Страница 33 из 48
XII
W opublikowanych sprawozdaniach i książkach najmniej albo i nic zgoła mówi się o tym, jaki był mój bardziej „konstruktywny” wkład do Projektu, ponieważ przyjęło się, dla unikania wszechmożliwych zadrażnień, przemilczanie mego udziału w „konspirującej opozycji”, która – gdzieś o tym czytałem – mogła stać się „największym występkiem” i nie mnie przypadła zasługa, że do tego nie doszło. Przechodzę tedy do przedstawienia mej zbrodni.
Z początkiem października upały nie osłabły ani trochę, dzie
Wracając raz z takiej przechadzki spotkałem, nieprzypadkowo, jak się okazało, Donalda Prothero. Potomek w drugim pokoleniu starej rodziny kornwaliskiej został najbardziej angielskim ze znanych mi Amerykanów.
Zasiadając w Radzie między ogromnym Baloyne’em i tyczkowatym Dillem, na niespokojnym tle Rappaporta i żurnalowym Eeneya, był postacią osobliwą przez to właśnie, że nic nie było w nim osobliwego. Upostaciowana przeciętność, twarz zwykła, nieco ziemista, po angielsku długa, z silnymi oczodołami i solidną szczęką, z wieczną fajką w ustach, głos beznamiętny, naturalny spokój, brak wszelkiej wyraźniejszej gestykulacji – tak tylko, samym odejmowaniem cech mogę go sprezentować. A przy tym umysł pierwszej klasy.
Muszę wyznać, że myślałem o nim z pewnym niepokojem, ponieważ nie wierzę w ludzką doskonałość, osoby zaś pozbawione dziwactw, tików, obsesji, nalotu jakiejś niewielkiej manii, punktów zacietrzewienia, podejrzewam o systematyczne udawanie (każdy sądzi podług siebie) albo o nijakość. Zapewne, wiele zależy od tego, od której strony poznajemy człowieka. Jeśli, jak mnie zwykle przychodziło, najpierw zaznajamiałem się z kimś poprzez jego prace, w moim fachu skrajnie abstrakcyjne, więc niejako od strony najbardziej uduchowionej, impet zetknięcia się z owym całkowicie cielesnym organizmem, który odruchowo przedstawiałem sobie podług owej platońskiej wydzieliny – bywał szokiem.
W obserwowaniu tego, jak sama myśl, samo oderwanie wysokie – poci się, mruga, w uchu podłubie, lepiej lub gorzej panując nad ową własną maszynerią, która, ducha dźwigając, duchowi tak często przeszkadza, zawsze było dla mnie coś z ikonoklastycznej, złośliwym humorkiem podszytej satysfakcji. Pamiętam, jak wiózł mnie raz pewien znakomity filozof, który przyznawał się do solipsyzmu, i opona mu siadła. Przerwawszy dyskurs na temat feerii złudzeń, jaką wszelki byt stanowi, zabrał się zupełnie zwyczajnie, stękając nieco nawet, do windowania wozu, wytaczania koła rezerwowego, a ja patrzyłem na to z dzieci
Jako dziecko wierzyłem prawdziwie, że istnieje kategoria osób doskonałych, do której należą przede wszystkim uczeni, a najświętszymi być muszą wśród nich profesorowie uniwersytetu: rzeczywistość zmusiła mnie do zrezygnowania z tak idealnych przekonań.
Znając Donalda od dwudziestu lat, nic nie mogłem jednak poradzić na to, że naprawdę był owym uczonym, w którego skło
Tego wieczoru, kiedyśmy szli dolinką między zboczami wydm, w czerwonym świetle zachodu, a ja obserwowałem projekcję naszych cieni na piasku, którego ziarna – jak na obrazach impresjonistów – zdawały się wydzielać liliowy brzask, jakby mikroskopijnych płomyków gazu, Prothero zaczął mi mówić o swoich pracach nad „zimnymi” reakcjami jądrowymi Żabiego Skrzeku. Słuchałem raczej z uprzejmości i zdziwiłem się, kiedy powiedział, że nasza sytuacja przypomina mu tę z projektu Manhattan.
– Jeśli nawet lawinową reakcję da się w Żabim Skrzeku wyzwalać na wielką skalę – zauważyłem – i tak moc bomb wodorowych jest nieograniczona technicznie, więc nie grozi nam chyba nic z tej strony.
