karty, nawet na nie patrząc. – I co? – spytał ciągle z głową do góry. – Co mam?

Dietrich, wściekły, zapalił papierosa.

– Cztery walety – zaciągnął się głęboko. – Psiakrew! Ty zawsze wygrywasz. Szlag… Jak trzeba było wylosować książkę na aukcji i rzucaliśmy monetami… Jak kupowaliśmy sobie rewolwery w sklepie i trzeba było wylosować komu przypadnie model „Steel Blue”…

– To zupełnie nie o to chodzi – Gusiew wyjął z kieszeni monetę. – Orzeł czy reszka?

– Orzeł.

Gusiew rzucił. Ciągle nie odwracał oczu od dźwigarów powyżej.

– Co wyszło?

– Reszka! Kurde balans!

Gusiew wyjął z kieszeni długopis. Położył na stoliku i zakręcił.

– Nie spytam już kogo wskaże…

– Pewnie ciebie.

– No.

Długopis wirował na mokrym blacie. Po chwili zaczął zwalniać. Gdy się zatrzymał, wysunięty wkład mierzył wprost w brzuch Gusiewa. Dietrich zaklął głośno.

– Jak ty to robisz?

– Ja tego nie robię – Gusiew dopił resztę piwa. – To się samo robi.

– Nie pieprz mi tu na głodno!

– Sam powiedziałeś, że zawsze we wszystko wygrywam. A ja uważam, że jestem największym pechowcem, jakiego ziemia nosi. Jestem koszmarnym nieudacznikiem, Ivan.

– Srasz – to tak. Ale nie jesteś pechowcem!

– Śmiejesz się. Niepotrzebnie.

– Sam pamiętam, jak za kryzysu staliśmy w kolejce po benzynę. Ze trzy godziny. Już dojeżdżaliśmy do stacji, kiedy przyjechała cysterna. I szedł facet z zakazem wjazdu w ręce. Trzysta aut w koszmarnej, socjalistycznej kolejce. A on… ustawił zakaz dokładnie za twoim samochodem. Nie musiałeś czekać kolejnych dwóch godzin, bo tyle to wtedy trwało. On wybrał dokładnie twój tylny zderzak. Twój, spośród trzystu i

– Drgnięcie rzeczywistości – Gusiew też zapalił papierosa.

– Co?

– Nie czujesz tego? Gdy masz wygrać, to czujesz drgnięcie rzeczywistości.

– Niech cię szlag trafi. Co?

– Popatrz – „Pułkownik” wyjął z kieszeni dwie kości. Rzucił. Trójka i piątka. – Teraz przegram – powiedział.

Dietrich miał piątkę i czwórkę. Jeszcze raz. Gusiew – trójka i dwójka. „Sepp” – czwórka i piątka.

– A teraz wygram – Gusiew rzucił dwie szóstki. Dietrich miał jedynkę i dwójkę.

– Ja cię pieprzę. Jak ty to robisz?

– Ja tego nie robię. To się samo robi. Ja tylko obserwuję rzeczywistość.

– Jak, psiakrew, obserwujesz rzeczywistość?!

– Widzisz… – Gusiew gestem przywołał kelnerkę i zamówił jeszcze dwa doskonale schłodzone Okocimie. – Wielokrotnie zwróciłem uwagę na to, że gra, w którą gramy, usiłuje nam pomóc. Oczywiście, jeśli gra trafi na wyjątkowego jełopa, albo warunki nie sprzyjają, to nic z tego nie będzie, ale…

– Dziękuję ci, że nazwałeś mnie jełopem – Dietrich uśmiechnął się promie

– Nie opowiadaj. Gra chce, żeby ją wygrać, i dlatego pomaga graczowi. To jest właśnie drgnięcie rzeczywistości. Dobry obserwator to czuje.

Dietrich przygryzł wargi. Długo znał Gusiewa, więc wiedział, że kolega nie robi sobie jaj.

– OK. Pokaż mi to „drgnięcie rzeczywistości” – wyjął z kieszeni garść monet. – Ile mam w łapie? Ten, kto będzie bliższy kwoty, wygrywa! – analizował w umyśle swoje dzisiejsze wydatki, czuł w dłoni ciężar monet. Teraz musiał wygrać. – Dwadzieścia złotych. Nie…- potrząsnął ręką, chcąc zważyć bilon. – Piętnaście. Mmmmmm… Trzynaście. Dwanaście. Około dwunastu złotych.

– Siedem pięćdziesiąt – mruknął Gusiew.

