Страница 11 из 78
Nigdy nie opowiadał potem o Czadzie, a to z paru względów. Głównie dlatego, żeby nie zostać ukaranym za służbę w obcej armii. Ale przecież człowiek jest człowiekiem – zawsze coś chlapnie na imprezie, albo ulubionej dziewczynie. I zawsze pytano go, dlaczego, skoro był we francuskim wojsku, nie umie ani słowa w tym języku. A przecież było wprost przeciwnie – znał francuskie słowa, i to sporo. Na przykład „łi”, „wulewu kusze awek mła seskła” (i parę i
Jednak ćwiczenia były kurewsko ciężkie. Kary również – na przykład czyszczenie zbiornika na ropę lub siedzenie, w upał, w metalowej beczce. Ludzie wyli, dosłownie wyli! Ale przełom przyszedł znacznie późnej. Podczas ćwiczeń w terenie zwiad pochwycił jakiegoś Murzyna. Panowała panika z powodu możliwej wizyty dzie
Intencje sierżanta były jednak jasne. „Przesłuchać” – wskazał jakiegoś żołnierza. Ten pojął w lot. Lutnął Murzyna z pięści w twarz.
– OK – sierżant nie wnikał w efekty przesłuchania. – Następny.
Drugi żołnierz przyładował Murzynowi w splot, aż go wyflancowało.
– Teraz ty! – wskazał na Hofmana.
Ach! Tu trzeba było się popisać. Pokazać przed kolegami, że nie jest się mięsem armatnim, tylko mężczyzną. Hofman wyjął z kieszeni kabel z nanizanymi metalowymi tulejkami. Coś, co robiło duże wrażenie w barze przy koszarach. Kabel z tulejkami świsnął złowieszczo w powietrzu.
Wtedy właśnie Hofman poczuł coś, co w jego życiu pojawiło się po raz pierwszy. W tym zmęczeniu, otępieniu, wśród okropnego zapachu potu jakaś myśl uparcie drążyła mu umysł.
– Nie! – powiedział, chowając kabel z powrotem do kieszeni.
– Co „nie”?
– Nie uderzę związanego człowieka! – krzyknął trochę za głośno.
– Cooooo?!
– Nie uderzę bezbro
Sierżant przez chwilę wytrzeszczał oczy, a Hofman miał w oczach wszystkie kary, których może doświadczyć. Czyszczenie zbiornika z ropą, karcer, czyli metalowa beczka na upale…
– Nie zrobisz ze mnie zwierzęcia – powtórzył.
Stary sierżant, choć cham i prymityw, pamiętający jeszcze wojska Andersa, jak twierdzili niektórzy, podszedł bliżej z i
– Właśnie zrobiłem – zerknął prosto w oczy Hofmana. – Właśnie zrobiłem z ciebie zwierzę. Ha, ha, ha… Drapieżnika.
Śmiał się i dowcipkował, a otaczający go żołnierze nie rozumieli niczego. Potem jednak otrząsnął się.
– No dobra – mruknął. – Ale postawiłeś mi się. Zwiad. Jeden. Seta. Już.
Słowo „zwiad” oznaczało, że Hofman ma zdjąć kapelusz z krótkim rondem i włożyć stalowy hełm, zwany „piecykiem do wypalania mózgu”, a potem pobiec przed oddział. Słowo „seta” oznaczało, że ma przebiec sto metrów (no, powiedzmy: sto kroków – metrów nie udawało się oznaczyć w tym syfie). Ma też iść sam.
Teoretycznie nie było to takie złe. Niby groziły mu miny, ale podczas całego „turnusu” tylko dwóch gości dało się nimi poranić, więc częstotliwość nie była duża. Teoretycznie zagrożeniem byli tubylcy, ale to też było takie sobie niebezpieczeństwo. Teoretycznie obowiązywał zakaz strzelania, ale co chwilę ktoś z miejscowych ginął. Europejczycy mieli ze sobą nie tylko stare, amerykańskie karabiny. Mieli mnóstwo niebezpiecznych narzędzi, a poza tym górowali nad miejscowymi masą ciała, dobrym odżywieniem, sprawnością fizyczną, chamstwem, wzrostem i powszechną edukacją, która nauczyła ich, że najlepszą obroną jest atak wyprzedzający.
Z drugiej strony prymitywny człowiek ma w ataku znaczącą przewagę nad wyedukowanym, a najemnicy dość często rekrutowali się z tych zdecydowanie nieźle wykształconych. Szczególnie ci młodsi.
Jednego z tych młodszych właśnie otoczyło trzech Murzynów – dokładnie w chwili, gdy podczas biegu na zwiad już nie mógł dostrzec niczego; oczy zalewał mu pot, płynący strugami spod metalowego hełmu.
Ta ulotna chwila… Co przeważy? On miał amerykański karabin, oni nic. Niestety, było ich trzech, i właśnie go otaczali. Każdy słyszał o zabitych najemnikach, i o tym, co z nimi wyrabiano. Z drugiej strony, był absolutny zakaz strzelania. Zresztą, jak strzelić do ludzi, którzy tylko otaczają żołnierza i uśmiechają się szeroko?
Co do tego, że zamierzają go zabić, nie było żadnych wątpliwości.
Co przeważy? Europejska technika i wyszkolenie, czy dzika żądza zdobycia tych wspaniałości i bogactw, które w ich mniemaniu miał przy sobie? Karabin M-1 czy krótkie sztylety dhirri? Nie było miejsca, żeby użyć karabinu. Wielki, kanciasty, potwornie spocony Europejczyk, czy trzech małych Murzynów, którzy z uśmiechami na twarzach właśnie wyciągali swoje noże?
