Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 48

Nie mogłem pomijać tego tła w mojej pracy. Musiałem myśleć o nim, kiedy zastanawiałem się nad dwustro

Lecz jak to wyglądało naprawdę? W jakimś zakątku Galaktyki pojawiły się kiedyś istoty, które, pojąwszy fenomenalną rzadkość życia, postanowiły wmieszać się do Kosmogonii – i skorygować ją. Potomstwo starej cywilizacji dysponowało molochem wiedzy niewyobrażalnym dla nas; jeśli mogło tak stara

Wzmacniacz probabilistyczny był niewymownie słaby i działał jedynie przez to, że, wszechobecny, każdą przeszkodę penetrował, ogarniając niewiadomą część Galaktyki (może całą? – nie wiedzieliśmy, ile podobnych promieni niewidzialnych wysyłają). Nie był to akt jednorazowy, lecz obecność, która trwałością swoją współzawodniczyła z gwiezdną, ale zarazem ustawała, ledwo pożądany proces ruszał. A ustawała, ponieważ wpływ promieniowania na ukształtowane organizmy równał się praktycznie zeru.

Trwałość emisji przerażała mnie. Zapewne, mogło być i tak, że Nadawcy nie znajdują się już wśród żywych, a proces, uruchomiony przez ich astroinżynierów w gwieździe lub w zespole gwiazd, będzie biegł póty, dopóki wystarczy energii słonecznych nadajników. Zakonspirowanie naszych prac wydawało mi się – w podobnym zestawieniu – zbrodnią. Nie szło przecież ani o odkrycie, ani o górę odkryć, lecz o otwarcie oczu na świat. Byliśmy dotąd ślepymi szczeniakami. W ciemności Galaktyki jaśniał rozum, który nie próbował narzucić nam swej obecności, lecz przeciwnie, najstara

Niewymownie płaskimi wydawały mi się hipotezy dotychczasowe, do powstania Projektu popularne, obijające się między biegunami pesymizmu, który nazywał Silentium Universi stanem naturalnym, oraz tego optymizmu bezmyślnego, który oczekiwał wieści wyraźnie sylabizowanych, jakimi cywilizacje rozsypane wokół gwiazd miały się porozumiewać jak dzieci w przedszkolu. Jeszcze jeden mit rozpadł się, myślałem, jeszcze jedna prawda wzeszła nad nami – i, jak zwykle prawdom, tej także nie umieliśmy sprostać.

Pozostawała druga, znacząca strona sygnału. Dziecko może zrozumieć pojedyncze zdania wyjęte z dzieła filozoficznego, ale całości nie ogarnie. Nasza sytuacja była podobna. Dziecko może zostać olśnione treścią pojedynczych zdań i my też dziwiliśmy się drobnym fragmentom rozszyfrowanego. Ponieważ długo ślęczałem nad gwiazdowym tekstem, obcując z nim w powtarzanych od nowa próbach, zżyłem się z nim w osobliwy sposób i wielokrotnie, jakkolwiek czysto intuicyjnie tylko, z poczuciem, że przerasta mnie jak góra, dostrzegałem, wciąż we mgle, wspaniałość jego budowy, a więc wymieniałem niejako zmysł matematyczny na estetyczny – może zresztą dochodziło do zespolenia obojga.

Każde zdanie książki znaczy coś, także wyrwane z kontekstu, ale w jego obrębie zespala się ze znaczeniami i

Było w tym coś z wandalizmu, jakby na podstawie Moby Dicka brano się do zarzynania wielorybów i wytapiania z nich tłuszczu. Można tak postępować, rzeźnia wpisana jest w Moby Dicka, jakkolwiek w sposób najzupełniej odwrotny, diametralny, ale daje się to zlekceważyć, pociąć na kawałki, poprzestawiać dowolnie. A więc, mimo całej mądrości patronującej mu, kod był aż tak bardzo bezbro

Pewne partie kodu, jak wskazała częstościowa analiza, pozornie powtarzały się, tak jak słowa w zdaniach, ale odmie

Dziwne było, że nikt tego dotąd, tak dokładnie nie zrobił. Jeżeli bada się czyjś podpis na autentyczność i stosuje coraz to potężniejsze szkła powiększające, dochodzi wreszcie do tego, że w wyolbrzymieniu widziane pasma, które są atramentowymi kreskami liter na papierze, zaczynają się rozpadać – na elementy rozprzestrzenione po oddzielnych, grubych jak sznury konopne włóknach celulozy, i niepodobna określić, na jakiej granicy powiększenia ustaje wpływ piszącego, kształty nadane pismu jego „charakterem”, a rozpoczyna się obszar działania statystycznych ruchów i drgań włókienkowych ręki, pióra, nierównomierności ściekania atramentu, nad którymi piszący żadnej już nie ma władzy. Można jednak dojść tego – porównując szereg podpisów, właśnie szereg, a nie dwa tylko, bo wtedy wybije się to, co jest trwałą regularnością, i odetnie od tego, co stanowi wpływ fluktuacji każdorazowo zmie

Udało mi się wykazać, że „rozmazania”, „desynchronizacja”, „rozpływanie się” sygnału tkwią tylko w wyobrażeniach adwersarzy. Dokładność powtórzeń dochodziła do samej granicy rozdzielczości używanej przez astrofizyków aparatury rejestrującej – a ponieważ trudno było przypuścić, że z nastawieniem na tak akurat wykalibrowaną aparaturę nadawano tekst, oznaczało to, iż ta dokładność jest większa niż nasza możliwość jej zbadania, wykrywającego kres sprawności nadajnika.

Wywołało to niejakie zamieszanie. Odtąd nazywany byłem „prorokiem Pana” lub „wołającym na puszczy”. Pracowałem więc pod koniec września w rosnącym odosobnieniu. Były chwile, szczególnie po nocach, kiedy między moim bezsłownym myśleniem a tekstem zadzierzgało się takie pokrewieństwo, jak gdybym już ogarniał prawie jego całość, i w szczególnym zamieraniu, jak przed skokiem bezcielesnym, wyczuwałem drugi brzeg, lecz nigdy nie starczyło ostatniego wysiłku.

Teraz wydają mi się owe stany złudzeniem. Zresztą łatwiej mi uznać dzisiaj, że nie tylko ja nie umiałem, nie mogłem, ale że zadanie przekraczało siły każdego człowieka. Tak podówczas, jak obecnie miałem problem za nie dający się pokonać atakiem zespołowym, ktoś jeden musiał otworzyć zamknięcie, odrzuciwszy nawyki wyuczonych rozumowań, ktoś jeden albo nikt. Takie zdawanie sprawy z własnej bezsilności jest, zapewne, żałosne, może egoistyczne także. Wygląda na to, że szukam usprawiedliwień. Ale jeśli gdziekolwiek należy odrzucić miłość własną, ambicję, zapomnieć o diabełku serca modlącym się do sukcesów, to chyba w tej sprawie. Poczucie izolacji, wyobcowania było wtedy dojmujące. Najdziwniejsze jest to, że owa klęska, jednoznaczna przecież, pozostawiła mi we wspomnieniu smak wzniosłości i że te godziny, te tygodnie są mi dzisiaj, kiedy o nich myślę, drogie. Nie przypuszczałem, że coś takiego może mi się zdarzyć.