– A gówno! – Dietrich wysypał monety na blat. Zaczął liczyć. Podniecony rozgrywką, wypił dwa łyki piwa. – Pięć, sześć, sześć dziewięćdziesiąt… Chryste… Siedem dziewięćdziesiąt! Siedem, jasna cholera, dziewięćdziesiąt! Skąd wiedziałeś?!

– Nie wiedziałem.

– To dlaczego strzeliłeś siedem pięćdziesiąt?

– Nie strzelałem. To było drgnięcie rzeczywistości.

Dietrich upił dwa kolejne łyki.

– To znaczy?

– Wiedziałem, ile masz w garści. Mniej więcej.

– Gra ci powiedziała?

– Nie. Czułem. Nie wiem jak to powiedzieć…

Upalne letnie popołudnie nie było tak dokuczliwe w podziemnym schronie-przejściu, pod paroma metrami betonu, z wielką wyrwą wpuszczającą wiejący znad fosy wiatr i z zimnym piwem na stoliku. Nieliczni przechodnie snuli się powoli, słońce lśniło na powierzchni wody coraz czerwieńszymi odblaskami. Po raz kolejny tego popołudnia Gusiew spojrzał na elegancką kopertę, która zawierała jego wyniki ze szpitala. Potem przeniósł wzrok na wycięte z gazety zdjęcie, przedstawiające małą, kilkuletnią dziewczynkę, siedzącą samotnie na płaskim dachu jakiejś przybudówki. Dziewczynka, zamyślona, patrzyła w pustą, zamgloną przestrzeń przed sobą.

Zrobiło mu się smutno. Winston Churchill nazywał to „czarnym psem”. Ludzie różnie nazywali depresje. Jego własny, Gusiewa, czarny pies, czaił się gdzieś w pobliżu. Jeszcze nie podchodził, ale już szczerzył zęby w ukryciu, krążąc niespiesznie wokół. „Będę cię miał, stary” – zdawał się mówić w swojej psiej mowie. – „Będę cię jeszcze miał…”.

„Sepp” Dietrich pociągnął wielki łyk piwa.

– Coś się tak zamyślił, stary? – spytał.

„Stary”… Tak samo mówił czarny pies.

– Aaa… pierdoły.

– Muszę z tobą nareszcie wygrać.

– To wygraj.

– W co?

– W marynarza? – Gusiew odpowiedział pytaniem. Czarny pies był niebezpiecznie blisko.

– Nie ma sprawy – Ivan podniósł szklankę do ust, ale nie zdążył dokończyć tego ruchu. Coś się w nim szarpnęło. Gusiew też to poczuł, i to dużo lepiej.

– Jezus! – Dietrich odstawił piwo. – Jezus Maria! Poczułem!!!

– Taaaa?

– Poczułem drgnięcie rzeczywistości! Teraz wygram!

Gusiew uśmiechnął się lekko.

– Gra zawsze chce ci pomóc – powtórzył. – Ale zwykła gra jest jak zapałka. Musisz być dobrym obserwatorem i musisz trzymać rękę bardzo blisko, żeby poczuć ciepło. A to… To było jak bomba atomowa.

– Co ty pieprzysz? Poczułem! Teraz wygram.

– Nie. Nie wygrasz.

– Poczułem drgnięcie rzeczywistości.

– Tak? – Gusiew ciągle się uśmiechał. Dla niego, dla obserwatora natchnionego, to było jak orgazm. On to czuł całą swoją istotą, wszystkimi nerwami. Nie mógł otrząsnąć się z szoku. – Właśnie zaczęła się jakaś gra. Wielka. Monstrualna. Zupełnie nieprawdopodobna!

– Pieprzysz.

– Ona chce nam pomóc. To będzie potwornie nierzeczywiste uczucie – schował kopertę ze szpitala i zdjęcie dziewczynki do teczki. – Nigdy jeszcze nie czułem czegoś takiego.

– Nieprawda. Teraz wygram. Poczułem!

– Nie.

Dietrich wyciągnął nad stołem pięść zaciśniętą do gry w marynarza.

– OK. Patrz jak wygrywam. Liczymy ode mnie. Raz, dwa, trzy…

Gusiew pokazał dwa palce, Dietrich też dwa.

– Szlag! – nawet nie liczył. – Znowu wygrałeś.

Gusiew zaczął się śmiać.

– To nie ta gra – mruknął. – Zaraz coś się stanie.

– Co? – „Sepp” patrzył ogłupiały.