Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 38

– Tak, jak się umówiliśmy: po wykonaniu zadania będziesz mógł ją sobie zabrać.

– Na pewno?

– Obiecałem.

– Wobec tego – powiedziałem dość ostro – niech Szóstka zabierze ją do śmigłowca. Chcę ją dostać zaraz po wykonaniu zadania.

– Dlaczego?

– Powiedzmy, że już nie mogę wytrzymać z tęsknoty. Skoro naprawdę zamierzasz mi ją oddać, to nie zrobi ci różnicy, jeśli dostanę ją tam i wrócę z nią razem.

– Dobrze.'… – wycedził powoli.

Byłem pewien, że obmyśla sposób dalszego odroczenia momentu, w którym będzie musiał pozbyć się zakładniczki.

– Uprzedzam cię, że przywiozę tutaj z powrotem cały transport, jeśli Luiza nie przyleci tam z Szóstką! – powiedziałem stanowczo.

– Nie ufamy sobie, Komendancie – powiedział uśmiechając się, niby żartem. – Szkoda! Jesteśmy sobie potrzebni nawzajem…

Widziałem jednak, jak jego małe, złe oczy błyszczą wściekłością. Gdyby miał i

– Nie zabieram żadnych strażników, bo i tak będzie za ciasno w przedziale pasażerskim – powiedziałem odchodząc.

– Gdybyś miał jakieś kłopoty z silnikiem, to odrzuć korpus promu i ratuj się na spadochronach! – powiedział za mną, chichocząc.

"Bydlę! – pomyślałem. – Ale na szczęście, niedługo już będę go musiał znosić".

Zaraz po starcie rozsunąłem przegrodę dzielącą kabinę pilotów od przedziału pasażerskiego i w krótkich słowach przedstawiłem towarzyszom mój plan. Milczeli, mimo że zachęcałem ich do wyrażenia opinii i akceptacji.

– Nie wierzymy ci – powiedział któryś. – Zbyt dobrze wiemy, jaką pozycję zajmujesz i co zrobiłeś dotychczas…

– Ależ… – głos uwiązł mi w gardle. Zupełnie nie wiedziałem, jak mam ich przekonywać o czystości moich intencji. – Przecież… wszystko to robiłem z myślą o was, dla was, żeby was…

– Mamy do ciebie tylko jedną prośbę – usłyszałem głos mojego byłego dowódcy. – Żebyś już nigdy niczego więcej nie robił d l a n a s!

Byłem wstrząśnięty ich reakcją. Myślałem, że entuzjastycznie odniosą się do mojego planu przejęcia władzy w osiedlu, usunięcia uzurpatorów, zbudowania na nowo tego spaczonego świata, zapewnienia ludziom znośniejszych warunków życia… A oni nie mogli pozbyć się swych małostkowych uprzedzeń, swych prywatnych uraz, W swym zacietrzewionym partykularyzmie nie potrafili szerzej spojrzeć na sytuację. Cóż z tego, że w swych planach widziałem siebie na czele przyszłych władz tej planety? Czyż nie należałoby mi się to słusznie za moją aktywność, za ponoszenie codzie

Gdy wreszcie ucichli, postanowiłem użyć ostatniego atutu.

– Dobrze! – powiedziałem. – Nie ufacie mi. Być może, ze swego punktu widzenia macie podstawy, by mnie podejrzewać o jakąś prowokację… Przekonam was jednak, że nie macie racji. Moja dziewczyna przybędzie na miejsce, do którego zmierzamy. Zostawię ją z wami, by wkrótce zabrać was i ją z powrotem do osiedla, jeżeli powiedzie się mój plan. A jeśli nie… to odlecimy na Ziemię. Przygotowałem wszystko. Mam zapasy żywności dla dyżurnej załogi, zostawię wam tutaj prom… Jeśli nie zjawię się po was w ciągu najbliższych dziesięciu dni, lećcie do Alfy. Będę tam na was czekał. Odlecimy stąd razem!

– Zapomniałeś, że niektórzy z nas mają także żony lub dziewczyny, wciąż pozostające w anabiozie – zauważył jeden z pilotów.

– Przecież oni ich wam i tak nie oddadzą! – próbowałem ich przekonywać, szczęśliwy, że w ogóle podejmują ze mną dyskusję. – A zresztą, jeśli ktoś chce zostać… Możemy polecieć w kilkunastu, w dziesięciu nawet… Pomyślcie, zdecydujcie się! Jeśli mi się nie uda, przylećcie na Alfę, zabierając Luizę O to jedno was proszę, proszę was! Zaufajcie mi, uwierzcie!

