Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 38

Główna część osiedla, rozciągająca się blisko brzegu jeziora, składa się teraz z paruset domków, lepiej lub gorzej skleconych z gałęzi drzew i krzewów. Bardziej pracowici mieszkańcy postarali się o glinę i niektóre domki stanowiły coś w rodzaju przyzwoitych, szczelnych i mocnych lepianek.

Strażnicy pilnujący terenu za wzgórzem prawdopodobnie zdawali sobie sprawę, że nie wszystko, co podano do publicznej wiadomości na temat posiadanego wyposażenia, jest prawdą. Widywali samochód terenowy, którym posługiwali się czasem Jednocyfrowi, a także ciężarówką, śmigłowiec, ciągnik do przewozu kontenerów Musieli domyślać się, że plotki o zawartości podziemi mają pewne pokrycie w rzeczywistości, lecz żaden z nich me myślał ryzykować swej uprzywilejowanej pozycji dla próżnego gadania o owych domysłach. Sytuacja strażnika była wyraźnie lepsza niż pozostałych ludzi. Uważałem to zresztą za uzasadnione. Służba strażnika nie była zbyt łatwa i przyjemna. Zdarzały się nieraz przypadki pobicia któregoś z moich ludzi, gdy usiłowali interweniować w bójkach podpitych obywateli lub w trakcie poskramiania wybryków tych, którzy ulegli szeptanej propagandzie moich Nienumerowanych kolegów.

Znałem sytuację w osiedlu znacznie lepiej niż Jednocyfrowi, izolujący się w swym bunkrze i niezbyt często zjawiający się wśród mieszkańców. W interesie zarówno moim, jak i moich towarzyszy, nie o wszystkich wydarzeniach informowałem Jednocyfrowych. W przekonaniu Jedynki usunięcie z osiedla wszystkich Nienumerowanych miało rozwiązać sprawę ewentualnych niepokojów czy zamieszek. Z tego, co wiedzieli ode mnie Jednocyfrowi, wniosek taki wynikał jedynie pośrednio; zapewniałem ich zazwyczaj, że ludność jest na ogół zadowolona i pogodzona z koniecznościami wypływającymi z lokalnych warunków. Jedynego źródła niepokojów i potencjalnego ogniska zapalnego upatrywali w grupie dwudziestu paru członków załóg Konwoju, którzy niejako z założenia musieli być przeciwni nowemu porządkowi. Muszę jednak powiedzieć, że sytuacja różniła się nieco od tego prostego obrazu, jaki sobie wytworzyli Jednocyfrowi…

Młodzi, zdrowi ludzie, skazani na pierwotne warunki bytowania, znosili je dzielnie. Z początku byli rozgoryczeni, następnie wzięli się do pracy, na które tak czy inaczej byli przygotowani, a potem przez pewien czas, praca ta nawet dawała im wiele satysfakcji, choć pochłaniała wiele czasu i przysparzała tylko tyle, ile potrzebne im było do bezpośredniej konsumpcji. Muszę tu wyjaśnić, że w miarę jak pojawiały się pierwsze efekty przedsięwzięć rolniczych, Jednocyfrowi ograniczali odpowiednio dotacje żywnościowe, zmniejszając przydziały. Atmosfera życia z dnia na dzień utrzymywała się zatem, zmuszając wszystkich do intensywnego wysiłku. To, co było początkowo rodzajem wycieczki harcerskiej czy pikniku, zaczynało być męczące. O to chyba zresztą chodziło: ludzie nie powi

Wspomniałem, że według mnie izolacja Nienumerowanych nie rozwiązałaby sprawy ewentualnych zamieszek. Niektórzy osadnicy, nasłuchawszy się szeptanych wiadomości, powzięli pewne podejrzenia, iż nie są one czczym wymysłem. Nauczyli się jednak pilnować języków i nie mówili głośno o tym, co wiedzieli lub co uważali za prawdę. Nie stosowaliśmy na ogół żadnych represji za samo nieodpowiedzialne gadanie, lecz zawsze można było znaleźć sposób i powód do ukarania takiego gaduły, bo nikt nie jest zupełnie niewi

Główną troską Jednocyfrowych było stara

Wedle mojej oceny sytuacji, nonsensem byłoby spodziewać się, że jakakolwiek, nawet dobrze zorganizowana bezpośrednia akcja może spowodować obalenie dyktatury Jednocyfrowych. Rozwiązania polityczne także nie wchodziły w rachubę: o wyborach do stałych władz mówiło się jedynie, nie robiąc żadnych kroków w tym kierunku. Dla mnie, rzecz jasna, oczywistym było, że Jednocyfrowi nie zaryzykują dopuszczenia kogokolwiek do władzy, a tym samym do swych tajemnic i prawdy o metodach, jakimi się posługują.