Wtedy schował fajkę. Był to ważny znak. Poszukał w kieszeni rolki filmu i dał mi ją, rozwiniętą; za źródło światła posłużył czerwono obrzmiały dysk słońca. Orientuję się w mikrofizyce na tyle, że rozpoznałem serię zdjęć treków z małej komory pęcherzykowej. Donald bez pośpiechu, stojąc tuż przy mnie, pokazał mi kilka miejsc osobliwych. W samym środku komory znajdowała się malutka, jak koniec szpilki, grudka Żabiego Skrzeku, a gwiazda rozpryśniętego jądra, rozkrzyżowana w torach jego odłamków, widniała obok – jakiś milimetr poza obrębem śluzowej kropelki. Nie widziałem w tym nic szczególnego – lecz nastąpiły objaśnienia i dalsze zdjęcia. Zachodziło coś niemożliwego: nawet kiedy kropelka otoczona była ze wszystkich stron ołowianą łupiną, gwiazdki pękających atomów pojawiały się w komorze – na zewnątrz tego pancerzyka!
– Reakcja jest zdalna – wnioskował Prothero. – Energia znika w jednym miejscu, razem z rozlatującym się atomem, który pojawia się w i
– Ależ to trick! – jeszcze wciąż nie mogłem, nie chciałem zrozumieć. – Atomy, w trakcie rozpadu, przeskakują przez osłonę? – spytałem.
– Nie. Po prostu znikają w jednym miejscu i pojawiają się w i
– Toż to jest sprzeczne z zasadą zachowania!
– Niekoniecznie, bo robią to bardzo szybko – tu wlata, tam wylata, uważasz. Bilans pozostaje nie zamieniony. A wiesz, co je transportuje tym cudownym sposobem? Pole neutrinowe. I to modulowane oryginalną emisją – jak gdyby „boski wiatr”.
Wiedziałem, że taki efekt jest niemożliwy, ale ufałem Donaldowi. Jeżeli ktoś zna się na naszej półkuli na jądrowych reakcjach, to właśnie on. Spytałem o zasięg tego efektu. Widać, chociaż jeszcze sobie tego nie uświadamiałem, już budziły się złe myśli.
– Nie wiem, jaki MOŻE być. W każdym razie nie jest mniejszy od średnicy mojej komory – dwa i pół cala. Robiłem to też w Wilsonie – dziesięć cali.
– Możesz kontrolować reakcję? To znaczy – określać docelowe miejsce tych „przenosin”?
– Z największą dokładnością. Cel wyznaczany jest fazowo – tam gdzie pole osiąga maksimum.
Próbowałem pojąć, jaki to jest rodzaj działania. Jądra rozpadały się w Żabim Skrzeku, a treki rozpadu wyskakiwały równocześnie poza nim. Donald twierdził, że zjawisko leży poza zasięgiem naszej fizyki – z jej stanowiska jest zakazane. Efekty kwantowe w takiej skali makroskopowej nie są dozwolone – w obrębie naszych teorii. Pomału rozwiązał mu się język. Na trop wpadł przypadkowo, ze swoim współpracownikiem McHillem, kiedy spróbował – na oślep właściwie – powtórzyć, za Romneyem, ale w fizykalnym wariancie, doświadczenia tamtego. Działał na Żabi Skrzek promieniowaniem emisji. Nie miał pojęcia, czy coś z tego wyniknie. Wynikło. Było to tuż przed jego wyjazdem do Waszyngtonu. Pod jego tygodniową nieobecność McHill budował według wspólnego planu większą aparaturę, która miała pozwolić na przenoszenie i ogniskowanie reakcji w promieniu kilku metrów.
Kilku metrów. Myślałem, że się przesłyszałem. Donald, z wyrazem twarzy człowieka, który dowiedział się, że ma raka, i fenomenalnie panuje nad sobą, zauważył, że nic w zasadzie nie udaremnia zbudowania takiej aparatury, która pozwoliłaby spotęgować efekt miliony razy – w mocy i w zasięgu.
Spytałem, kto o tym wie. Nie powiedział nic nikomu, nawet Radzie Naukowej. Wyjaśnił mi swoje motywy. Miał do Baloyne’a pełne zaufanie, ale nie chciał go stawiać w ciężkiej sytuacji, bo Yvor był tym spośród nas, który bezpośrednio odpowiadał za całość prac przed administracją. Skoro tak było, nie mógł już powiedzieć tego nikomu i
– Mówiłem z generałem. Oświadczył mi, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co napisałem, ale musimy działać jak dotąd, bo nie wiadomo, czy druga strona nie prowadzi dokładnie takich samych prac, jak my więci ewentualnym odkryciem nie naruszymy równowagi, ale przeciwnie, przywrócimy ją. Wpakowałem się w porządną kabałę! – zakończył.