Przemawiałem do nich długo, aż do momentu lądowania. Miałem wrażenie, że złagodnieli jakby, przestali odpowiadać mi ostro i chłodno. Widać zastanawiali się nad moimi planami, brali je pod rozwagę…

Nie miałem czasu wyjaśnić wszystkiego Luizie, gdy spotkaliśmy się wreszcie. Tym bardziej, że przy Szóstce niewiele mogłem jej powiedzieć. Zachowała się dziwnie. Zobaczywszy mnie z daleka, podbiegła w moją stronę, a potem, kilka kroków przede mną, zatrzymała się nagle… Jej spojrzenie mierzyło gdzieś powyżej moich oczu… Znałem skądś takie spojrzenie… Odczytywała numer… A potem nagle odwróciła się i musiałem ją doganiać, by zamienić z nią kilka słów…

A właściwie to ja mówiłem, a ona milczała patrząc uparcie, bez jednego słowa w ziemię…

Czyżby ten łotr Valamis mścił się na mnie zza grobu? Czyżby… powiedział jej o mnie coś złego? Nie, nie o mnie! Był bardziej perfidny. Uświadomił jej rolę numeru jedenastego w społeczności osiedla… Może to zresztą nie Valamis lecz Jedynka, w odwet za to, że go przechytrzyłem w ostatniej rozgrywce o odzyskanie tej dziewczyny… Oddał mi ją i zabrał równocześnie… Bo jakże miałem teraz sprostować, wyjaśnić to, co każdy jej potwierdzi?…

"Przekonam ją później. Teraz nie ma na to czasu, ani warunków" – pomyślałem.

Podczas rozruchu silników przed startem w drogę powrotną powtórzyłem trick z rzekomym defektem i przekonałem Szóstkę, że prom nie nadaje się do lotu. Powiedziałem, że należy przywieźć część zamie

Wracaliśmy razem śmigłowcem. Pozostawienie Luizy wywołało zdziwienie Szóstki. Ponieważ jednak polecono mu oddać mi ją, więc nie mógł kwestionować mojej decyzji.

– Wyjaśnię ci wszystko po drodze – powiedziałem tajemniczo, gdy startowaliśmy w drogę powrotną. – W osiedlu może nie być bezpiecznie w najbliższych dniach.

Udało mi się go zaintrygować. Uwierzył w to, co mu następnie opowiedziałem. Jako dowód prawdziwości moich zmyślnych rewelacji potraktował fakt pozostawienia tak daleko od osiedla dziewczyny, o której zwrot walczyłem od dawna… Poza tym, jako dowódca straży i szef bezpieczeństwa, miałem prawo wiedzieć nawet więcej niż on, Jednocyfrowy…

Szóstka znakomicie nadawał się jako narzędzie realizacji mojego planu. Był na tyle ambitny, by odczuwać boleśnie różnicę dzielącą go od ścisłego kierownictwa, do którego teraz należeli – oprócz Jedynki – tylko Morlen i Piątka. Tak jak mnie od Pierwszej Dziesiątki, tylko jeden numer oddzielał go od Sztabu Jednocyfrowych.

Usunięcie kogokolwiek z tej trójki dawało mu – zgodnie z panującą zasadą kolejności – miejsce w grupie kierującej. Jak zdążyłem się zorientować, system zróżnicowanych przydziałów, stosowany wobec osadników, miał także swój odpowiednik wśród mieszkańców bunkra.

Uprzywilejowanie materialne strażników czyniło ich posłusznymi narzędziami w moich rękach Mając sporo do stracenia, woleli nie ryzykować utratą tej pozycji, lepszej niż status zwykłego osadnika. Nawiasem mówiąc, zdarzyły się dwa czy trzy przypadki zbyt jaskrawych wykroczeń i nadużyć wśród strażników, kilka przypadków, zaniedbania obowiązków i osłabienia czujności. W paru przypadkach zmuszony byłem – jeszcze za czasów Valamisa – wydalić wi

Podobnie jak przywileje materialne czyniły strażników wiernymi obrońcami Jednocyfrowych i podporą ich rządów, uprzywilejowanie członków ścisłego kierownictwa zapewniało Jedynce ich lojalność.

Nie sposób było dobrać się do Jedynki poprzez Morlena i Piątkę. Pierwszy utrzymywał swoją pozycję tylko dzięki temu, że Jedynka tolerował jego alkoholizm. Być może, służyłby również i

Nie wspomniałem, zdaje się, o tym, że zainicjowana ongiś przez Valamisa praktyka witalizowania kobiet dla Jednocyfrowych była kontynuowana, przy milczącej akceptacji Jedynki, który sam wkrótce dysponował już sporym haremem.

Jednocyfrowym spoza czołowej trójki zezwolono na dwie tylko kobiety, co oczywiście powodowało u nich poczucie krzywdy i pragnienie awansu do sztabu Nie było to zresztą jedyne zróżnicowanie. Pośledniejsi Jednocyfrowi nie mieli tak łatwego dostępu do różnych urządzeń i udogodnień bunkra, pojazdów terenowych, lepszych trunków i tym podobnych luksusów. Różnice były drobne i subtelne, lecz na tym poziomie i przy tej pozycji w społeczeństwie osiedla odczuwane boleśnie przez tych, co byli o krok od szczytu.

Wszystkie te wewnętrzne podziały, przywileje i animozje były, rzecz jasna, stara