Jednak wyszkolenie.
Hofman uśmiechnął się również. Założył karabin na ramię, co nawet ich zdziwiło, a potem dotknął najbliższego napastnika. Dotknął jego twarzy.
Tak, jak powtarzali instruktorzy. Czysto psychologiczny trick.
Tamten zachował się zupełnie irracjonalnie. Choć był to szczyt głupoty, chwycił Europejczyka obiema dłońmi za rękę. Wtedy Hofman wyjął stary, angielski rewolwer i strzelił tamtemu między nogi.
Bynajmniej nie w jaja. W dziurę, w powietrze między nogami.
Wystarczyło.
Oficer, który biegł krzycząc „Policja!!! Ręce do góry!!!” nie był już tym młodym najemnikiem. Ale zapamiętał dobrze. Dwóch komandosów z jednostki specjalnej zastąpiło mu drogę, obaj z giwerami w rękach, pewni swego, przekonani, że ofiara nie ma szans… Jednego z nich dotknął ręką. Dotknął jego twarzy.
I, choć to zupełnie irracjonalne, głupie i bezsensowne, komandos chwycił obiema rękami jego dłoń, upuszczając własną broń. Oki doki, jak mówiła „Źródełko”. Hofman strzelił mu między nogi.
Komandos zachował się dokładnie tak, jak Murzyn w Czadzie. Rycząc ze strachu upadł na wznak, trzymając się za nienaruszone jaja. Drugi, zszokowany, zarobił strzał prosto w kewlarową kamizelkę kuloodporną. Z potrzaskanymi żebrami poleciał w tył, masakrując szklane drzwi kostnicy. Nie tak, jak na filmach. Nie podniósł się, nie otrzepał garnituru i nie rozpiął go, żeby pokazać pociski ładnie wprasowane w kamizelkę. W tej chwili wył i wymiotował jednocześnie. To nie było, jak w amerykańskim kinie akcji. To była rzeczywistość. Jeden rzygał, drugi – w szoku, bez broni – macał swoje krocze. Potem wstał i rąbnął głową w parapet okna cieciówki z taką siłą, że odłamał kawałek marmuru. Znowu go obaliło.
Drugi przestał wymiotować i strzelił dwa razy. Hofman również oddał dwa strzały.
To naprawdę nie było tak, jak na filmach. Rzeczywistość wygląda inaczej. Choć dzieliła ich odległość kilku kroków, obaj nie trafili. Strach, adrenalina wypalająca mózgi, trzęsące się ręce, panika w umyśle, szok… Komandos znowu strzelił. Hofman też. Pudło. Tamten runął w tył przez rozbite, szklane drzwi. Strzelił – pudło! Znowu zwymiotował. Hofman posłał mu pięć pocisków, lecz tylko jeden trafił. Znowu w kamizelkę, tym razem na ramieniu. Obaliło go z piruetem, stracił broń.
Ten drugi, co rozwalił marmurowy parapet, miał zakrwawioną twarz, lecz usiłował wstać. Hofman przypiął mu rękę kajdankami do kaloryfera. Tymczasem pierwszy komandos zygzakiem dotarł do furgonetki, stojącej z otwartymi drzwiami, wpełzł do środka i odjechał, gdy kierowca wcisnął gaz do dechy.
– Rock and roll! – powiedziała „Pyskówka” i zaczęła się śmiać, wyraźnie z czegoś zadowolona. – Od czasu kiedy umarłam, lubię takie zabawy!
Big Boss mieszał okropną kawę, którą zaparzyła mu nowa sekretarka. Patrzył na swoich oficerów. Patrzył tak, jakby widział ich po raz pierwszy w życiu.
– Panowie, czy ja mogę wierzyć swoim oczom?
Nikt nie odpowiedział. Big Boss palcem lewej ręki wertował akta.
– Czy naprawdę mogę uwierzyć w to, że dwóch komandosów chciało zastrzelić mojego oficera?
Ktoś głośno przełknął ślinę. Jakiś desperat odważył się powiedzieć:
– Z akt nie wynika, że to byli komandosi.
– O?
Big Boss zrobił swoją sły
– Mam tu zdjęcie naszywki z kewlarowej kamizelki kuloodpornej, zdjętej z pojmanego napastnika. Panowie… Czy mnie wzrok myli, czy też jest to kamizelka polskiej policji?
Nikt nie odpowiedział na to pytanie, więc Big Boss kontynuował w najlepsze.
– Limitowana seria, niedostępna w komercyjnych sklepach. Czyżby znowu brygada antyterrorystyczna?
Żadnej reakcji. Brygada antyterrorystyczna miała we Wrocławiu przesrane po pamiętnej akcji w klubie „Reduta”. Na polecenie władz komandosi poszli lać gości klubu – prywatnie. W kominiarkach, ale po cywilnemu. I nawet nie to, że brali udział w zagmatwanych interesach, niewyjaśnionych do dziś, zadecydowało, że okryli się hańbą. Antyterroryści dali się pokonać ochroniarzom klubu i zwykłym gościom. Tacy to i komandosi, zdolni do doprowadzania na komisariat sześcioletnich dziewczynek. Albo do przypadkowego strzelania do siebie nawzajem, bo od czasu do czasu któryś z nich ginął w koszarach.