Nienumerowani jak gdyby nie rozumieli tego wszystkiego i z dziwnym, bezsensownym uporem usiłowali prostować historię i podburzać ludność. Jeśli kiedykolwiek można było przeciwstawić się rebeliantom, to jedynie na początku, nim własnymi rękami wznieśliśmy dla nich twierdzę nie do pokonania… Ale wówczas nikt z nas nie przypuszczał, pomimo ewidentnie brutalnych poczynań Jednocyfrowych, że głoszone przez nich początkowo ideały zamienią się w dyktatorski system rządzenia, podparty fałszem i obłudą.

Większość mieszkańców osiedla nie zdawała sobie sprawy z całej historycznej podszewki tego, co zastali po wyjściu z hibernatorów. Komunikaty i przemowy wygłaszane przez system megafonów rozmieszczonych w osiedlu kształtowały ogólną opinię na modłę znacznie odbiegającą od obiektywnej prawdy. Lecz z punktu widzenia dobra tych ludzi, a także pozostałych, przebywających jeszcze w pojemnikach, ważna była ich przyszłość, nie zaś przeszłość, której zmienić nie można. W istniejącej sytuacji, wobec braku jakiejkolwiek nadziei na korzystne i skuteczne działanie wewnętrzne, a tym bardziej, – na interwencję Ziemi w granicach czasu życia tego pokolenia, należało po prostu pogodzić się z realiami…

Nienumerowani byli i

Mój plan opracowałem niezwykle stara

Trzy promy orbitalne stały na strzeżonym terenie, dość daleko za wzgórzem. Załadunek żywności dla zesłańców odbywał się późnym wieczorem i nocą, dla uniknięcia zbytniego afiszowania się wobec straży. Z terenu za wzgórzem wycofałem strażników i przy pomocy czterech spośród więźniów dokonywałem załadunku promu używając w tym celu samojezdnego dźwigu i ciągnika do przewozu kontenerów. Więźniów pilnowali dwaj Jednocyfrowi, Siódemka i Ósemka, uzbrojeni w porażacze.

Korzystając z tego, że Szóstka wydający mi pojemniki z magazynu był podpity (o co postarałem się uprzednio) i przysypiał w kącie pomieszczenia, zdołałem zamiast pustych kontenerów zabrać pełne. Nie spowodowało to istotnego uszczerbku zapasów magazynowych, przewidzianych dla tysięcy ludzi przynajmniej na rok. Załadunek dużej ilości kontenerów nie wzbudził żadnych podejrzeń pilnujących Jednocyfrowych: byli uprzedzeni, że zabiorę parę opróżnionych, na cele mieszkalne.

Kiedy wszyscy byli już solidnie zmęczeni i ze względu na późną porę marzyli tylko o wypoczynku, oświadczyłem, że muszę jeszcze przetestować silnik promu przed jutrzejszą wyprawą.

Znając doskonale urządzenia napędowe, spowodowałem mały wybuch w komorze spalania i oświadczyłem, że nie zamierzam lecieć z niepewnym silnikiem, po czym bez słowa zacząłem przeładowywać kontenery do i

Kiedy rano poszedłem zameldować Jedynce o gotowości do transportu, stwierdziłem, że już wcześniej dokonane aresztowania wszystkich Nienumerowanych, pozostających dotąd jeszcze na wolności. Świadkami akcji było podobno kilkunastu przypadkowo obudzonych mieszkańców pobliskich lepianek, którym wyjaśniono, że spiskowcy przeciw społeczeństwu zostaną przykładnie ukarani.

– Wszystko gotowe – powiedziałem Jedynce. – Jeszcze tylko ta broń, którą mieli dostać.

Wiedziałem dobrze, że nie da mi do ręki tych porażaczy, a tym bardziej – komukolwiek z deportowanych. Chciałem jedynie dowiedzieć się, jakie ma w tym zakresie plany.

– Szóstka poleci tam śmigłowcem – powiedział. – Zabierze dla nich broń i ładunki. Przy okazji sprawdzi, jak załatwiłeś sprawę.

– Może lecieć ze mną, promem. Zmieści się w kabinie.

– Nie chciałbym, aby… przytrafiło mu się coś złego.

– Nie ufasz mi?

– Nie o to chodzi. Po prostu jestem przesądny… Ci z parzystymi numerami nie mają jakoś szczęścia… – powiedział, znacząco przechylając głowę i patrząc na mnie bezczelnie.

– Niech tak będzie. Mam nadzieję, że nie rozwali się przy lądowaniu! – powiedziałem obojętnie. – I jeszcze jedno. Co z Luizą?