Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 78

Nowa sekretarka przerwała ponure milczenie, panujące w gabinecie szefa. Nie bardzo jeszcze wiedziała, jak się zachować, więc podsunęła mu pismo pod nos. Przeczytał kilka linijek tekstu i podniósł wzrok. Ci, którzy go znali, zaczęli się naprawdę bać.

– Panowie – powiedział Big Boss. – Czy ja pracuję w Komendzie Wojewódzkiej Policji, czy w burdelu?

Cisza była dosłownie namacalna. Nikt nie śmiał podnieść oczu.

– Czy ktokolwiek mógłby mi odpowiedzieć na to proste pytanie?

Cisza.

– Napastnik aresztowany przez Hofmana powiesił się w celi! Czy ja pracuję w burdelu?! Czy ja wyglądam na burdelmamę?!

Oficerowie prawie zaczęli się szturchać, żeby tylko wypchnąć kogoś do odpowiedzi.

– Czy ja pracuję w burdelu? – powtarzał wielki facet za biurkiem.

– Nie, panie komendancie – nareszcie ktoś się odważył. – Pracuje pan w Komendzie Wojewódzkiej Policji.

Big Boss odsunął od siebie wystygłą kawę.

– No to w przeciągu paru dni chcę mieć wyjaśnienie tej sprawy. Ewentualnie wasze dymisje, panowie. Możecie mi przynieść albo jedno, albo drugie – zażartował ponuro.

Matysik obstawił szpital wojskowy, Tomecki stał przy szpitalu kolejowym. Obaj staruszkowie nie budzili niczyich podejrzeń, bo przecież tacy zawsze kręcą się na urazówce. Męczą, narzekają, czepiają się personelu i pytają o lekarstwa na miliony chorób, które ich dręczą. Istna zmora, ale też zmora ignorowana, niezauważana, przezroczysta jak powietrze.

Tomecki miał szczęście. Anioły powiedziały wyraźnie: „Albo tu, albo tu”. Anioły zawsze miały rację. Ale tym razem wygrał Tomecki.

Obwiązany elastycznym bandażem facet ledwie wkuśtykał na podjazd. Z tyłu, na prawej łopatce, miał dodatkowy opatrunek. Pieprzone siły specjalne! Mogli go odwieźć na opatrunek do Poznania czy Lublina. Ale nie… Oni wszystko robili rutynowo.

Mężczyzna w bandażach popatrzył na staruszka, który powoli dojadał swoją ulubioną kanapkę z jajkami i chrzanem, rozsiewając wokół straszny zapach przetrawionego czosnku. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Twarde oczy perfekcyjnie wyszkolonego komandosa i wodniste oczy staruszka. Komandos powinien zacząć się bać, ale nie zaczął, bo nie wiedział, że to rozmyte spojrzenie rzuca na niego akurat Dariusz Tomecki. Nie wiedział też, że w torbie z kanapkami ukryty jest malutki rewolwer na naboje.22 Short. Gówniana broń, za słaba, żeby cokolwiek zrobić napastnikowi. Ale… Ofierze można nim coś zrobić. Szczególnie, jeśli palec na spuście trzyma pan Tomecki.

Obolały komandos z trudem wsiadał do samochodu, który czekał na niego na parkingu, ignorując staruszka. A powinien nie ignorować. Pierwszy nabój.22 Short trafił go w kręgosłup, a drugi, dobijający, w potylicę. Nie było żadnego większego huku, nikt nie alarmował policji, nikt nie biegał wokół w panice..22 Short – broń dla fachowców. I jeszcze w dodatku rewolwer, który nie siał łuskami wokół.

Tomecki nachylił się, żeby sprawdzić, czy facet na pewno jest załatwiony. Zszokowany kierowca samochodu dosłownie wybałuszał oczy.

– No i co się tak gapisz? – kolejny kęs ulubionej kanapki z jajkami, chrzanem i czosnkiem.

– Aaaaaaaa… – spanikowany umysł kierowcy dał jednak z siebie wszystko. – Ży… ży… życzę smacznego!

– No. Dziękuję – Tomecki odwrócił się powoli. – Pozdrowienia od pana Hofmana. Miłego wieczoru.

Przez nikogo nie niepokojony odszedł gdzieś w noc, lekko kuśtykając – naruszone reumatyzmem biodro dawało się we znaki.

Policja szalała. Zamordowana sekretarka samego Big Bossa, zamach na Hofmana… W całym mieście nie było choćby jednego informatora, który nie został wyciągnięty z barłogu i brutalnie naciśnięty. Tony papieru przewalały się przez faksy, internet przekazywał miliony e-maili, praktycznie nie odkładano słuchawek telefonów. „Wewnętrzne miasto”, ukryte gdzieś pod powierzchnią normalnego życia, wrzało. Każdy – i przestępcy, i funkcjonariusze – wiedział doskonale, że potrzebna jest głowa. Potrzebna jest czyjaś głowa. I nie będzie litości. Tak jak w przypadku zboczeńca, który kilkanaście lat temu rozbierał do goła nieletnich chłopców, a potem gwałcił ich i mordował. Ponieważ miał na sumieniu trochę za dużo i skompromitował organy ścigania… Rzecznik policji wyznał wtedy na jakiejś imprezie dzie

Zboczeńca złapali parę miesięcy później. Do procesu rzeczywiście, przypadkiem, nie doszło. Mężczyzna powiesił się w celi. I nie jest prawdą, że recydywiści mieli do niego dostęp. Powiesił się sam, bez podania powodu – po prostu.

Wszyscy wiedzieli, że teraz też tak będzie. Sukinsyn, który to zlecił, powiesi się bez podania powodu.

Policja szalała z pianą na ustach. Wszelkie męty, złoczyńcy, bandyci, a nawet mafiosi pochowali się w mysie dziury. Dla wszystkich stało się jasne, że teraz można naprawdę ostro oberwać.

Hofman zerwał policyjne plomby i otworzył drzwi mieszkania „Źródełka” swoim kluczem, który pozostał mu z czasów większej zażyłości z dziewczyną. Po całym dniu wypełniania papierów dotyczących zajścia pod kostnicą nie był zbyt przytomny. Adrenalina ustąpiła miejsca obezwładniającemu zmęczeniu, pogłębionemu zaziębieniem. Ledwie widział na oczy, co chwilę ocierał pot z czoła, włosów i karku.

Nie zamierzał przebywać tu długo. Zbierało mu się na wymioty. Złość i żal – dwa w jednym – sprawiały, że ledwie mógł oddychać. Musiał tylko znaleźć coś, czego podczas kontroli i rewizji nie znalazła ekipa dochodzeniowo-śledcza.

Jezu, jakie to proste! Otworzył sekretny schowek w biurku, który sam kiedyś „Źródełku” zrobił. On wiedział, jakie są metody i procedury ekipy dochodzeniowo-śledczej, dlatego tak skonstruował schowek, żeby fachowcy go nie znaleźli. Uśmiechnął się do siebie.

W środku był jedynie mały notesik. Ale tylko o to chodziło.

Hofman siadł przy biurku „Źródełka”. Nowa fala mdłości. „Tajemniczy kutasie, który to zrobiłeś” – pomyślał. – „Już nie żyjesz, chuju!”. Otworzył notes na właściwej stronie. Wiedział, która to strona, wiedział także, jak odczytać zaszyfrowane numery. Wykręcił jeden z nich z aparatu „Źródełka”. Siłą rzeczy ten telefon nie mógł być na podsłuchu – należał do denata. W przeciwieństwie do jego komórki.

– Krutnicka, słucham?

– Przytrzymaj taśmę palcem – powiedział.

– Cooooo?! Ty wiesz, pod jaki numer się dodzwoniłeś? Ty wiesz, kto ci zaraz tyłek skroi?!

– Przytrzymaj taśmę. „Laska” nie żyje.

Bardzo długa chwila ciszy. Potem ciche skrzypienie zatrzymanej taśmy, odgłos ręcznego przewijania i wahanie w głosie.

– A jaką ja mam ksywę?

– „Towarek”.

– Jesteś eks-chłopakiem „Laski”?

– Tak.

Zapytała o kilka szczegółów. A potem o całą historię. Pod koniec był już absolutnie pewien, że taśma warszawskiego rejestratora jest mocno przytrzymywana i nawet nie śmie drgnąć.

– Czego potrzebujesz? – spytała.

– Pomocy. Wszystkiego.

– Oki doki. Stanę na głowie, żeby ci wszystko wydobyć.

Znał ich żargon.

– Stej in tacz.

– Oki doki. Plissss, zastrzel go. Dobrze?

– Dobrze.

Rozłączył się i wykręcił numer w Bydgoszczy.

– Starszy aspirant Wasilewska, słucham?

– Trzymaj taśmę palcem.

– Coooooo?! Ty wiesz, pod jaki numer się dodzwo… O żesz… Już po ciebie jedzie specgrupa.

– „Laska” nie żyje. Wyzeruj alarm i trzymaj taśmę palcem.

Cisza. Ledwie słyszalny odgłos zatrzymywanej taśmy i ręcznego cofania, żeby zatrzeć pierwsze nagrane słowa.

– No? Jakie mam pseudo?

– „Dupka”.

– Jasny szlag!!!

Zapytała o kilka szczegółów, które mogły go zidentyfikować. Potem usłyszał coś jakby westchnienie, potem jeszcze jedno, potem odgłos wycierania nosa.

– Wiem, po co dzwonisz. Stanę na rzęsach i dostarczę ci wszystko, co znajdę. Ale mam jedną prośbę: zastrzel go.

– Oki doki – odpowiedział.

– Stary… zastrzel go, proszę! To była moja bliska koleżanka, i ten… i ten… i taki kutas, co ją zabił, nie ma prawa chodzić po świecie.

– Trzymasz taśmę?

– Tak.

– Słowo?

– No.

– No to masz jak w banku. Zastrzelę gnoja.

– No to oki… Teraz zobaczysz, jak się staje na rzęsach. Jutro będziesz miał wszystko, co uda mi się wygrzebać.

– Stej in tacz. Over and out.

„Pyskówka”, stojąca na parapecie okna, uśmiechnęła się słodko.

– Obie zatrzymały taśmy. Spoko majonez.

Matysik i Tomecki powi

Hofman stanął z Glauberytem ukrytym pod kurtką w miejscu, gdzie nie mogły go namierzyć kamery stacji. Tuż pod okapem sklepiku, za filarem. Matysik i Tomecki nie byli szczególnie zdziwieni. Najwyraźniej nie zamierzali na niego napaść. To tylko taki wyuczony styl załatwiania spraw. A jak tych dwóch potrafi załatwiać sprawy, zdążył się dowiedzieć, mając zaledwie „prawie pięć lat”.

– Skąd masz Anioła Stróża? – Matysik pierwszy podszedł bliżej.

– Mmmmmm?

– Po pierwsze – włączył się Tomecki – schowaj to maszynowe gówno, bo zaraz ktoś zobaczy.

– Nie takie gówno w porównaniu z waszym Rakiem…

Wymienili spojrzenia. Za szybko, zbyt nerwowo.

Hofman zabezpieczył swój pistolet maszynowy i schował go do torby. Wierzył już, że nie zamierzają go zaatakować – byli zbyt nerwowi jak na akcję egzekucyjną z jasno postawionym celem. Najwyraźniej chcieli się dogadać. Ciekawe co powiedzą?

– Skąd masz Anioła Stróża? – powtórzył Matysik. Ledwie można było go zrozumieć z powodu wady wymowy spowodowanej sztuczną szczęką.

– Kogo?

– Skąd wiedziałeś, że tu będziemy? Skąd wiesz, że mamy Raka?